Archiwa tagu: polecajki spółdzielni

„Kto tu rządzi – ja czy mój mózg? Neuronauka a istnienie wolnej woli”

✒️ Michael S. Gazzaniga
🧠 „Kto tu rządzi – ja czy mój mózg? Neuronauka a istnienie wolnej woli”
🖋️ Przekład Agnieszka Nowak-Młynikowska
📚 Wydawnictwo Wydawnictwo Smak Słowa

Wstań, skup się i dotknij swojego nosa? Jeżeli w tym samym momencie czujesz dotyk zarówno na nosie jak i na czubku palca to mam dla ciebie interesującą wiadomość. Ktoś cię oszukuje, a konkretnie to lewa półkula twojego mózgu łże ci w żywe oczy. Jak to możliwe i po co miałaby robić coś takiego? Zacznijmy od drogi jaką pokonuje impuls nerwowy od czubka twojego palca do mózgu. Jeżeli jesteś osobą cierpliwą i skłonną do pomiarów możesz teraz wyjąć metrówkę, albo centymetr krawiecki i zmierzyć odległość od czubka wzmiankowanego palca aż do podstawy czaszki. Jeżeli jesteś jak ja leniwy, uwierz mi na słowo, że twoje ramię plus szyja to dla impulsu znacznie dłuższa wycieczka niż skromne 10 cm długości nerwu, którym biegnie do mózgu impuls z czubka nosa. To jasne, że te dwa sygnały nie mogą dotrzeć do mózgu w tym samym czasie, chyba, że sygnał płynący z nosa w po drodze wyskoczyłby na piwo (czego nie robi). O jakiej różnicy tu mówimy? O aż 500 milisekundach, a mimo to wciąż masz wrażenie, że dotyk na nosie i na palcu czujesz w tej samej chwili. To dlatego, że lewa półkula, usiłuje zachować dla nas spójną narrację tego co dzieje się z naszym ciałem i specjalnie po to manipuluje danymi przedstawianymi naszej świadomości. W ten sposób, chociaż mózg doskonale wie, ile naprawdę obu impulsom zajęła ta podróż, to świadomość nadal pozostaje w błogiej nieświadomości tego faktu. Dla swojego dobra oczywiście.

I to niejedyna sytuacja, kiedy lewa półkula twojego mózgu manipuluje danymi w raportach wysyłanych do świadomości. Czy wiesz, że moment, w którym świadomie decydujesz się sięgnąć po ostatnie ciastko w pudełku wcale nie jest momentem podjęcia tej decyzji? Twój mózg zaplanował i przygotował ten ruch milisekundy, a czasem nawet sekundy wcześniej. Po prostu lewa półkula informuje Cię o tym PO zakończeniu fazy planowania, a nawet po wykonaniu tej czynności. Niemożliwe? Niestety tak, lewa półkula posiada umiejętność modyfikowania spostrzegania chronologii, tak aby by stworzyć iluzję, że świadoma intencja poprzedza działanie.

Ale, skoro jesteśmy, a raczej nasza świadomość, ostatnimi „osobami” informowanymi przez mózg o intencji działania, a świadomość nie jest miejscem podejmowania faktycznej decyzji, to czy naprawdę możemy wierzyć, że kontrolujemy swoje działania? Gdzie w tym układzie jest miejsce na wolną wolę?

Przyjrzyjmy się innemu przykładowi. Oto przypadek sympatycznej starszej pani, pacjentki oddziału neurologicznego cierpiącej na uszkodzenie mózgu w płacie ciemieniowym. Podczas pobytu w nowojorskim szpitalu obserwuje kręcących się po korytarzach pacjentów, lekarzy i pielęgniarki, widzi poczekalnię oraz dwie duże windy przewożące personel, chorych i ich gości na wyższe piętra. Mimo obserwowania tego wszystkiego i rozmów z lekarzem, jest głęboko przekonana, że znajduje się we własnym domu, w innym mieście, w innym stanie. Zapytana o to co w takim razie robią szpitalne windy w jej własnym domu, natychmiast podaje wyjaśnienie – zamówiła je i zamontowała za ogromną sumę pieniędzy. Po prostu uszkodzenie mózgu, w tym konkretnym miejscu płata ciemieniowego powoduje, że pacjenci doznają poczucia swego rodzaju bilokacji, znajdowania się gdzie indziej niż są naprawdę. Dla tej starszej pani jej dom znajduje się dokładnie tam, gdzie ona i żadne fakty nie sprawią, że zmieni zdanie. A ponieważ świadomość pobytu we własnym domu i jednocześnie w szpitalu to bardzo dziwne i zapewne mocno niekomfortowe odczucie, lewa półkula jej mózgu przerabia je na bezpieczniejszą wersję. Bierze sygnały z płata ciemieniowego – „jesteśmy w domu” i dane dostarczane przez oczy – „widzę szpitalne windy” i wymyśla spójną historię, akceptowalną przez świadomość – „windy są w moim domu, ponieważ kazałam je tam zainstalować”. W tej sytuacji, mimo wszystkich dostępnych danych płynących z oczu, uszu, nosa i dotyku, nie da się tej pani przekonać, że nie jest u siebie. Lewa półkula niczym mistrz konfabulacji zawsze dostarczy nam spójną historyjkę. W rezultacie świadomość jest zmuszona zaakceptować i uwierzyć w tę skonstruowaną opowieść.

Według Michaela S. Gazzanigi, autora książki „Kto tu rządzi – ja czy mój mózg? Neuronauka a istnienie wolnej woli”, w lewej półkuli ludzkiego mózgu ukrywa się pewien bardzo interesujący moduł, zwany przez autora Interpretatorem. Zadaniem tego modułu jest tworzenie spójnych historii z dostępnych mózgowi danych. W rezultacie Interpretator nie tylko manipuluje i reinterpretuje dane, ale być może również opowiada za poczucie istnienia naszej świadomości, sprawiając, w ten sposób sprawiając, że czujemy się odrębnym, świadomym sobą. Z tej perspektywy świadomość można by porównać do aplikacji lub panelu, który wyświetla jedynie wyniki procesów zachodzących w mózgu, ale nie obliczenia jakie do nich doprowadziły. Za każdym razem, gdy decydujemy się nie zjeść całej tabliczki czekolady, tylko zrobić sobie sałatkę z pomidorów, w naszym mózgu zachodzi masa procesów, o których zupełnie nic nie wiemy. Dzięki Interpretatorowi, poznajemy tylko końcową decyzję żywieniowego dylematu popartą spójną historią, która wydaje się nam być powodem, dla którego tym razem czekolada ocalała np. „postanowiłem iść na dietę” albo „wolę dać tę czekoladę mojej wnuczce”. Jaki był prawdziwy powód? Kto wie… w końcu cała złożoność działania naszego mózgu podczas tego wahania się między słodyczami a zdrowym i zbilansowanym posiłkiem pozostaje dla nas wielką tajemnicą.

Jeśli więc mózg działa autonomicznie, bez ciągłego angażowania świadomości, skutecznie unikając naszych prób wprowadzenia mikrozarządzania, czy możemy w pełni brać odpowiedzialność za własne działania? Czy można po prostu rozgrzeszyć się słowami „to nie ja, to mózg” i ze spokojem sięgnąć po tę nieszczęsną czekoladę? Aż prosiłoby się w tej sytuacji powtórzyć za Sapolskym – jesteśmy zdeterminowani, wolna wola nie istnieje i smacznego. Jednak, ku naszemu zaskoczeniu Gazzaniga twierdzi coś przeciwnego. Mimo że neurobiolodzy są często zwolennikami determinizmu (co omawiam dokładniej w recenzji książki „Determined” Sapolsky’ego), on uważa, że istnieją mocne powody, by utrzymać koncepcję osobistej odpowiedzialności.

Przede wszystkim – ludzie zachowują się lepiej, kiedy czują się odpowiedzialni za swoje czyny. Ktoś, kto wierzy, że ma wpływ na własne decyzje, rzadziej przechodzi przez jezdnię na czerwonym, wybiera fast food zamiast warzyw czy postanawia ukraść twój samochód. Po drugie, cała koncepcja determinizmu opiera się na założeniu, że mózg składa się z neuronów, te z chemicznych komponentów, a te z atomów: protonów, neutronów, elektronów. Teoretycznie można by zejść aż do poziomu kwarków i nigdzie nie znaleźć działania, które nie miałoby żadnej fizycznej przyczyny. Z takiej perspektywy wydaje się, że faktycznie nie ma w nas miejsca na wolną wolę. Jednak według Gazzanigi ludzki umysł jest zjawiskiem emergentnym, a więc wykraczającym poza zwykłą sumę składających się na niego atomów. Jest niezwykle złożony, stale rośnie, uczy się i rozwija w kontakcie z innymi umysłami.

O ile Sapolsky odrzuca istnienie wolnej woli i twierdzi, że wszystko można wyjaśnić prawami fizyki, rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana. Jeśli świadomość potraktujemy jako zjawisko emergentne jak twierdzi Gazzaniga, a do tego uwzględnimy ogromną złożoność naszych interakcji z otoczeniem – zwłaszcza z innymi ludźmi mającymi własny mózg – samo odwołanie się do fizyki jest za mało precyzyjne. Próbować przewidzieć ludzkie zachowania w zatłoczonym autobusie tylko na podstawie tego, jak zachowują się atomy jego mózgu, to jak przewidywać ruch uliczny na rondzie Daszyńskiego wyłącznie w oparciu o rodzaj hamulców w poruszających się po Warszawie samochodach i skład chemiczny tankowanego przez kierowców paliwa. Żeby przewidzieć, czy ulice zakorkują się, trzeba uwzględnić działania poruszających się nimi kierowców, ich interakcje, pogodę danego dnia, przepisy drogowe, położenie patroli policji, zachowanie niezdyscyplinowanych pieszych, rowerzystów, motocyklistów i wiele innych czynników. Interakcje naszego umysłu z innymi umysłami bliższe są teorii chaosu – gdzie drobna zmiana może wywołać ogromny skutek – niż tradycyjnej fizyce.

Jeśli pasjonuje cię neuronauka i pytania egzystencjalne, a do tego lubisz barwny i wciągający styl poparty nowoczesnymi badaniami, ta książka zdecydowanie jest dla ciebie. Zwłaszcza, że Gazzaniga nie zatrzymuje się na opisach funkcjonowania mózgu, ale daje nurka w tematy tak głębokie jak pochodzenie wyznawanych przez ludzi wartości, wybiórczość empatii czy nagła i jego zdaniem zbyt szybka, inwazja neuronaukowców na sale sądowe. W końcu pytanie o istnienie wolnej woli jest już tylko o krok od pytania od poczytalność lub niepoczytalność przestępcy (Gazzaniga podaje tu naprawdę mocny przykład). Jeżeli bowiem nie podejmujemy świadomych wyborów to czy wolno nam sądzić morderców i złodziei? A tak przy okazji, wiesz, że jeżeli na sali sądowej biegły pokaże skany mózgu, to ława przysięgłych, nawet jeżeli nie wie o skanowaniu mózgu absolutnie nic, i tak uzna je za silniejszy dowód niewinności, niż jeżeli biegły wypowie dokładnie tę samą opinię, ale nie trzymając w dłoni wydruku ze skanem? No i oczywiście dużo zależy od tego kiedy sędzia coś jadł.

Tak czy siak, polecam tę lekturę. Szczególnie jeśli po przeczytaniu mojej recenzji „Zdeterminowany” Sapolsky’ego, albo tym bardziej po przeczytaniu tej książki, czujesz niedosyt i masz ochotę na świeże, alternatywne spojrzenie na problem. „Kto tu rządzi” dostępne jest zarówno po angielsku, jak i po polsku oraz w wersji elektronicznej, więc możesz wybrać swój ulubiony format.

Autorka: Joanna Zaręba

Odetnij napięcie. Jak pokonać stres dzięki praktykom psychosomatycznym. Rebekkah LaDyne

Dziś na spółdzielczym czytelniczym tapecie: Odetnij napięcie. Jak pokonać stres dzięki praktykom psychosomatycznym autorstwa Rebekkah LaDyne, w przekładzie Juliusza Okuniewskiego, wydane przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Książka bardzo na miejscu, bo właśnie w ten weekend zmagam się z przykrym stresem i czytając ten tytuł miałam nadzieję na odrobinę ulgi.

Article content
Szpitalny seledyn

Forma:

Książka jest raczej cienka. Ma zaledwie 208 stron wliczając w to bibliografię, peany recenzentów, wstęp i podziękowania. Rozdziały raczej krótkie z dużą ilością podrozdziałów, do tego sporo rysunków i tabel. Okładka miękka, ze skrzydełkami, o niskiej „smakowitości”,  Żaden kototester nie podjął próby nadgryzienia mimo, że leżała przed kocimi nosami cały weekend. Design minimalistyczny, a sama okładka utrzymana w charakterystycznym seledynowym odcieniu przypominającym olejną farbę z PRL-owskiego szpitala wojewódzkiego. Jak na nią nie spojrzeć,  nie przemawia do mnie. Na szczęście jest dostępne drugie wydanie z bardziej energetyczną okładką.

Teza:

W naszych próbach pozbycia się stresu zazwyczaj skupiamy się na umyśle, pomijając ciało,  mimo że to właśnie ono najintensywniej reaguje w sytuacjach napięcia. Fizyczne objawy, takie jak uczucie zimna, gorąca, reakcje zamrożenia czy nadmiernej aktywności, pochodzą z ciała i to ono pierwsze daje znać, że coś jest nie tak. Czasami nawet potrafi oszukać umysł i spowodować, że znajdzie on sobie zupełnie nierealne źródło realnych fizycznych objawów.

Stres odczuwamy na wiele sposobów, często unikalnych dla nas.  Czasami jako nagłe zimno ogarniające nasze ciało, innym razem jako uderzenie gorąca, potliwość, lub przyśpieszony puls. Źródłem tych reakcji, jest ciało, nie umysł i najsensowniej będzie zacząć wojnę ze stresem właśnie od uspokojenia i wyregulowania reakcji ciała.

.Autorka proponuje w tym celu terapię somatyczną MBR (mind body reset), która koncentruje się na uwalnianiu napięcia poprzez pracę z ciałem i koncentracji na jego potrzebach i odczuciach. Jej zdaniem techniki takie jak medytacja uważności czy terapie ekspozycyjne stosowane w walce z ekstremalnym stresem,  nie są odpowiednie dla każdego, a niektórym mogą nawet zaszkodzić.

(O ile spodziewałabym się tego po terapii ekspozycyjnej to przyznam, że medytacja uważności zawsze wydawała mi się raczej nieszkodliwa. Do sprawdzenia.)

Całkowicie Subiektywna Opinia:

Jakim cudem 208 stron książki czyta mi się tak wolno?! Dobra, rozumiem…czytam tę książkę w stresie, nie mogę się skupić i czuję w sobie opisywane przez autorkę objawy zamrożenia w połączeniu z hiperaktywnością (kiepskie combo, nawiasem mówiąc – nie polecam). Jednakowoż, ten tytuł jest przeznaczony dla takich jak ja, zestresowanych nieszczęśników, którzy już mają dość i chcą wreszcie odciąć to napięcie. Czy książka nie powinna być bardziej przyjazna dla takich jak ja?

Ocena:

Kiedy sięgałam po ten tytuł spodziewałam się, że:

  • będzie o stresie
  • dostanę sporo ćwiczeń
  • i to takich na które sama nie wpadłam.

Co do stresu to owszem, jest o nim sporo i owszem, książka podpowiada jak się go pozbyć ale…Przede wszystkim mam wrażenie, że autorka koncentruje się na stresie ekstremalnym, nieco mniej na średnim przewlekłym i bardzo mocno skupia się na tym dlaczego terapia ekspozycyjna i medytacja uważnościowa mogą okazać się szkodliwe dla osób, których wspomnienia są zbyt trudne, żeby do nich wracać. Czyli (a przynajmniej ja to tak odbieram) mówimy tu o stresie w jego najsilniejszej formie – traumy. Jest sporo przykładów sugerujących traumę: człowiek, który spadł z rusztowania, pogryzienie przez psa, wypadki dzieci autorki. Co do traumy to jej osobiście nie posiadam i bardzo sobie chwalę jej brak. Więc nie do końca mam poczucie, że ta książka jest dla mnie. Po za tym dziwi mnie tak silny nacisk na unikanie medytacji i terapii ekspozycyjnej. Mam wrażenie, że większość zestresowanych czytelników nie posunie się w swoich wysiłkach, aż do terapii ekspozycji albo trzymiesięcznej medytacji uważności w jaskini jak jej kolega z przytaczanego przez nią przykładu, który wytrzymawszy  trzy dni relaksowania się, uciekł, bo za bardzo go to zestresowało. Osobiście nie sądzę, że trzeba wkładać aż tyle energii, co autorka w zachęcanie nas do uważania na te metody. Chociaż zawsze warto ostrzegać, że nie ma uniwersalnych rozwiązań.

Jeżeli chodzi o ćwiczenia to niestety nie trafiłam na nic, co wcześniej bym mi już nie przyszło do głowy albo na coś o czym bym już nie czytała gdzie indziej. Skan ciała, świadomość oddechu, zmiana wyobrażeń o traumatycznych wspomnieniach, ruch jako narzędzie regulacji emocji itd. W dodatku pierwsza technika opisana przez autorkę (jeżeli nie liczyć kilku króciutkich ćwiczeń oddechowych stosowanych jako przerywniki rozdziałów) pojawia się dopiero na stronie 84 czyli w jakiś 40% książki. Prawie połowa książki jest teorią, którą nawiasem mówiąc znałam już od dawna.

Co do ćwiczeń-przerywników mój problem z nimi jest taki sam jak z większością ćwiczeń opisanych w książkach o relaksowaniu się – powinny być audiobookiem. Półstronicowe, albo nawet zajmujące stronę ćwiczenie z listą pytań jakie ma sobie zadać, lub czynności jakie ma wykonać osobnik leżący sobie wygodnie bez książki w dłoni, zmusza nas do nauczenia się instrukcji na pamięć albo robienia ćwiczenia na przysłowiową pałę. Nie mówię, że na pałę się nie da, ale ja osobiście się denerwuję, kiedy w środku relaksu zapominam, czy miałam zrobić trzy głębokie wdechy czy raczej rozluźnić brzuch. Podejrzewam, że klienci autorki (jest terapeutką) słuchają tych poleceń wypowiadanych przez nią i nie muszą zapamiętywać kolejności zadań do wykonania.

No i oczywiście abstrakcyjne pytania typu: czy są jakieś obszary twojego ciała gdzie znajduje się niepotrzebne napięcie prowadzą mnie nieuchronnie do utknięcia na pytaniu – po czym mam to poznać? Jakie napięcie jest potrzebne? Lubię jasne instrukcje.

Co do jasności i klarowności, warto zastrzec sobie, że autorka posługuje się również dość mocno językiem metafor pomieszanym z naukowymi definicjami. Czasami mam trudność z poukładaniem sobie w głowie, o czym ona mówi. Co to jest całodobowy ośrodek OK np? Jakiś system? Część mózgu? Jak to się przekłada na działanie mojego organizmu? Przecinkowiec cholery wie. Albo jakie to uczucie – śnieżenie telewizora bez sygnału, pod skórą? A bywa i trudniej, możemy na przykład trafić na:

“Ośnieżony szczyt reaktywności, który rozłożymy na części pierwsze w kolejnych rozdziałach ma u swojej podstawy niezwykle ściśnięty węzeł. Zaciśnięty węzeł oznacza powstrzymywanie, ograniczanie i zamykanie – lita skała tworząca rdzeń tej góry stresu jest w takich chwilach twarda jak granit.

I naprawdę czasami nie wiem, czy jakiś użyty przez LaDyne termin jest przenośnią czy akurat prawdziwym używanym w neuronauce terminem. Dodatkowo autorka jest czasami zbyt entuzjastyczna w opisach dość pospolitych mechanizmów np. introcepcji, którą opisuje naukowe słowo o wielu sylabach i jednocześnie jako niezwykłą i cudowną. Czuję się trochę jakby przemawiała do mnie jak do dziecka. I jakby naukowe słowa składające się z wielu sylab i odczuwanie położenia własnego ciała były jakimś rzadkim ewenementem dostępnym tylko wtajemniczonym w metodę MBR. Swoja drogą dlaczego wszyscy robią ze swoich metod trzyliterowe skróty? A i jeszcze – wspomniana interocepcja ma nam pomóc dotrzeć do “oceanu ciała”, bo przecież nie chcemy iść na pustynię. Czym tu jest pustynia? Nie wiem, ale chyba już tam dotarłam.

Mocną stroną tej książki jest to, że kiedy już przebijemy się przez pierwsze 83 strony wyjaśnień dlaczego medytacja uważnościowa i terapia ekspozycji nie działają, ale mogą być szkodliwe i dlaczego ciało jest oceanem wymagającym delikatności, a mózg bywa dupkiem i lepiej nie wdawać się z nim w monologi, dochodzimy do ćwiczeń. A przy każdym z nich opisane są badania potwierdzające ich skuteczność. Plus autorka bardzo długo zajmuje się tematem stresu i terapii somatycznej, więc przynajmniej w zakresie naukowości twierdzeń wiem, że się tu nie poślizgnę. Poza tym, spójrzmy prawdzie w oczy. Nawet gdyby ćwiczenia miały nie działać, to nie natrafiłam tu na żadną szkodliwą społecznie poradę. Wzięcie kilku głębokich wdechów, rozluźnienie brzucha i poczucie gdzie w ciele odczuwamy napięcie nie zaprowadzi nas w żadne podejrzane rejony. No chyba, że poślizgniemy się na modyfikacji traumatycznych wspomnień.

Niestety same ćwiczenia, nawet w drugiej części książki, poświęconej narzędziom, nie mają dla siebie wiele miejsca. Autorka podaje przykłady, cytuje badania, wyjaśnia ewolucyjne aspekty narzędzia, i przybliża nam sztuczki naszego mózgu, ale samo narzędzie znika w nawale innego, skądinąd ciekawego, tekstu.

Inna sprawa, która przykuwa moją uwagę – nie wiem czy to wynik działania  tłumacza, czy stylu pisania autorki ale czasami trudno mi pojąć o co jej chodzi w przykładzie. Powiedzmy, że opisuje jak zobaczyła w sklepie kogoś z kim bardzo nie chciała rozmawiać.  Ten ktoś szedł w jej stronę, więc natychmiast odczuła stres, ale spojrzała na wystawę sklepową i się uspokoiła. Kończy opis wzmianką, że była zadowolona, że uniknęła spotkania. Tylko jak go uniknęła? Niemiły człowiek rozwiał się jak opar? Czy uznał, że ona udaje, że go nie widzi i po prostu sobie poszedł? A może mówił coś do niej, ale go nie dostrzegła, bo doznawała szczęścia w wyniku oglądania wystawy (jedną z technik odstresowania się jest poszukanie wzrokiem czegoś, na co przyjemnie patrzeć). Wyjaśnienia w każdym razie brak.

Albo inny przykład: pewna pani imieniem Maria doznawała nieprzyjemności w synagodze, bo ktoś jej tam coś przykrego powiedział, ale już ich nie doznaje, bo teraz patrzy tam na miłe rzeczy. No, to nie brzmi jak wciągający przykład, raczej jak okrojony ze smakowitych szczegółów kawałek wypracowania szkolnego. Dlaczego miałaby mnie poruszać historia Marii, która odkryła że może wejść do synagogi i czuć się tam spokojna. Nie znam jej. Nic w tej historii nie powoduje, że jej stres przykuwa moją uwagę. Ludzie ciągle mówią sobie przykre rzeczy, stresują się tym i odkrywają, że jednak nie muszą.

Ale chyba największa wpadka przykładowa dla mnie to wzmianka, że córka autorki miała “wypadek w drzwiach” ale już się nie boi drzwi. Na litość! Powiedz kobieto czytelnikowi co się tam stało. Wypadek w drzwiach ma potencjał przykuwania uwagi. Rozumiem chęć ochrony prywatności, ale w takim razie nie rozbudzajmy apetytu czytelnika tylko po to, żeby przez resztę życia się zastanawiał jaki wypadek można mieć w drzwiach.  Zresztą… inni autorzy poradników i książek psychologicznych nie okrawają tak paskudnie swoich przykładów.

Dla porównania czytam w ten weekend książkę Gazzanigi (Kto tu rządzi? Ja czy mój mózg?) i on jak rzuci w człowieka przykładem, to ten przykład się potem czytelnikowi śni po nocach. Serio miałam przez niego sen o rozdzielaniu półkul mózgowych. Natomiast LaDyne jak dla mnie pisze plastelinowo-miękko, letnio i bez charakteru. Mój mózg nie przepada za takim ani ciepłym ani zimnym zestawem miękkich metafor owiniętych dookoła pozbawionych charakteru przykładów. Być może na mój odbiór książki wpływa fakt, że sama czytam w stresie, ale z drugiej strony, grzebię się z tymi dwustoma stronami niemiłosiernie. Odkładam, czytam 10 stron, znów odkładam, znów sięgam i czytam 10 stron. Więc albo autorka pisze zupełnie niekompatybilnie ze mną albo coś z tą książką jest nie tak.

Chociaż muszę przyznać tu dużego plusa za przypomnienie czytelnikowi, że nie należy ufać mózgowi. Jeżeli jakiekolwiek, nieświadome nawet skojarzenie uruchomi ciału fizyczną reakcję stresową to jego mózg, szybko rozejrzy się po okolicy i wymyśli sobie prawdopodobny powód dla tej reakcji. Akurat dokładnie o takim zjawisku czytałam u Gazzanigi – lewa półkula mózgowa kombinująca nad znalezieniem jakiegoś spójnego, acz niekoniecznie prawdziwego wyjaśnienia dla zaistniałej sytuacji, natychmiast wymyśli dla nas, czego się boimy. Jeżeli w zasięgu naszych oczu znajdzie się w takiej chwili potencjalny stresor np. staruszka z pekińczykiem na smyczy, może się okazać, że nasz mózg uzna pekińczyka za powód lęku i w ten sposób wyrobimy sobie nawyk reagowania strachem na każdego futrzastego czworonoga na smyczy.

Uwaga:

Wszelkie moje narzekania nie odnoszą się do samej metody MBR. Być może wypróbuję któreś ćwiczenie jak już się go nauczę na pamięć i będę mogła więcej powiedzieć o skuteczności narzędzi LaDyne.

Moje czepialstwo odnosi się głównie do formy, nad którą męczę się straszliwie, a zaznaczam, że jestem zaprawioną w bojach czytelniczką, która przebrnęła nawet przez gargantuiczne opisy kwitnących głogów u Paousta. Z drugiej strony nigdzie nie jest powiedziane, że każdy autor ma pisać stylem kompatybilnym z Zarębą

Czy czytać?

Być może. Sama nie wiem w tym przypadku. Z jednej strony, jeżeli znacie podstawowe informacje o powstawaniu i odczuwaniu stresu macie szansę się wynudzić. Z drugiej strony, jeżeli zupełnie nic nie wiecie o stresie i jego mechanizmach, autorka może zgubić was gdzieś na etapie “ośnieżonego szczytu góry stresu” i “oceanu ciała”. Tak czy siak, sprawdziłam i, o dziwo, Copilot na moją prośbę wypluwa prawie identyczne ćwiczenia jak te zawarte w książce. A sama autorka sugeruje, że możemy ominąć części badawczo teoretyczne i zabrać się do ćwiczeń.

Kiedy czytać jeżeli już sięgniemy po ten tytuł?

Gdziekolwiek byle z kawą pod ręką. Te oceany ciała i ośnieżone szczyty góry stresu mogą przekroczyć możliwości poznawcze i uśpić czytelnika. Na urlopie owszem, ale tylko przy dobrej pogodzie. Pasuje do żurku, rosołu i zupy pomidorowej, nie pasuje do alkoholu, zielonej herbaty i lodów.

Autorka: Joanna Zaręba

How to be good enough – Ellen Hendriksen

Dziś na moim czytelniczym talerzu, książka poruszająca ważny temat – perfekcjonizmu.

“How to be good enough. Wyłącz samokrytykę, ogranicz perfekcjonizm i żyj w zgodzie ze sobą” autorstwa Ellen Hendriksen w przekładzie Doroty Gasper i wydana w Polsce przez MT Biznes.

Temat o tyle trudny, że wszędzie, i to coraz częściej, spotykamy ludzi dręczonych perfekcjonizmem i poczuciem, że nigdy nie będą wystarczająco dobrzy, jeżeli nie dla społeczeństwa to dla samych siebie. I równie często trafiamy na perfekcjonistów zamieniających w istne piekło życie swoich bliskich poprzez domaganie się niemożliwego i krytykowanie wszystkiego co robią.

Article content
Potęga wlepek 🙂

Forma: Absolutnie śliczna fioletowa okładka, która na każdym moim zdjęciu wygląda inaczej niż na żywo, miła w dotyku i wzmacniana skrzydełkami. Smakowitość, według kocich testerów, ujdzie, ale dużo smaczniejsze są moje wklejki do zaznaczania ciekawych fragmentów. Wygoda książki do posadzenia kociego zadu, wysoka. Zarówno Pink i Floyd sprawdzili, że dobrze się na niej siedzi. Zapach nikły, papier o dziwo nie tak fajny jak w innych publikacjach.

Teza: Perfekcjonizm ma wiele oblicz i każdego dręczy na swój sposób. Potrafi zrujnować radość życia, spowodować, że wciąż będziemy drżeć ze strachu przed tym, że okażemy się nie dość dobrzy (czytaj – nieidealni). Wpływa też zabójczo na nasze relacje, jeżeli pozwolimy naszym rozhulanym standardom przejąć kontrolę nad naszym zachowaniem i spróbujemy je narzucić bliskim. Zasadniczo są trzy grupy perfekcjonistów: ci, którzy dręczą siebie, ci którzy dręczą innych, i ci którzy dręczą siebie, bo uważają, że inni tego od nich oczekują. Nie ma jednak co podupadać na duchu, bo autorka ma dla nas rady jak się z tym uporać. Zgodnie z tym co pisze, nawet samo przeczytanie książki powinno w jakimś stopniu zmienić nasze podejście i ulżyć nam w cierpieniu.

Wstęp: Wstępu brak, a więc nie może być rozbrykany, co jest dużym plusem. Zamiast wstępu mamy prolog porównujący dwóch perfekcjonistów Walta Disneya i Freda Rogersa. Obaj w swoim życiu kierowali się wysokimi standardami, ale w przeciwieństwie do elastycznego w swoim podejściu Rogersa, Walt Disney pozwolił swojemu dążeniu do ideału zniszczyć sobie życie i wtrącić się w otchłań samotności i samokrytyki. Prolog ma na celu pokazanie istotnego faktu – nie każdy perfekcjonizm jest zły. A nawet w tym złym pojawia się wiele cech, które są dla nas skutecznym motorem pchającym nas ku sukcesowi. Sumienność, skupienie na detalach, samozaparcie w dążeniu do celu. Same plusy… gdybyśmy tylko zdołali jakoś się pozbyć tej zjadliwej samokrytyki. No i o tym właśnie jest ta książka.

Mamy też pierwszy rozdział zgrabnie wprowadzający nas w problematykę perfekcjonizmu i pokrótce omawiający, czego możemy spodziewać się w dalszych częściach książki. Zwykle nic mnie nie irytuje bardziej niż autorzy, którzy piszą mi po kolei, o czym będzie który rozdział, ale tu Hendriksen przemyciła to tak ładnie, że nie od razu zorientowałam się, co czytam. Użyła do tego przykładów swoich pacjentów, a nic mnie bardziej nie wciąga jak przykłady, zwłaszcza, że autorka wybrała bardzo interesujące przypadki.

Co mi się podobało, a co odesłałabym do lamusa?

Dużym plusem jest na pewno to, że dowiedziałam się kilku nowych rzeczy. Na przykład tego, jak bardzo Disney starał się osiągnąć ideał pracując nad swoimi filmami. I jak pomimo niesamowitych sukcesów finansowych jego produkcji i tego, że zdołał uszczęśliwić całe pokolenia dzieci, okazał się być człowiekiem smutnym, samotnym i niezdolnym do nawiązania przyjaźni ze swoimi pracownikami.

Inną kwestią, o której nie wiedziałam, a która jest niesamowicie istotna i otwierająca nam oczy na pewne mechanizmy społeczne, jest brzydki trend, który niedawno pojawił się w naszym społeczeństwie. Otóż odsetek osób dręczonych perfekcjonizmem, zwłaszcza narzuconym społecznie, wciąż rośnie. Coraz więcej ludzi jest przekonanych o tym, że muszą być idealni i narodziny mediów społecznościowych mają w tym swój spory udział (chociaż nie są jedynym czynnikiem). Wszechobecny konsumpcjonizm prowadzi do tego, że bardziej niż kiedykolwiek staramy się być perfekcyjni. Perfekcjonizm dotyka nawet bezduszne korporacje, które nie szukają już kandydatów odpowiednich ale idealnych. Kto nie przebił się lub nie zna kogoś, kto się przebił przed dwunastostopniowy proces rekrutacyjny, tylko po to, żeby usłyszeć, że jednak się nie nadaje, niech pierwszy rzuci CV. Podoba mi się to, że autorka nie pokazuje perfekcjonizmu jako zjawiska odciętego od społecznego tła. Dzięki temu mamy pełen obraz sytuacji i wiemy na ile poważny jest ten problem. Zwłaszcza, że kliniczny perfekcjonizm jest zjawiskiem transdiagnostycznym, co oznacza, że współwystępuje razem z wieloma innymi zzaburzeniami takimi jak OCD, zaburzenia odżywiania, a nawet PTSD. Autorka przytacza też badania wskazujące na jego związek z samobójstwami.

Pewnym (małym) minusem, na który nadziałam się już na samym początku książki, jest to, że autorka (a może tylko tłumaczka) używa w tekście, odnośnie adaptacyjnych cech perfekcjonistów, popularnego i irytującego określenia “magiczne supermoce”. Takimi magicznymi supermocami są według niej silna etyka pracy, czy głęboka troska o innych. Ilekroć słyszę to określenie, tu jeszcze wzmocnione słowem “magiczne” od razu przypomina mi się, jak często używa się go do romantyzowania życia osób neuroróżnorodnych, co wypacza ich obraz w oczach społeczeństwa. Rozumiem, że miło jest połechtać ego perfekcjonistów, ale ich supermoce to po prostu bardzo silnie rozwinięte cechy i nic ponadto.

Article content
Poczucie humoru w akcji

Natomiast olbrzymim plusem tego tytułu jest poczucie humoru z jakim Hendriksen podchodzi do tematu, który przecież sam w sobie jest raczej ponury. Porównania perfekcjonizmu do sałatki owocowej, lasagnii, czy wrzucanie w środek poważnego akapitu zabawnej metafory powoduje, że książkę czyta się płynnie i lekko, a nasz mózg może entuzjastycznie tarzać w jej stronicach bez obaw, że popadnie w melancholię. Spójrz na to zdanie:

“Większość ludzi czyta książki psychologiczne, ponieważ chce się pozbierać. Ale ty nie jesteś większością ludzi. W rzeczywistości jesteś nawet trochę zbyt ogarnięty.”

Z kolei dla osób obawiających się, że samokrytyka jest jedynym co powstrzymuje ich przed popadnięciem w lenistwo, degrengoladę i abnegację, które nastąpią nieuchronnie, jak tylko poluzują sobie dyscyplinę i ograniczą krytykowanie siebie, autorka ma dowcipną obietnicę:

Obiecuję, że nie skończysz jako palacz trawki w spodniach od pidżamy pokrytych czipsowymi okruchami”.

To chyba dobrze, prawda? 🙂 Możemy za to stać się dla siebie o 10% milsi (to też słowa autorki) oraz wygospodarować w naszym życiu więcej miejsca na społeczność, więzi, radość i odpoczynek.

Bardzo mi się podoba, że Hendriksen daje czytelnikowi nadzieję, zamiast tłuc go po głowie mrocznymi wizjami, co się stanie jak się nie poprawi. Nie obiecuje też, że lektura dokona w naszym życiu diametralnej i bolesnej zmiany kierunku, a po zapoznaniu się z tym tytułem nawet własna rodzina nas nie pozna. Wręcz przeciwnie, sugeruje, że nie musimy przewracać wszystkiego w życiu do góry nogami. Mamy już wszystkie potrzebne cechy, mamy sumienność, troskę, zdolność do realizacji wysokich standardów, jedyne co musimy usunąć to samokrytyka. Czasami po jej usunięciu nie zmieni się nawet nasze zachowanie, ale zmieni się myślenie i samopoczucie. Niektórzy z jej pacjentów, opisani w książce, mówią – nadal robię to samo, ale teraz z innych powodów. Nadal jestem dowcipna, uśmiecham się i zgadzam się z moimi kolegami, ale tym razem nie dlatego, że jestem przerażona możliwością odrzucenia, ale dlatego, że naprawdę lubię się śmiać i mam poglądy podobne do ich poglądów. Zabierając się za lekturę nie musisz się obawiać, że autorka osądzi cię, a potem każe ci wszystko rzucić i wszystko zmienić. Hendriksen ma zresztą wiele wspólnego z nurtem psychologii pozytywnej, skupia się na tym co już mamy, nie na tym czego nam brak. Nie ocenia perfekcjonistów, ale wskazuje im drogę, pozwala im docenić swoje cechy i obalić mit, w który wierzą, że to właśnie ciągła samokrytyka utrzymuje ich na powierzchni. Jedno z najważniejszych zdań tej książki, według mnie to:

zaszliśmy tak daleko, jak zaszliśmy pomimo naszej samooceny”.

A wracając do psychologii pozytywnej z jej skłonnościami do wymuszania szczęścia i uśmiechu w każdej sytuacji. Jej się też w tym tytule dostaje, jako że zmuszanie się do bycia szczęśliwym za wszelką cenę sprzyja perfekcjonizmowi. Autorka naprawdę podchodzi do tematu kompleksowo i wskazuje cały komplet przyczyn odpowiedzialnych za nasz perfekcjonizm. Winne są nie tylko geny, nie tylko rodzina, ale filozofia życiowa naszego społeczeństwa, ucisk, kapitalizm, konsumpcjonizm, media społecznościowe wraz z ich kulturą oceny, sztucznie napompowane oczekiwanie, że każdy będzie “żyć na całego” dyskryminacja i systemowe nierówności w społeczeństwie, podstępnie kamuflujące się jako patologia osób ich doświadczających i wiele innych czynników. To też duży plus.

Totalnie subiektywne uwagi Zaręby:

  1. Pamiętacie ten fake, ze Stevem Jobsem, który rzekomo na łożu śmierci miał doznać olśnienia i strzelić wzruszającą mowę? Z tego co pisze autorka wynika, że facet do samego końca był (co mnie nie zaskakuje) niereformowalną łachudrą. Pielęgniarki wybierał sobie z 67 różnych, bo żadna nie była dość dobra i nie zapomniał też wspomnieć swojej córce, kiedy odwiedziła go w szpitalu, że jej perfumy sprawiają że śmierdzi jak toaleta. Daję plusa, za niegloryfikowanie Jobsa.
  2. Oświadczam też, że w pełni solidaryzuję się z Ivanem z przykładu. Matka Ivana, perfekcjonistka zorientowana na innych, w przypływie złości walnęła kiedyś syna kiełbasą. Jako osoba, która dostała od matki po głowie półkilogramowym kawałem żółtego sera, łączę się w bólu z ofiarą kiełbasy.

No dobrze, ale kończę to rozpisywanie zanim streszczę wam całą książkę. Lepiej, żebyście czytali sami jak sobie radzić z perfekcjonizmem. Ten tytuł zawiera co prawda niewiele ćwiczeń, ale i tak ma dużo do powiedzenia na temat tego jak sobie radzić z tym podstępnym przeciwnikiem. Przejdźmy więc do kolejnego punktu programu.

Czy czytać?

Stanowczo czytać. To dobra książka jest. 8/10 ( i pamiętajmy, że 10 rezerwujemy dla książek, które mnie wystrzeliwują z butów, a ja jestem czytelnikiem popsutym zupełnie rozlicznymi lekturami).

Kiedy czytać?

W weekend, na urlopie, w podróży, w luźniejsze popołudnia, kiedy nie możemy zasnąć. Na leżak dobra, ale piasek będzie wchodził w wyklejki, których będziecie używać, więc może lepiej mazać po niej ołówkiem (byle nie zgubić ołówka). Nada się do herbaty i kawy (zwłaszcza czarnej) i lekkich drinków ewentualnie drinków bezalkoholowych. Nie polecam whisky, brandy ani koniaku do tego tytułu. Nie pasuje do obiadu, ale pasuje do popcornu, tortu i szarlotki.

„Pozwól sobie czuć” autorka Susan Cain

Dziś na spółdzielczym tapecie książka: “Pozwól sobie Czuć” autorstwa Susan Cain, wydana przez MT Biznes w tłumaczeniu Magdy Witkowskiej. I przyznam, że nie do końca wiem cóż z nią począć. Polski tytuł nie do końca oddaje dlaczego, oryginalny już bardziej pokazuje, o co mi chodzi. Brzmi on “Bittersweet: How Sorrow and Longing Make Us Whole”. Smutek, tęsknota…nic dziwnego, że temat trudny w czytaniu i przetrawieniu, a i pisanie recenzji niełatwe. Dużym wyzwaniem dla mnie jest to, że moją silną stroną jest intelektualne rozważanie spraw. Tymczasem ta książka nie mówi wiele o logicznych powiązaniach przyczynowo-skutkowych, ani o tym jak zrobić coś lepiej, ani nawet (jak inne biznesowo-rozwojowe tytuły) o tym jak zarobić milion dolarów i mieć własną wyspę. 

“Pozwól sobie czuć” mówi o uczuciach i to wcale nie łatwych, bo jak to autorka sama ujmuje słodko-gorzkich. Czyli niby smutek, ale i radość, a może niby radość ale i smutek. Czy to się w ogóle da zrecenzować tak, żeby nie powiedzieć więcej o sobie niż o książce? I co ja w ogóle mam ochotę zrobić? Zjechać książkę jak burą sukę, czy wychwalać pod niebiosa? W sumie autorka mogłaby zacierać ręce z zadowoleniem, bo moje doświadczenie jest też słodko-gorzkie. No ale recenzja sama się nie napisze, więc zacznijmy od tego co łatwe.

Forma: Okładka w pastelowych kolorach, z sugerującym spokój i transcendencję kwiatkiem. Bardzo miła w dotyku, ze wzmacniającymi skrzydełkami i chyba smakowita, bo ciężko się było od kotów opędzić. MT biznes musi chyba dodawać coś do farby drukarskiej, bo nie widzę, żeby Pink tak się garnął do “Dnia Szakala” albo do Agaty Christie. Papier biały i elegancki, czcionka duża, dzięki czemu udało się z tego tytułu wyciągnąć aż 373 strony tekstu z przypisami i podziękowaniami. Oryginał miał 310 stron i podejrzewam, że też mógł dokonać tego głównie dzięki większej czcionce. Zapach mało wyraźny, ale za to książka niesamowicie wygodna do siedzenia, przynajmniej sądząc po zdeterminowanej minie siedzącego na niej mrokota. 

Teza: W naszym życiu stale obecne są doświadczenia słodko-gorzkie, łączące smutek i radość, czasami tak, że można się w tych emocjach pogubić. Większość z nas nie przepada za smutkiem i innymi negatywnymi uczuciami, ale nie da się od nich uciec. Za to można je przekuć w coś kreatywnego i pięknego, co pomoże nam sobie z nimi poradzić. Jakie to uczucie słodko-gorzkie?

Wyjdź w zimową noc na śnieg gdzieś z dala od miasta, spójrz na księżyc w pełni i gwiazdy w tle, a przy dobrym wietrze poczujesz, że to na co patrzysz jest piękne, ale jednocześnie poczujesz smutek płynący z tego, że w porównaniu z całym wszechświatem jesteś nic nie znaczącym pyłkiem. Ostrzegam, że może cię korcić, żeby zawyć do księżyca, albo napisać wiersz lub sonatę, ostatecznie jakiś obraz namalować. Ja zwykle ograniczam się do wycia, bo nie mam talentu do muzyki i rymów. Mogę sobie o tym pisać ironicznie i z cierpkim humorem, ale zapewniam, że z poczuciem samotności w zbyt pięknym i zbyt wielkim, a jednocześnie zbyt okrutnym wszechświecie nie ma co zadzierać. Oczywiście możesz się wykazać odpornością na nocne zimowe niebo, ale zapewne masz inną piętę achillesową. Może dzikie krajobrazy, a może fale morskie w czasie sztormu, a może smutna muzyka lub nagłe poczucie własnej śmiertelności w obliczu doświadczenia radości życia. Smutna muzyka zresztą otwiera tę książkę niczym klucz zardzewiały zamek. 

I już mi się udzieliło poczucie przemijania, psiakrew!

Moje czysto subiektywne wrażenie: Ta książka jest jak sinusoida, raz mnie straszliwie wkurza, a raz mam ochotę pogratulować autorce, że wreszcie czytam coś na poważny temat, a nie tylko dyrdymały jak zostać Elonem Muskiem. Druga sprawa: może i zdarzyło mi się wyć do księżyca parę razy, ale coś mnie irytuje w fakcie, który przytaczany jest w książce dość często ale od innej strony. Chodzi o to, że większość ludzi potrzebuje osobistej tragedii, żeby ruszyć się z miejsca. Obrazy, muzyka, pomaganie innym, wielkie powieści i jeszcze większe wynalazki powstawały dzięki temu, że ktoś komuś umarł, ktoś kogoś molestował, albo ktoś cierpiał na nieuleczalną chorobę. Człowiek jawi mi się jako piłeczka golfowa, która zadowolona z siebie tkwi w miejscu na zielonej trawie, a żeby zerwać się do lotu i osiągnąć cel potrzebuje solidnego uderzenia od losu. 

Co mi się w książce podoba? Po pierwsze, może i jestem cynikiem, który za Gałczyńskim powtarza:

“Księżyc ma ten styl pracy,

no – że wschodzi i świeci.

Lecz poeci są tacy.

Eech, poeci, poeci”

ale mimo to doskonale rozumiem smutek jaki człowieka ogarnia w kontakcie z pięknem, które nas przerasta. Autorka pozwoliła mi się uwolnić od brzydkiego przeświadczenia, że jestem jedyną, do tego nienormalną, osobą gapiącą się w wieczorne niebo nad jeziorem i czującą jak mi się kiszki zwijają od smutku. Mój problem za to, z tym tytułem polega na tym, że ja nie jestem poetycka, a on i owszem. Na przykład zamiast rozbrykanego wstępu mamy tu historię wiolonczelisty z Sarajewa, grającego umarłym przez 22 dni (po jednym za każdą osobę, która zginęła w pewnym ostrzale), pomimo tego, że dookoła czaili się snajperzy gotowi zabić każdego, kto nieostrożnie pokaże się na ulicy. Historia wzruszająca, a ja się osobiście wzruszać nie lubię. Niemniej jednak, rozumiem przekaz i wiem, że inni lubią, więc nie mam się czego czepiać. Zresztą nie da się nie podziwiać tego wiolonczelisty.

Sama autorka kocha się wzruszać, uwielbia smutną muzykę, jest fanką Leonarda Cohena i nic dziwnego, że napisała książkę, która przywraca w naszym życiu miejsce dla smutku i wskazuje nam, co ten smutek może nam zaoferować. Osobiście, kiedy sama ostatnio doświadczyłam głębokiego smutku i bezsilności, i złożyłam się publicznie jak domek z kart, otrzymałam jedynie namiary na psychologa, więc solidaryzuję się z autorką w jej misji. Do pewnego stopnia oczywiście. Są bowiem, jak pisze Cain dni miodu i dni cebuli. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale temu wszystkiemu towarzyszy pogoń i tęsknota za czymś niedoścignionym. Za czym? Kto to wie, może za bogiem, może za wiecznością, a może za transcendencją? Czytając tę książkę, mam wrażenie, że wszyscy tęsknimy za tym metaforycznym ciasteczkiem, które można mieć pomimo, że już się je zjadło i chociaż nie da się go dosięgnąć, to próbować warto, bo z tych prób wykluwają się różne piękne rzeczy, a i tęsknota za nieuchwytnym ciasteczkiem napędza nas czasami silniej niczym śruba napędowa. 

Ja na przykład tęsknię za pizzą. Ale nie po prostu pizzą. Tej mojej nie da się zjeść, ani nawet kupić, bo tęsknię za pizzą, którą dostałam w nagrodę po zaliczonej na piątkę ustnej maturze z polskiego, po całym dniu siedzenia w szkole od 8 rano do 19, kiedy to wreszcie wyszłam zmęczona i głodna ale z upragnioną oceną. Ta pizza była kupiona w pierwszej pizzerii w mieście i smakowała najlepiej na świecie, a ja byłam wtedy naprawdę młoda. No i jak tu dosięgnąć tej pizzy? Nie da się, jest stracona na zawsze i pozostaje po niej melancholia i tęsknota, za młodością, kiedy wszystko wyglądało inaczej i świat stał przede mną otworem. Potem, jak mawiają cynicy, okazało się, o jaki otwór chodziło.

Tak czy siak, w obliczu nieszczęścia możemy według autorki odrzucić je i bez skutku próbować żyć normalnie, albo zaakceptować ból jako nieuniknioną część naszego życia i przekuć go w coś coś kreatywnego. Tu mi się znów uruchamia jednocześnie lampka zielona i czerwona. Zielona, bo zgadzam się w zupełności, że akceptacja i przetworzenie cierpienia pozwala nam poradzić sobie z bólem, który szamocącego się z nim człowieka, powalił by bez trudu. Czerwona, bo na scenę wchodzi tu jungowski archetyp, o którym wspomina autorka i jak Junga kocham, to archetypu zranionego uzdrowiciela pasjami nie znoszę. Jak on działa? 

Na przykład, całe swoje życie masz w nosie, jakiś społeczny problem. Nic z nim nie robisz i uważasz, że ciebie on nie dotyczy. Dopóki sam nie otrzymasz tego ciosu od losu. To może być cokolwiek, padasz ofiarą przemocy, a może doznaje jej ktoś ci bliski, zaczynasz chorować na coś, na co wcześniej nie zwracałeś uwagi. Jednym słowem jak ta piłeczka golfowa, otrzymujesz uderzenie metaforycznym kijem golfowym. A wtedy, żeby nie upaść pod ciężarem bólu odnajdujesz swoje powołanie w walce ze wzmiankowanym problemem i niczym piłeczka lecisz prosto do celu ratując i pomagając innym, często bardzo skutecznie. Zakładasz fundację, zostajesz wolontariuszem, pracujesz nad zwiększeniem świadomości społecznej. Autorka słusznie wskazuje, że takie osoby doświadczone przez los, potrafią przekuć swoje cierpienie w rzeczy piękne i dobre. Jednak zraniony uzdrowiciel ma swój równie jungowski cień, a konkretnie syndrom księżnej Diany. Czyli bycie kimś, kto ucieka od swojego bólu poprzez ratowanie innych. Cain nie wspomina o tym ryzyku, ale myślę, że to rozróżnienie jest ważne. 

Tu wychodzi ze mnie znów moja subiektywna opinia, bo spotkałam w życiu parę księżnych Dian i równie wiele skłonnych do wzruszeń osób, które gloryfikowały cierpienie i lubiły sobie powyobrażać, że padają ofiarami rozlicznych nieszczęść, których ja bym i wrogowi nie życzyła, właśnie dla tego słodko-gorzkiego uczucia wzruszenia. 

Autorka opisuje w książce sporo elementów swojej biografii więc czytelnik może się przekonać na własnej skórze, że kiedy pisze o cierpieniu to wie o czym mówi. Pytanie, na które nie uzyskam odpowiedzi (bo to wychodzi tylko kiedy jesteśmy z kimś dość blisko) brzmi, czy jest ona zranioną uzdrowicielką czy księżną Dianą?

Co mi się jeszcze podobało? Otóż jednym z najbardziej interesujących dla mnie rozdziałów jest ten, który zwraca uwagę czytelnika na dramatyczny rozdźwięk pomiędzy tym jak źle się czasem czujemy, a tym jak mało społecznego przyzwolenia mamy na wyrażanie negatywnych emocji. Ten trend najsilniej występuje w USA, czyli kraju rodzinnym Cain, gdzie kultura toksycznej pozytywności połączona z głębokim parciem na sukces doprowadziła do tego, że smutni, cierpiący i ubodzy postrzegani są jako losers czyli nieudacznicy. Cain przybliża nam sytuację historyczno-społeczno-ekonomiczną, która doprowadziła mieszkańców Stanów Zjednoczonych do przekonania, że za wszelką cenę należy zachować optymizm i być zwycięzcą, i jeżeli przypadkiem znajdziemy się na liście przegranych to widomy znak, że coś z nami jest nie tak. Mamy jakąś fabryczną wadę i sami zasłużyliśmy sobie na zły los, a może po prostu bóg nas nie lubi. Echo tego przekonania znajdziemy w książce “Pokochaj siebie”, którą już recenzowałam, gdzie autor dzieli się z nami poglądem, że ludzie inteligentni nie miewają depresji, bo po prostu wybierają szczęście, zamiast smutku. Jak daleko jeszcze można się z tym optymizmem posunąć? Za daleko jak się okazuje. Cain przytacza w tym rozdziale przykład chorego na raka mężczyzny, który uwierzył, że musi utrzymać optymizm i ufać, że wszystko będzie dobrze. I nie byłoby to w sumie nic zdrożnego, gdyby nie wyszedł on z założenia, że musi zrezygnować z polisy na życie, bo w przeciwnym razie, bóg uzna, że nie był dość optymistyczny i pokarze go śmiercią. Po jego zgonie, czyli po tym jak pozytywne nastawienie i optymizm, nie wyleczyły raka jelita, jego rodzina doznała sporej niespodzianki, dowiadując się, że w akcie ufności do boga, ich mąż i ojciec postanowił zrezygnować z ubezpieczenia i umarł pozostawiając żonę i córkę na pastwę problemów finansowych. A wiemy, że może i śmierć jest darmowa, ale chorowanie w USA kosztuje majątek.

Oczywiście, w książce rozwojowo-biznesowej nie może zabraknąć chociaż odrobiny biznesu. Mamy więc obok rozdziałów o utracie miłości czy nieuchronności śmierci, również rozdział o problemie toksycznej pozytywności w miejscu pracy i stratach emocjonalnych, a czasami i biznesowych, jakie przez tę kulturę ponosimy. O ile bowiem znajdujemy w sobie w miejscu pracy dość tolerancji, żeby zrozumieć osobę, która straciła kogoś bliskiego, to zupełnie nie znajdujemy jej, albo też jej nie otrzymujemy w przypadkach długotrwałego cierpienia, które na stałe obniża nasz nastrój. Zwłaszcza liderom nie wypada za bardzo się smucić, o wiele większym zaufaniem w pracy cieszy się lider gniewny niż smutny, chociaż to ten drugi silniej przyciąga lojalność swoich ludzi. 

Poznajemy też interesujące stowarzyszenie Nieśmiertelników, ludzi za wszelką cenę dążących do wyeliminowania śmierci z życia (jakkolwiek by to nie brzmiało). Ciekawie jest poczytać o tym, co nimi kieruje (to wcale nie takie oczywiste) i jak postrzegają ryzyka związane z nieśmiertelnością, a interesująco przedstawione np. w książce SF Drew Magary-ego pod tytułem “Nieśmiertelność zabije nas wszystkich”. Możemy się te dowiedzieć, jakie zalety ma uwzględnianie w naszych życiowych planach faktu, że ból, tęsknota i żałoba to nie jakieś wynaturzone choróbska, ale integralna część bycia człowiekiem.

Osobiście muszę przyznać, że te “przyziemne” rozdziały, o kulturze życia i pracy przemawiają do mnie silniej niż te abstrakcyjne, o stracie, melancholii i śmiertelności. Jak już sama pisałam, nie jestem zbyt poetycka. Mimo to mogę polecić tę książkę z czystym sumieniem. Nie ma w niej galopującego wstępu (yey!), ani przesadnej uduchowioności, chociaż miejscami przewija się doktryna medytacyjna miłości i życzliwości oraz gościnnie występuje na jej kartkach Jego Świątobliwość Dalajlama.

Problem poruszany przez Cain jest istotny, a jego opisanie przyjemne w czytaniu. Książkę połknęłam prawie za jednym podejściem w czym przeszkadzało mi głównie naklejanie karteczek w interesujących miejscach. “Pozwól sobie czuć” ma też zdrową równowagę pomiędzy “o boże ta książka jest o mnie” i “cholera, zaraz wywalę ją przez okno”. Tak więc stanowczo czytać!

Ale kiedy czytać?

Hmm, trudna sprawa. Myślę, że wieczory będą odpowiednie. Kawy nie doradzam, czytania przy obiedzie również nie. Można wziąć na leżak, ale pod warunkiem, że czytamy nie za szybko i w cieniu. Fotel bujany i fotel uszak wydają się mi najstosowniejsze do tej lektury. Wino niekoniecznie, whisky tylko szkocka, w miarę możliwości torfowa. Herbata najlepiej czarna, albo czarna z przyprawami. Kot na kolanach zalecany, zwłaszcza jeśli czytamy z chłodniejszym klimacie. W przypadku braku kota, można użyć koca albo w razie potrzeby termoforu. 

Teoria Pozwól Im – Mel Robbins

Na dzisiejszym czytelniczym tapecie nowa książka Mel Robbins “Teoria Pozwól Im” wydana w przekładzie Piotra Cieślaka, przez wydawnictwo Galaktyka.

Po tę książkę sięgnęłam z pewną obawą, ponieważ czytałam już poprzednią książkę Robbins “Reguła 5 sekund”, która składała się głównie ze screenshotów z mediów społecznościowych osób, które dzięki liczeniu od 5 do zera zarobiły miliony, schudły 35 kilo i przebiegły 10 maratonów w trzecim stadium raka. Przykłady wzięte z książki, proszę nie fukać na recenzenta.

No to jedziemy z tym koksem, albo raczej z tą rewolucyjną (4 razy w książce) i uskrzydlającą (5 razy w książce) teorią “pozwól im” (249 razy w książce).

Forma: 

Tu wyjątkowo się nie rozpiszę ponieważ mam książkę w wersji elektronicznej, więc nie dane mi jej będzie pomacać, powąchać papieru ani nawet nakarmić nią kocich testerów odporności okładek. Zarówno polska jak i oryginalna okładka jest dość jaskrawa i wygląda nieco jak odbicie powstałe po tym jak niefortunny wróbel trafił w szybę (talk z piór wszędzie dookoła). Ewentualnie jak ktoś ujął to na Linkedin oceniając książkę po okładce: “…mam obawy że to książka z cyklu poradniki, z cyklu piosenki Pani Majki Jeżowskiej: Marzenia się spełniają! Tylko mocno mocno mocno w nie wierz!”. Coś jest na rzeczy, ale warto wziąć poprawkę, że okładki w USA są o wiele bardziej krzykliwe niż nasze, a tu wydawca trzymał się oryginału.

Jedno co warto na tym etapie to dość ważny fakt, że ta książka Robbins, w porównaniu do poprzedniej ZAWIERA TEKST. Serio…to duża zaleta. Przy “Regule 5 sekund” za wiele się nie naczytałam. Ponadto każdy rozdział opatrzony jest krótkim podsumowaniem, dla tych co łatwo zapominają o czym czytali.

Teza: 

W zasadzie rozsądna. Poświęcamy zdecydowanie za dużo czasu na próby kontrolowania rzeczy, których kontrolować się nie da i stresowanie się rzeczami, na które nie mamy wpływu. Do tej tezy jednak Robbins wplata nieco zbyt dużo amerykańskiego ducha, czasem przesadza, często upraszcza i zdarza jej się parę razy sobie zaprzeczyć. 

Moje subiektywne wrażenie: 

Ta książka powinna mieć tytuł “Jak powiedzieć, że jestem w terapii, żeby nie napisać, że jestem w terapii”. W tekście czuje się powiew tego charakterystycznego podejścia osoby w terapii, która zastępuje przegięcia charakteru w jedną stronę, przegięciami charakteru w drugą stronę. Trochę jakby wzięła prosty drut miedziany, zgięła go i próbowała go naprostować przez wygięcie go w odwrotnym kierunku. W tym wypadku próby kontrolowania wszystkiego autorka zastępuje właśnie frazą “pozwól im” stosowaną również do wszystkiego.

Czy książka jest zła? 

Nie, nie jest. Ma sporo celnych spostrzeżeń, ale warto poświęcić chwilę na krytyczne myślenie i nie dać się wmanewrować w każde krzaki w jakie prowadzi nas amerykańsko-terapeutyczne podejście do życia.

Wstęp jest o dziwo niespecjalnie rozbrykany, autorka nie obiecuje że zostaniemy drugim Elonem Muskiem. Podsumowuje za to we wstępie swoją poprzednią książkę – czyli opisuje jak dzięki “Regule 5 sekund” zarobiła miliony. 

I trochę nie mogę sobie odmówić wyzłośliwienia się, że wstęp do “Pozwól im” mógłby spokojnie zastąpią całą “Regułę 5 sekund”. Jakbyście nie wiedzieli co autorka musiała zrobić, żeby z długów, małżeństwa w rozsypce i ogólnej degrengolady przejść na listę bestsellerów New York Times i zarobić miliony, to tu we wstępie jest przepis.

wstać, uporać się z przygnębiającą stertą rachunków, przygotować dzieci do szkoły, zmusić się do wyjścia na spacer, zwrócić się o wsparcie do przyjaciół, zaplanować budżet, poszukać pracy.

Jak nie macie dzieci, wyprowadźcie psa, albo nakarmcie kota. Też powinno zadziałać. Jeżeli już to wszystko zrobiliście i nie macie milionów, to ja już nie wiem co wam doradzić. Przy okazji, okazuje się, że autorka napisała jeszcze książkę “Nawyk przybijania piątki” – przybijać należy sobie w lustrze. Więc może musicie jeszcze przybijać tę piątkę, byle nie za mocno, bo potłuczecie to lustro, a to nie są tanie rzeczy.

Dobra, wyzłośliwiam się. Ale na swoją obronę dodaję, że Robbins sama sobie grabi opisując swoją teorię jako mającą korzenie  tkwiące w starożytnych filozofiach, metodach psychoterapeutycznych i podstawowych naukach głównych religii świata, a także w stoicyzmie i praktykach duchowych (i pamiętajcie, że jednocześnie jest ona absolutnie rewolucyjna). Z obietnic wstępu mamy jeszcze w miarę rozsądną “twoje życie stanie się trochę prostsze, a relacje – znacznie lepsze” i  mniej rozsądną “będzie to jedno z twoich najbardziej wyzwalających i uskrzydlających życiowych doświadczeń”.

Dobra, przewalczyłam wstęp, czas na plusy i minusy. Wynik podany na samym dole.

Plusy i minusy

Duży plus, na początek: autorka ma niewątpliwą rację, twierdząc, że mimowolnie oddajemy władzę nad naszymi akcjami i samopoczuciem innym ludziom. Piekło może i teraz jest wybrukowane dobrymi chęciami, ale jak kiedyś ta nawierzchnia będzie wymagała wymiany, to diabli wymienią ją na bruk zrobiony z rzeczy, które zrobiliśmy dla świętego spokoju. Amen. Odpuszczenie sobie i powiedzenie “pozwól im” może w istocie uwolnić naszą energię z sytuacji, w których nie mamy wpływu. Dzięki czemu skierujemy ją na sytuacje, w których go mamy i powinnyśmy go użyć. Jest cała masa rzeczy, które niepotrzebnie zajmują nam czas i zjadają nerwy. Co ważne Robbins nie sprzedaje swojej metody jako wytrychu uniwersalnego, co widać po przykładowym cytacie na temat ubiegania się o awans.

Jak zatem posłużyć się teorią „pozwól im”, aby skłonić szefa, by dał ci zasłużony awans? Nie da się”. 

Jeśli nie pasuje nam szef, czas zabrać się za szukanie pracy. Razem ze swoją teorią “Pozwól im” autorka przemyca drugą również sensowną “pozwól sobie”. Na przykład pozwól sobie bez wyrzutów sumienia podjąć akcje wymagane do osiągnięcia dobrostanu. Nie wystarczy powiedzieć, że pozwalam otoczeniu robić co mu się żywnie podoba i odmawiam wkurzania się tym, muszę jeszcze pozwolić sobie, podjąć decyzję o mojej reakcji na zaistniałą sytuację.

Zaraz po plusie dla równowagi pojawia się minus – dzikie i rozbuchane uogólnienie “Prawda jest taka, że inni ludzie nie mają nad tobą żadnej władzy, dopóki im jej nie dasz.”. Niestety to tak nie działa, o czym można się łatwo przekonać próbując swoich sił z prawodawstwem, opresyjnym systemem politycznym, albo nawet Zenkiem z siłowni, który nadużywa sterydów. Robbins będzie sobie na takie uogólnienia w stylu “możesz wszystko” pozwalać jeszcze wielokrotnie. A chociaż w istocie, idąc jej tokiem rozumowania, możemy faktycznie pozwolić piekarni wyprzedać wszystkie bajgle i się nie przejmować, bo nie mamy na to wpływu, to sugestia, że powinniśmy bezstresowo pozwolić naczyniom zalegać w zlewie nie ma sensu. W końcu możemy sami je umyć, poprosić o to dzieci lub męża. Więc nie tylko mamy wpływ na los piętrzącej się w zlewie sterty brudnych garów, ale i powinniśmy się tym losem żywo interesować, bo może się okazać, że skończymy z całą nową cywilizacją w naszej domowej kuchni. 

Kolejnym dużym plusem jest podejście Robbins do odpowiedzialności za nasze życie. Wyrażone np. w akapicie:

Kiedy jesteś dorosłym człowiekiem, cała odpowiedzialność za życie, szczęście, zdrowie i uzdrawianie się, kontakty towarzyskie, przyjaźnie, granice, potrzeby i sukcesy jest tylko twoja. Jeśli potajemnie liczyłeś na to, że ktoś przyjdzie ci z pomocą, rozwiąże twoje problemy, zapłaci rachunki, zorganizuje życie towarzyskie, uleczy rany, przemieni się w twojego wymarzonego partnera i będzie cię motywował do bycia najlepszą wersją siebie… wiedz, że to się nie zdarzy. Nikt taki się nie pojawi.”

Więc, czegokolwiek nie naobiecuje nam autorka, nie będzie na tej liście złotej rybki, dobrej wróżki ani anioła stróża, który zrobi wszystko za nas. Robbins jasno mówi nam, że w naszym społeczeństwie przewlekły stres jest wszechobecny, a nasze reakcje na różne wydarzenia są w dużym stopniu za niego odpowiedzialne. Jeżeli chcemy coś z tym zrobić, musimy kontrolować to co możemy i pozwolić reszcie wszechświata istnieć poza naszą kontrolą. Zwraca również uwagę na bardzo ważny fakt, że jeżeli skupimy nasze akcje tam gdzie naprawdę możemy coś zmienić to nasza samoocena i poczucie kontroli wzrośnie.

Robbins wspomina, że kiedy nagrała i opublikowała filmik o swojej metodzie na mediach społecznościowych, w ciągu doby rzuciło się na niego 15 milionów ludzi, a po tygodniu aż 60 milionów. Dla przypomnienia półnagi młodzieniec skaczący w wielki kaktus (full cactus body slam) ma zaledwie 12 milionów odsłon. Potem ludzie zaczęli sobie robić tatuaże z napisem let them i świat oszalał na punkcie teorii “pozwól im”. Według autorki oszaleli też terapeuci i psychologowie, którzy moim zdaniem od dawna zdawali sobie sprawę z tego mechanizmu. Minusem dla mnie jest opisywanie metody, którą ponoć znali już stoicy i pierwsi buddyści jako rewolucyjnej i najdonioślejszej jaką kiedykolwiek odkryła. Mimo to Robbins dość dobrze opisała całkowicie rozsądny mechanizm, który w zasadzie znała większość społeczeństwa, ale potrzebowała dostać to na YouTube, żeby poważnie przemyśleć tę kwestię.

Przeszkadza mi też w tej książce coś innego. Autorka powiela mit, który sama słyszałam od terapeutów, znajomych i przyjaciół jakoby nie dało się zmienić drugiego człowieka. Przy czym zarówno wzmiankowani terapeuci jak i autorka de facto żyją z tego, że zmieniają drugiego człowieka. Robbins, dla mnie, posuwa się też za daleko w niedocenianiu wpływu jaki mamy na otoczenie. Jestem skłonna zgodzić się, że nie mam wpływu na wiele rzeczy, ale nie, na to, że  nie mam wpływu na nic. To kolejne terapeutyczny mit “nie denerwuj się, i tak nie masz na to wpływu”. Kiedy mi ostatnio przyjaciółka pojechała takim “przecież nie masz na to wpływu” po tym jak spędziłam ostatnie dwa i pół roku ciężko pracując na to, żeby z umiarkowanymi ale istotnymi sukcesami wpłynąć na pewną sytuację, poczułam się potraktowana albo jak dziecko albo jak idiotka. Zgódźmy się więc, że na jedne rzeczy mamy wpływ a na inne nie i walenie kogoś po oczach twierdzeniami, że nie ma wpływu na własne naczynia w zlewie, jest lekką przesadą.

Kolejnym brzydkim uogólnieniem autorki jest “Wybierając rodzaj reakcji – nie karmiąc gniewu, nienawiści ani negatywności – sprawujemy nad sobą władzę ostateczną.” Nie ma czegoś takiego jak władza ostateczna. O ile Robbins nie unosi się na świetlistej chmurze, metr nad ziemią i to w pozycji lotosu, to znaczy, że w tym miejscu pisze bzdurę. A wiemy, że nie unosi się, bo sama pisze z punktu widzenia terapii i wspomina, że jej dzieci również korzystają z usług terapeutów. A jej mąż, jak się sama twierdzi to nawet puszcza bąki. 

Trudne dla mnie jest zaakceptowanie pewnych sprzeczności i niekonsekwencji np. twierdzenia, że odpuszczenie sobie to przejaw słabości, ale jeżeli najpierw powiesz sobie “pozwól im” to jest to przejaw siły? Przykład Robbins – twój pomysł na spotkaniu w pracy został całkowicie zignorowany, ale nie unoś się,  pozwól im i podziękuj w duchu autorce za dokonanie tego uskrzydlającego wyboru, który właśnie dał ci ostateczną władzę nad twoim życiem. A potem zacznij szukać pracy (owszem tak radzi autorka). Z jednej strony rozsądne, jak mówi przysłowie nie należy kopać się z koniem, ale jeżeli za każdym razem kiedy wzmiankowany koń strzeli nam kopniaka będziemy szukali nowego, zamiast zawalczyć o swoje i powtórzyć nasz pomysł nieco głośniej, nasze życie może okazać się skomplikowaną podróżą od stajni do stajni. W końcu wszystkie konie kopią.

A skoro o zmianie pracy mowa, tu też pojawiają się pewne sprzeczności  na przykład – wolno mi zmienić pracę, ale nie mogę narzekać na obecną, bo to moja wina, że w niej tkwię. Albo – wolno mi odczuwać emocje i powinnam je “przepracować” ale pod warunkiem, że nie podejmę żadnej akcji z nimi związanej, tylko usiądę i poczekam aż mi przejdzie. Nie dowiedziałam się niestety z książki jak, poza czekaniem aż mi przejdzie, wygląda takie przepracowywanie, co pozwala mi wyobrażać sobie zwroty typu “przepracowuję właśnie biegunkę”. Ogólnie Robbins zakłada, że będziemy wykonywać akcje zmierzające do zmiany sytuacji bez negatywnego bodźca wynikającego ze zdenerwowania sytuacją. Uważam, że to jak dzwonienie na policję, ponieważ nasz hałaśliwy sąsiad nas nie irytuje. Robbins zakłada chyba, że jestem na drodze do zostania Buddą i będę robić rzeczy pomimo braku motywacji do ich robienia.  

Wracając do plusów, bardzo szanuję rozdział o tym jak odnosić się do tego, że ludzie źle o nas myślą. Mój obecny szef powiedział kiedyś znamienne słowa “Ja bardzo nie lubię jak ludzie myślą o mnie inaczej niż ja o sobie myślę” i dzielę z nim tę przypadłość. Jednak Robbins stawia sprawę jasno, ludzie będą o nas źle myśleć. Nieuchronnie i z wzajemnością Nawet nasza rodzina i przyjaciele i nic na to nie poradzimy. Oczywiście, mogę się z nią sprzeczać, że coś tam możemy poradzić, ale prawda jest taka, że jak to ładnie ujęła autorka, co dzień sami mamy coś koło 70 tysięcy myśli (jak to policzyła?) i nie panujemy nad większością z nich, więc jak u licha mamy zapanować nad myślami innych. To właśnie w tym rozdziale zwróciła naszą uwagę na fakt, że kiedy jej mąż puszcza w łóżku bąki, to ona bardzo źle o nim myśli, ale kocha go mimo wszystko. Przyznam, że to życiowy przykład. I dobrze wycelowany.

Dlatego, zarówno mój szef jak i ja musimy się pogodzić, że ludzie cały czas źle o nas myślą i jakoś z tym żyć starając się być ludźmi, którzy dobrze myślą sam o sobie. Robbins nie pozostaje zresztą bezpieczna, poza własną regułą, bo deklaruje, że jej dzieci zapytane o opinię o matce mówią, że jest: “niezorganizowana, bałaganiara, głośna, nadmiernie przyjacielska, chaotyczna, ze skłonnościami do kontrolowania, spóźnialska i wszystkowiedząca”.

Podejście autorki ogólnie (poza kawałkami wskazującymi na skrajne niemożliwości) dość dobrze balansuje nieprzejmowanie się tym co wyczynia część świata pozostająca poza naszą kontrolą z podejmowaniem akcji w związku z tym co wyczynia. Dodanie elementu “pozwól sobie” ma pozwolić nam nie wypaść dzięki zastosowaniu teorii “pozwól im” poza nawias społeczeństwa i pojmowalnego wszechświata i nie zostać pustelnikiem żyjącym na słupie. Tak, ta metoda posiada ten potencjał, więc lepiej czytać książkę uważnie, bo życie pustelnika w naszym klimacie nie jest różowe.

 Jak to działa? Przykładowo nie mam wpływu na to jak zachowają się wobec mnie moi przyjaciele, ale za to mam wpływ na to jak przyjacielska sama chcę być. Nie będę kontrolować myśli mojej rodziny, ale pozwolę sobie na troszczenie się o nią i własne opinie o niej. Nie będę ignorować swoich potrzeb, jednocześnie nie stresując się wszystkim dookoła. 

Ogólnie lektura tego tytułu rzuca dużo nowego światła na relacje i przyjaźnie jakie mamy w dorosłym życiu. Okazuje się, że bardzo się one różnią od tych, które znamy z dzieciństwa. “Pozwól im” pozwala zrozumieć  dynamikę tych przyjaźni na tyle, żeby pielęgnować te, które chcemy utrzymać i pozwolić umrzeć tym, które już są skazane na zagładę. Robbins urealnia temat przyjaźni i daje pewne porady, jak zdobywać, utrzymywać, ale również jak z godnością tracić przyjaźnie, którym przyszło być jedynie czasowymi. Tak serio mówiąc, to jak na super-amerykańskie podejście hop do przodu całej książki, to rozdział o przyjaźni jest zadziwiająco rozsądny. Zresztą rodzicielstwo też jest potraktowane bardzo konkretnie i pokazane bez wyidealizowanej perspektywy. W książce o dziwo znajdziemy też bardzo stanowczo potraktowane poważne tematy, takie jak relacja z osobą uzależnioną albo autodestrukcyjną. Tu faktycznie Robbins w bawełnę nie owija. Mamy również cały rozdział o związkach i małżeństwach, który niektórym czytelnikom wyda się pewnie zbyt stanowczy, ale bez wątpienia pozwala spojrzeć na miłość i partnerstwo z interesującej perspektywy. 

Moje sumienie podpowiada mi na tym etapie, że jakbym napisała tyle swojej nowej książki, co tej recenzji to bym dawno miała ją skończoną i odesłaną do wydawnictwa. Czas się więc zawijać z tematem, jak mawiają klasycy. Nawet jeżeli mam ogromną ochotę wyliczać dalsze plusy i minusy.

Czy polecam? TAK, ponieważ:

Ogólnie książka czyta się bardzo dobrze, a tłumacz zrobił niezłą robotę. Teza autorki jest rozsądna, chociaż niespecjalnie rewolucyjna. Przykłady są realne i dobrze dobrane (polecam zwrócić uwagę na ten o próbie zadowolenia każdego). Większość czytelników spokojnie przejdzie do porządku dziennego nad tym co mnie w książce irytuje (mi się już w czytelniczych gustach zupełnie poprzewracało od nadmiaru lektury). Nie znalazłam w całej książce przykładów ani tez skłaniających mnie do natychmiastowej “kąpieli oczu”. Przede wszystkim autorka od “Reguły 5” sekund zrobiła niesamowity postęp literacki. Popieram to!

Krótko mówiąc, ta książka potraktowana z rozsądkiem ma dużą szansę pozytywnie wpłynąć na dobrostan czytelnika.

Kiedy i jak czytać: 

W weekend, na plaży, na urlopie, na leżaczku, z lodami, z kawką, z kotem na kolanach. Nie wymaga alkoholu, a jeśli już czytelnik się upiera to białe wino, odpowiednio schłodzone albo aperol spritz dobrze zrobią wypoczywającemu przy lekturze czytelnikowi. Nie naciskać na siebie w trakcie lektury, nie denerwować się, można za to mazać po kartkach i naklejać post-ity, albo jak ja zaznaczać co ciekawsze fragmenty na czytniku. Ponadto, czytać uważnie, bo jak już pisałam zawsze istnieje groźba zostania pustelnikiem.

„Tylko martwi się nie martwią” – W Pułapce Niepokoju, David A. Carbonell.

Dziś na spółdzielczym tapecie “W pułapce niepokoju” Davida A.Carbonella. Wydane przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Książka niezbyt gruba (235 stron) ale przyjemnie ciężka. Jednak jakość papieru robi swoje, chociaż zakreślać radzę raczej ołówkiem, bo kartki są nieco prześwitujące. Pachnie typową nową książką, co może mieć duże znaczenie dla wąchaczy lektur. Okładka miękka, usztywniona skrzydełkiem, w ładnym limonkowym kolorze.

Autor jest psychologiem klinicznym specjalizującym się w leczeniu zaburzeń lękowych więc nie spodziewajmy się tu kwiatów niewiedzy i fake newsów. To zawsze plus jeżeli autor nie obiecuje ci wyleczenia z depresji i wzbogacenia jednocześnie dzięki jedności z wszechświatem. A co obiecuje czytelnikowi Carbonell?

Pewne pojęcie mamy już dzięki podtytułowi – Jak przechytrzyć własny mózg i przestać się zamartwiać. Zawsze podejrzewałam, że nasze mózgi robią nas w konia, ale nikt mi nie wierzył, a tu proszę. Pierwsza obietnica autora brzmi nieźle – czytelnik nauczy się jak przechytrzyć samego siebie. Ponadto Carbonell obiecuje nam, że zredukujemy swe zgryzoty do okazjonalnych niedogodności. Dla mnie brzmi dobrze, zero nadętych deklaracji o tym jak całkowicie zmienimy swoje życie i jak od czytania w naszym umyśle zajdzie rewolucja. Plus.

Teza:

Niepokój jest podstępną bestią. Im bardziej z nim walczymy, im bardziej się staramy, tym bardziej nas dręczy. Czynności, które naszym zdaniem mają nam zapewnić spokój odnoszą przeciwny skutek. Mało tego, z naszym niepokojem budujemy szczególną relację, od której formy zależą nasze szanse na poprawę. Atak niepokoju odbieramy jako zagrożenie, coś z czym próbujemy walczyć, tłumaczymy sobie, że przecież nic z tego czym się zamartwiam się nie stanie. Tylko, że przecież może się stać, prawda? Nie jesteśmy w stanie udowodnić swojemu mózgowi, że jutro nie dostaniemy zawału albo, że nasza córka wracając ze szkoły zostanie porwana przez pedofila. Prawdopodobieństwo jest niskie ale nigdy zerowe. I ten brak zdolności udowodnienia sobie, że nic się nie stanie jest wodą na młyn niepokoju. Nasz mózg uważa to za widomy znak, że skoro nie możemy na pewno powiedzieć, że do niczego nie dojdzie to na pewno wydarzy się najgorsze.

Wystarczy przeczytać jak autor opisuje niepokój, żeby zrozumieć, że nie tylko posiada głęboką wiedzę w temacie, ale również wykazuje niesamowite zrozumienie ludzkiego umysłu dręczonego obawami i zamartwianiem się.

“Obawy przychodzą nieproszone niczym intruzi szturmujących przyjęcia. Ci niechciani goście są jak fanatycy wypełniający misję. Mają do przekazania niezwykle, jak im się wydaje, istotną wiadomość: ostrzeżenie. Będą przedstawiać te ostrzeżenie raz za razem,  mimo że szkodzą tym atmosferze przyjęcia, mimo że nikt nie chce słuchać ich przesłania, bo wydaje im się, że ostrzeżeniami ocalałą cię od problemów.”

Co mi się w książce podoba?

Olbrzymim plusem tego tytułu jest dla mnie właśnie taki, pełen metafor język, doskonale oddający naturę niepokoju. Plusem jest również poczucie humoru autora, które pomaga nam poczuć się komfortowo z tak niekomfortowym tematem.

“Gdyby niepokój był twoim sąsiadem przeprowadziłbyś się. Gdyby był twoim pracownikiem zwolniłbyś go. Gdyby był stacją radiową zmieniłbyś kanał, albo zupełnie wyłączyłbyś odbiornik. Właśnie w tym cały szkopuł.”

Co jest dla mnie najciekawsze? Za każdym razem kiedy sięgam po książkę o lęku, niepokoju czy nerwicy, nawet jeżeli mówi ona o radzeniu sobie z nimi, czuję się źle. Coś mnie w środku uwiera. No i tym razem czytam o niepokoju i co nagle zaczynam czuć? Dobrze zgadujesz…niepokój. I jak już pomyślałam, że znów mnie dopadły moje wady fabryczne, bo przecież jestem jedną jedyną taką na świecie, co popada w anxiety podczas czytania na jej temat,  a tu nagle autor wchodzi, cały na biało i mówi:

“Ludzie często są tak przyzwyczajeni do prób koncentrowania się na czymkolwiek innym niż niechciane myśli, których woleliby uniknąć, że sam pomysł czytania książki na temat zamartwiania się budzi ich niepokój!”

Czyli jednak nie jestem z tym sama. Serio, czytając tę książkę mam wrażenie jakby autor siedział w mojej głowie i pomagał mi z lekturą. W sumie to nawet z życiem. Czemu tak ważne jest dla mnie, że autor to napisał? Bo do tej pory myślałam, że coś ze mną jest wyjątkowo  nie tak, że nawet książka o martwieniu się wywołuje u mnie niepokój. Zresztą okazuje się, że ludzi dręczonych chronicznym niepokojem, chociaż każdemu wydaje się, że tylko jego lub jej dotyczy problem, są miliony.

Bardzo podoba mi się też sposób w jaki autor podchodzi do tematu. Większość z nas, kiedy zmaga się z niepokojem próbuje po prostu przemocą wyprzeć z głowy negatywne myśli, a każdy kto próbował nie myśleć o różowym słoniu albo przestać słyszeć w głowie irytującą piosenkę wie dokąd to prowadzi. Przykładowy Joe ze wstępu do “W pułapce niepokoju” też próbował wszystkiego:

“Starał się nie dopuszczać do siebie niechcianych myśli modlił się, medytował, zmieniał sposób odżywiania, ćwiczył, stosował suplementy diety, szukał wsparcia u żony, szukał porad w internecie, uciekał się do wielu innych środków, wszystkie jednak przynosiły rezultaty niewspółmierne do jego olbrzymich wysiłków.”

Brzmi znajomo? Tymczasem Carbonell nie radzi nam atakować niepokoju z okrzykiem hurra i starać się jeszcze bardziej. W przeciwieństwie do Dyera, autora mojej poprzedniej polecajki/niepolecajki “Pokochaj siebie”, nie wychodzi z założenia, że “jesteśmy właścicielami naszego mózgu” i mamy pełną władzę zarówno nad myślami jak i emocjami. Dlatego zamiast planu heroicznego ataku prowadzącego do porażki, dostajemy tu plan sprytnej kampanii wojennej, w której naszą główną strategię będzie rozpoznawanie sztuczek naszego przeciwnika…czyli nas.

Kolejnym elementem, którym kupuje mnie ta książka są żarty i “śmieszki” językowe, które zmiękczają temat i pomagają czytelnikowi, zwłaszcza skłonnemu do niepokoju, nie zamartwiać się zbytnio nad poradami autora. “Tylko martwi się nie martwią” czy “To jakby zestawiać jabłka z aligatorami” wywołują uśmiech na mojej twarzy i z całą pewnością pożyczę sobie niektóre z tekstów Carbonella. Zabawna chociaż na swój sposób smutna jest też historia jednego z pacjentów autora, z czasów kiedy był jeszcze stażystą. Zgodnie z zaleceniami opiekuna, młody Carbonell pracował z pacjentem zamartwiającym się możliwością utraty pracy. Kiedy wreszcie udało mu się przekonać pacjenta, że jego martwienie się jest irracjonalne, był z siebie bardzo dumny. Niestety tylko do chwili kiedy pacjent nie oświadczył:

A zatem widzi pan to w istocie mnie martwi. Tyle niepotrzebnego zadręczania się! To nie może być dobre dla zdrowia! Co jeśli z całego tego zamartwiania się o nic zostanę udaru?”.

Przytoczona opowieść ilustruje podejście autora do problemu zamartwiania się i niepokoju. Tak naprawdę kłopot sprawiają nam nie rzeczy, o które się martwimy, ale to że w ogóle się zamartwiamy. I dlatego według niego, wyjaśnianie nam, że  nasze obawy są nielogiczne i irracjonalne, nie rozwiązuje problemu. Jeżeli nie zmienimy tego jak podchodzimy do niepokoju i nie zmodyfikujemy związanych z nim zachowań, to porzuciwszy jedno zmartwienie natychmiast znajdziemy sobie drugie. Książka jest zresztą pełna przykładów i opowieści pozwalających nam dostrzec naturę problemu. Jak pisze sam Carbonell, łatwiej jest nam zauważyć pewne wzorce na przykładzie cudzej opowieści niż własnej.

Dla kogo jest ta książka?

Pozwolę sobie znów oddać głos autorowi, bo bardzo uprzejmie wypisał dla mnie potencjalnych czytelników, co również jest plusem.

“To pozycja zarówno dla tych którym nigdy wcześniej nie przyszło do głowy, że mogliby sięgnąć po poradnik psychologiczny jak i dla posiadaczy stosów takich książek z pieprzonych nocnych stolikach skierowana jest do ludzi, którzy nigdy nie poddawali się psychoterapii, a także do tych którzy są w jej trakcie, oraz do osób rozczarowanych przebytą terapią. Nawet ci, których stan uległ poprawie po przejściu terapii poznawczo behawioralnej i leczeniu farmaceutykami, odnajdą o tej książce coś nowego i wyzwalającego.”

W sumie jak się zastanowić to dzisiejsza polecajka pisze się sama. Autor udziela nam bowiem również wskazówek jak czytać.

No więc jak czytać?

Odpowiedź autora: powoli. Ta książka czyta się płynnie, jest świetnie przetłumaczona przez Marię Moskal i aż korci, żeby ją połknąć w całości. Autor to wie, bo porównuje ją do mrożonej pizzy. Owszem, możemy skrócić proces oczekiwania na posiłek podnosząc temperaturę piekarnika z 200 do 400 stopni, ale jeżeli liczymy, że dzięki temu zjemy pizzę w 10 minut zamiast w 20, to naszą pomyłkę uświadomi nam przybycie straży pożarnej. Czyli delektujmy się, a nie połykamy lekturę w całości.

Porada ode mnie, aby zmaksymalizować korzyści z czytania: warto znaleźć sobie spokojne miejsce i spokojną chwilę. Najlepiej jeżeli nikt nie będzie nam przerywał w trakcie czytania rozdziału, bo one są naprawdę ładnie złożonymi, małymi całościami i źle by było przerywać lekturę.

Joanna Zaręba

Buntownicze idee. Potęga odmiennego myślenia w życiu i biznesie

Dziś na tapet bierzemy książkę “Buntownicze idee” napisaną przez Matthew Syeda.

Jak zwykle zaczęłam od zerknięcia na Lubimy Czytać, żeby zerknąć na opinie innych czytelników. Książka jest niedawno wydana i o opisową ocenę pokusił się na razie jeden czytelnik chwalący płynność pisania ale narzekający na to, że książka jest ideologiczna. W dodatku podstępnie, bo nie ma trigger warning, że będzie ideologia.

(W tym momencie zatrzymuję się na chwilę i zastanawiam czy idee w tytule nie są wystarczającym ostrzeżeniem przed obecnością idei w książce?)  🙄

No więc jakie są te “Buntownicze idee”? Jak się okazuje autor porusza temat bardzo na czasie, ponieważ mówi tu o różnorodności i jej wpływie na efektywność zespołów, a nawet całych społeczeństw. Przejdźmy zatem do tezy.

Teza 🔎

Zespoły złożone z różnorodnych osób mają większą szansę wpaść na sensowne, kreatywne i nowatorskie pomysły. Uwaga! Nie wystarczy tu proste zróżnicowanie typu – uwzględnię kilkoro przedstawicieli mniejszości i będę mieć różnorodność w zespole. Aby uzyskać prawdziwą i efektywną różnorodność trzeba się jeszcze upewnić, że te osoby nie są swoimi intelektualnymi klonami. Na przykład nie studiowały na tej samej uczelni i nie pisały pracy magisterskiej pod okiem tego samego profesora, nie mają identycznych poglądów i nie zgadzają się ze sobą w każdym temacie. Grupy składające się z osób o identycznych poglądach mają bowiem ograniczone możliwości wpadania na pomysły spoza swojej bańki, pudełka albo komory echa. W dodatku trzeba uważać nawet na te naprawdę różnorodne zespoły, bo może się okazać, że szybko zgrawitują w kierunku poglądów dominującej osoby np. kogoś o silnym charakterze albo po prostu ich przełożonego.

Forma ✒️

No właśnie, co z formą?  Zdecydowanie mocną stroną tego tytułu są przykłady. Mnie chwyciły za serce, bo kocham ciekawostki. Jednak kiedy opowiedziałam o tej książce przyjaciółce, była mniej entuzjastyczna, bo zgasiła mnie twierdzeniem – Ale przecież to oczywiste jest. Faktycznie, po dokładnym przeczytaniu książka okazuje się, być bardzo przyjemnym i lekko napisanym, zbiorem przykładów ilustrujących dość oczywistą tezę. Czy to jest wada? Kto wie…

Dla czytelnika, który nie jest przekonany do tezy ale zachowuje otwarty umysł, przykłady będą świetnym dowodem na jej prawdziwość. Dla takiego, który od początku wiedział, że im większa różnorodność w myśleniu tym lepiej, książka może być nieco przytłaczająca ilością anegdot i tematów, ale i tak będzie się mu, albo jej lekko czytać..

No, a jak ktoś na dźwięk słowa “różnorodność” sięga po długopis żeby jej ustawowo zakazać, to żaden przykład mu nie pomoże. 🔨

“Buntownicze idee” czyta się świetnie i bardzo szybko. Tak jak mówiłam Syed sypie przykładami jak z rękawa. Zaczyna mocno, bo od zamachu na World Trade Center, zwracając uwagę czytelnika na to, jak kulturowa i poznawcza jednolitość CIA utrudniła tej organizacji prawidłową ocenę zagrożenia ze strony Al Kaidy. Pokazuje też jak mylny jest pogląd, że różnorodność jest wrogiem jakości.

Według Syeda CIA składała się z inteligentnych ale podobnie myślących, podobnie ubranych, podobnie wykształconych i porównywalnie zarabiających mężczyzn, pochodzących z podobnego typu amerykańskiej rodziny. Testy jakim poddawano kandydatów zapewniały właśnie taką unifikację. 📏

Tymczasem ich przeciwnikiem okazał się być człowiek, który odbiegał od tego typu tak bardzo jak tylko się dało. Brodaty, ubrany w proste ciuchy kojarzące się im z ubóstwem, wydający swoje rozkazy z jaskini, w dodatku często wierszem, nie sprawiał wrażenia groźnego przeciwnika. Nie mając wiedzy o kulturze islamu, nie zauważyli, że to co dla nich stanowiło sygnał prymitywności, stanowiło w istocie niezwykle skuteczne i niebezpieczne odwoływanie się do życia Proroka. Z punktu widzenia zachodu Bin Laden rozpętywał wojnę której nie można wygrać. Dla nas taka wojna nie ma sensu, ale terroryści nie potrzebowali świadomości wygranej tu na ziemi. Swoją nagrodę mieli otrzymywać po śmierci.

Poświęcenie pierwszego rozdziału zamachowi na WTC, Sayed zabiera czytelnika w szaloną podróż na boiska piłkarskie ⚽️, sale operacyjne, do doliny krzemowej i do kokpitu samolotu, na  kampus, w którym pracował zespół łamiący kod enigmy, na słynne uczelnie małe i wielkie, do siedziby brytyjskiego parlamentu i do hal fabrycznych z czasów elektryfikacji, na Tasmanię, a także do siedliska amerykańskich białych suprematystów. Zabiera nas też na wycieczkę po mediach społecznościowych i na Everest.Pod względem przykładów ta książka jest jak kalejdoskop, czytelnik znajdzie tu wszystko. Od historii wynalezienia walizek na kółkach do powstania firmy Apple. 🍏

Swoją drogą trudno uwierzyć, że ktoś przy zdrowych zmysłach mógł uznać, że dodanie kółek do walizek to głupi pomysł. Przecież nikt nie kocha taszczyć walizek, prawda? Mimo to wynalazca, który pierwszy pomyślał o kółkach spotkał się z lodowatym przyjęciem. Dla producentów i sprzedawców, walizka była obiektem, który się nosiło, a nie turlało. Z naszego punktu widzenia plusy kółek są oczywiste, ale wtedy…cóż wtedy ta innowacja była nie do pomyślenia. I to dosłownie. 🧠

Jednak moim ulubionym przykładem jest wprowadzenie w latach 80-tych podatku pogłównego w Wielkiej Brytanii. Podatek ten obciążył najbiedniejszych w nieproporcjonalny sposób, doprowadził do załamania finansów niektórych miast, wyprowadził na ulice demonstrantów, a nawet spowodował agresywne zamieszki w Londynie. Członkowie komisji, którzy opracowywali pomysł tego podatku, byli w szoku i nie rozumieli co zrobili źle. Problem polegał na tym, że komisja ta składała się z osób, które były przyzwyczajone do własnej kucharki i lokaja. Dla nich 1500 funtów podatku było niczym. 💵💵

Za to dla pary ubogich emerytów w Londynie taka kwota potrafiła przekroczyć 20% rocznego przychodu. Jeden z członków komisji, któremu przedstawiono ten argument popisał się tekstem w stylu Marii Antoniny. Zapytany jak w tak trudnej sytuacji mają poradzić sobie ubodzy emeryci stwierdził “Przecież zawsze mogą sprzedać jakiś obraz”.

Dla kogoś kto kocha ciekawostki ta książka będzie idealna. Chociaż nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś poczuł się nieco przytłoczony faktem, że na przestrzeni 343 stron rozmawiamy o brytyjskich podatkach, holenderskim footballu i amerykańskim Ku Klux Klanie.

Troszeczkę brakuje mi tutaj bibliografii, chociaż mamy całkiem sporo przypisów. Przy tak dużej różnorodności tematów spodziewałam się odpowiednio długiej listy lektur. 📚

Co do wspomnianej przez czytelnika z Lubimy Czytać “przemycanej ideologii” to nie spodziewajcie się jej. Książka po prostu jasno i przystępnie wyjaśnia mechanizmy działania grup pod kątem poznawczym oraz sposobu w jaki różnorodność poznawcza wpływa na kreatywność zespołów. Wyjaśnienia są proste, zrozumiałe, często opatrzone rysunkiem, a zawsze odpowiednio dobranymi przykładami. 👀

Co można z niej wynieść? Przede wszystkim morał, że nie powinniśmy ufać na sto procent swoim poglądom, zwłaszcza jeżeli otoczyliśmy się osobami podobnie myślącymi. Zawsze dobrze jest otaczać się ludźmi, wnoszącymi coś nowego do naszego myślenia. Książka polecana jest co prawda dla liderów dużych organizacji, ale tak naprawdę na poznaniu zalet różnorodności poznawczej zyska każdy, kto nie boi się mieć otwartego umysłu.

Można czytać na urlopie, przy obiedzie, 🍕 w przerwie na lunch, przed snem i po pracy. Lekka i przyjemna lektura, która nie przeciąży ani nie znudzi czytelnika. Czytanie po jednym rozdziale dziennie skutecznie zapobiegnie poczuciu przeładowania tematami przykładów.

Matthew Syed, Buntownicze idee, MT Biznes 2025

Kiedy ciało mówi nie. Koszty ukrytego stresu

Książkę do niniejszej recenzji zarekomendowała jedna z czytelniczek moich polecajek. 📚 Uznałam również, że to będzie miła odmiana po kolejnych pozycjach, według których nasza produktywność ma doznać gwałtownego wzrostu dzięki czytaniu cytatów z Elona Muska. 🚀 Tym razem będzie o stresie i jego konsekwencjach. 😰

Na tapet bierzemy “Kiedy ciało mówi nie. Koszty ukrytego stresu” autorstwa lekarza Gabora Maté. 👨‍⚕️📖

Teza: Wbrew temu, co kiedyś uważała nauka, przewlekły stres powoduje choroby, również tak poważne jak np. nowotwory. 🏥

I już przy tezie mam problem. Bo z jednej strony – jasne przewlekły stres wyniszcza organizm. Doświadczyliśmy już tego w przygodzie ludzkości z wrzodami żołądka. Sapolsky, inny recenzowany przeze mnie autor, pięknie opisuje efekty ciągłego stresu i spowodowanego nim nadciśnienia, na nasze naczynia krwionośne i żołądek w książce “Dlaczego zebry nie mają wrzodów?” I robi to tak malowniczo, że mi aż się zbiera na omdlenie. Więc, tak – stres szkodzi. 😰😓

Jednak w wypadku Maté czynnikiem problematycznym jest tłumienie emocji, a jego efektem takie schorzenia jak rak czy stwardnienie zanikowe boczne. Czyli nie chodzi o sam stres, ale raczej o naszą reakcję na niego. Celem książki jest, jak autor sam ujmuje “…przedstawienie czytelnikowi odkryć nowoczesnej nauki, potwierdzających intuicję odwiecznej mądrości”. Dla mnie ta odwieczna mądrość brzmi nieco zbyt ezoterycznie, a co do intuicji w medycynie, warto przypomnieć, że długi czas podpowiadała nam ona żeby na żółtaczkę przykładać choremu żółte kamienie. Autor też robi to, co wielu innych próbujących podbić swój autorytet osób, czyli powołuje się na Einsteina i jego teorię względności w temacie, który niekoniecznie wiąże się z fizyką. 🧠

Ale przyjrzyjmy się tematowi bliżej. 🔍

Plus – autor zwraca uwagę czytelnika na to, że nie da się bezkarnie traktować swojego umysłu jako kosza na śmieci, który wszystko przyjmie i pozostać bezkarnym. Zwraca uwagę na to, że “wielu ludzi nieświadomie prowadzi życie w taki sposób, jakby nieustannie znajdowali się pod okiem potężnego, osadzającego ich egzaminatora, którego należy za wszelką cenę zadowolić”. 👀 Perfekcjonizm i powiązany z nim, wymykający się naszej kontroli, wewnętrzny krytyk odpowiadają za dużą część dręczącego nas przewlekłego stresu. 😓

Maté przedstawia ten trudny do opanowania trend zadowalania wszystkich za wszelką cenę na przykładzie umierającego na raka biznesmena. Człowiek ten do ostatniej chwili zażywał niedziałające, a w dodatku wstrętne i cuchnące lekarstwo, produkowane przez swoją firmę, tylko dlatego, żeby nie sprawić przykrości swojemu wspólnikowi. Nawet na łożu śmierci nie potrafił zdobyć się na postawienie swoich potrzeb na pierwszym miejscu i męczył się jedząc to paskudztwo. Takie podejście według autora prowadziło nie tylko do jego złego samopoczucia, ale również mogło odpowiadać za nowotwór, który go zabijał. I tu dochodzimy do kontrowersji. 🏥💔

Kontrowersja: ❗️

  1. Otóż wielu czytelników uważa podejście Maté za obarczanie ich odpowiedzialnością za chorobę, która na nich spadła. Dolegliwości takie jak nowotwór czy stwardnienie zanikowe boczne same w sobie są koszmarną opcją, a tu nagle ktoś mówi choremu, że sam je sobie wyhodował, ponieważ tłumił emocje. W ten sposób choroba staje się winą i osobistą porażką cierpiącego na nią człowieka – mówią niektórzy z jego oponentów. Autor odpowiada, że nie chodzi tu o szukanie winnych, ale zwrócenie naszej uwagi na mechanizm powstawania dolegliwości i oddanie pacjentom odpowiedzialności za ich własne życia. Osobiście jestem w stanie zidentyfikować się z obiema stronami tej dyskusji. Z jednej strony to ważne, żeby ostrzegać ludzi przed samodestrukcyjnym działaniem, ale z drugiej…

Maté przedstawia historię osoby, która wyleczyła się sama poprzez afirmowanie miłości do swojego ciała. I naprawdę w internecie i w życiu spotykałam osoby, które o takie przykłady opierały tezę, że jeżeli nie samemu nie wyleczyliśmy się z raka to znak, że nie myśleliśmy dość pozytywnie i sami jesteśmy sobie winni. Takie podejście jednym daje nadzieję, a innych po prostu wgniata w ziemię. 💔🤔

  1. Maté po raz pierwszy swoją książkę wydał w 2004 roku, a niektóre wyniki badań na jakie się powołuje pochodzą nawet z 1988 roku, a więc “nowoczesna” nauka o jakiej czytamy ma miejscami powyżej 35 lat. Ponadto ma on tendencję do powoływania się na dowody anegdotyczne typu biografie sławnych ludzi i znany jest z pewnej skłonności do celebryctwa np. przeprowadzał wywiad z księciem Harrym. Mam tu pewnie poczucie, że po prostu szuka sobie dobrze widocznych i sławnych potwierdzeń swojej teorii. 👀
  1. Kolejna rzecz to ryzykowne twierdzenia typu – stres nie pozwala limfocytom na naprawę DNA. Co jest ogólnie dziwne, bo limfocyty nigdy nie zajmują się naprawą DNA. Być może chodzi tu o błąd tłumacza, ale coś takiego nie powinno znaleźć się w książce napisanej przez lekarza na tak poważny temat. 🧬

Innym ryzykownym twierdzeniem jest np. to, że samo palenie papierosów nie wystarczy do powstania raka płuc. Wyobraźmy sobie efekty takiej tezy – nie musisz martwić się o nowotwór płuc – jeżeli masz przepracowane emocje i nie tłumisz ich w sobie możesz palić bezkarnie. 🚬👀

  1. To co mnie jeszcze niemile zaskoczyło  to lekkie odbicia w stronę ezoteryki takie jak przemycanie informacji o tym, że pacjentka całe życie śniła o byciu pogrzebaną żywcem, a potem zachorowała na stwardnienie zanikowe boczne i u lekarza w poczekalni zobaczyła plakat informujący, że jej choroba jest jak pogrzebanie żywcem. Klasyczna jungowska synchroniczność, która u Junga mniej mnie by raziła, a medycynie nadaje rys swojego rodzaju magii. Mamy tu też do czynienia z podkreślającymi tezę autora grami słownymi. Otóż usztywnienie emocji przekłada się na usztywnienie ciała – stwardnienie zanikowe boczne, a na raka płuc powiązanego z oddechem i mową – duszenie w sobie uczuć. Znów – lekko ezoteryczne powiązanie. Gdzieś w środku lokuje się przykład mężczyzny, u którego wykryto nowotwór prostaty, leczącego go przy pomocy hipnozy i wizyt u naturopaty. 🧘‍♂️🔮
  1. Ponadto – tu wstawka nieco humorystyczna w środku poważnego tematu – jeżeli jesteście fanami Star Trek to możecie dla własnego spokoju pominąć fragment, gdzie autor sugeruje że ulubiony bohater wielu fanów tego serialu, pan Spock jest emocjonalnie upośledzony. 🖖😄

Plusem tej książki na pewno jest kładzenie nacisku na to, jak emocje potrafią pozostać niezauważone. Zwłaszcza jeżeli od dzieciństwa uczymy się, że są czymś złym i nie potrafimy ich przez to nie tylko wyrażać, ale i rozpoznawać. A emocji nie da się odciąć od ciała, ponieważ w ich powstawaniu aktywnie bierze udział nie tylko układ nerwowy, ale i hormonalny oraz immunologiczny. 🧠

Są też solidne dowody na to, że stres osłabia układ odpornościowy (ulubioną świnką morską do testów byli tu studenci w czasie sesji egzaminacyjnej). Tu znów doradzam lekturę Sapolsky’ego o zebrach 🦓. Sapolsky bardzo jasno przedstawia tam zakres fizjologicznych reakcji zachodzących w ciele, kiedy jesteśmy w stresie. Krótko mówiąc, o ile przygotowanie organizmu do walki lub ucieczki może być dobroczynne kiedy goni nas lew 🦁, to utrzymywanie tego stanu non-stop pożera masę energii i nie pozwala na regenerację organizmu. Różnica jest taka, jak pomiędzy wykręceniem korków w domu na czas powieszenia nowego żyrandola, a wykręceniem ich na dobre, i przy okazji wyłączeniem również ogrzewania, wody i gazu. Nie da się funkcjonować prawidłowo na dłuższą metę w takim samym stanie fizjologicznym, w jakim uciekalibyśmy przed drapieżnikiem. A ludzkie ciała na lwa i niezadowolonego szefa w pracy reagują w identyczny sposób. Nasze chaotyczne czasy sprzyjają niewiedzy i poczuciu utraty kontroli, które według Maté’go są jednymi z najdotkliwszych stresorów i uważam, że naprawdę warto pójść za radą autora i nauczyć się rozpoznawać własne emocje.💡

Kolejny plus to wskazywanie na potrzebę stawiania granic i dbania o własne potrzeby. Autor przytacza tu sytuacje, kiedy granice jego pacjentek były tak bardzo przesunięte, że czytanie o nich może wzbudzić u czytelnika dyskomfort. Córka walcząca z rakiem, na którą spada cała odpowiedzialność za starego ojca, bo do tego przyzwyczaiła rodzinę i teraz nie potrafi się wycofać. Inna, świeżo po zabiegu obustronnej mastektomii, z poczuciem głębokiego dyskomfortu wysłuchująca skarg ojca obojętnego na jej chorobę i skupionego na sobie. Nie zapytał jej nawet o to jak się czuje po operacji, ale za to domagał się od niej porady jak zmusić jego oporną partnerkę do seksu. 

Obie kobiety nie postawiły granic w tych sytuacjach, obawiając się, że rodzicowi będzie przykro jeśli opowiedzą o swoich potrzebach lub dyskomforcie. Jak często pozwalamy innym na przekraczanie naszych granic i jak niekomfortowo czujemy się z mówieniem NIE? 🚫

Maté pisze również o ludziach, którzy sami obawiali się powiedzieć rodzicowi o swojej chorobie, żeby go nie martwić, albo takich którzy podczas leczenia raka zaprzątali sobie głowę tylko tym żeby nie urazić lekarza idąc na konsultację do innego specjalisty. Ze względu na tematykę książki przykłady przytaczane przez autora są dramatyczne, ale wiele mówią o tym jak daleko można posunąć się w negowaniu istnienia własnych potrzeb. I w takich chwilach, według niego ciało mówi nie. A sprzeciw ten wyraża się właśnie chorobą. 🏥 

📚Ogólnie książka czyta się szybko, ale nie jest łatwa w odbiorze. Jeżeli jakimś cudem nie trafimy na żaden bolesny dla nas temat związany ze zdrowiem, to prawdopodobnie trafimy na inny – związany z uzależnieniami lub przemocą w rodzinie. Nie polecam czytania dla rozrywki. No i standardowo – podczas czytania warto zachować otwarty umysł, ale mieć sceptycyzm w pogotowiu, bo można trafić, na rzeczy, brzmiące aż za sensownie, podejrzanie wręcz. Temat poważnej choroby kusi nas do dopisywania sobie w wyobraźni jej logicznej przyczyny, ponieważ nic nas tak bardzo nie wytrąca z równowagi jak bezsensowne zło. Zresztą sam autor wpadł w tę pułapkę, bo nigdzie w książce nie znajduję niczego o tym, że czasami po prostu mamy koszmarnego pecha. Warto przeczytać jeżeli chcemy dowiedzieć się więcej o konsekwencjach nadmiernego altruizmu.💡

Gabor Mate, Kiedy ciało mówi nie. Koszty ukrytego stresu, Czarna Owca 2022

Odwaga bycia nielubianym. Japoński fenomen, który pokazuje jak być wolnym i odmienić własne życie

Format:

Jest nietypowy jak na książki mówiące nam jak żyć. Książka na pierwszy rzut oka nie jest poradnikiem (spoiler alert – to nadal poradnik), ale ma formę dialogu sokratejskiego pomiędzy filozofem, a jego niezadowolonym z życia uczniem. Filozof będący miłośnikiem jednocześnie Platona i Adlera, tłumaczy ważne życiowe zagadnienia młodemu człowiekowi, posługując się niezwykle prostym językiem i pogrubiając w tekście najważniejsze tezy dla ułatwienia zrozumienia przekazu. Nietrudno się domyślić, że rola sfrustrowanego porażkami młodzieńca przypada czytelnikowi, który w wyniku lektury powinien dogłębnie przemyśleć pewne kwestie i zmienić swoje życie. Książkę czyta się szybko i przyjemnie, chociaż czasami można odnieść wrażenie, że padamy ofiarą filozoficznej ewangelizacji.

W zasadzie czyta się ją tak szybko, że pomimo zawartości istotnych, i aż przez wydawcę pogrubionych, treści to nawet moja polecajka jest krósza niż zwykle. Przyznam, że trochę to mnie niepokoi. Lubię jak książki szybko wpadają do głowy, gorzej jednak jak szybko wylatują. Poza tym, kusi mnie trochę, żeby sprawdzić ile tekstu by zostało, jakby wybrać tylko istotne treści.

Tezy:

W dużym skrócie są dwie

  1. Wszyscy bez wyjątku ludzie mogą się zmieniać i odnaleźć szczęście (ale zwykle nie chcą).
  2. Adler był super!

Co do tezy numer 1. autor dość trzeźwo wskazuje na fakt, że gdzie spotykają się ludzie tam można oczekiwać problemów (wszystkie problemy są interpersonalne), a większość z nas wykazuje nadmierne przywiązanie do problemów, na które narzeka. Posiadanie problemu służy bowiem zwykle pewnemu celowi, do którego niekoniecznie się przyznajemy. Czytelnik ma też okazję zapoznać się z adlerowskimi pojęciami takimi jak kompleks niższości i wyższości, a także potrzeba dążenia wzwyż i poczucie niższości. Pod tym względem książka stanowi, bardzo ciekawie napisany, uproszczony podręcznik psychologii Adlera. Mnie na pewno autor zachęcił do poszukania czegoś więcej na ten temat.

Co do tezy nr 2. Przyznaję się, że tu musiałabym się zapoznać z większą porcją informacji, bo moja wiedza o Adlerze i jego poglądach nie wystarcza do oceny. Na pewno, będąc na miejscu czytelnika próbującego zmienić swoje życie, czytałabym tę książkę z krytycznym podejściem. Adler urodził się w 1870 a zmarł w 1937, co oznacza dwie rzeczy – po pierwsze żył i działał w wyjątkowo burzliwym okresie, kiedy rodząca się psychologia (zresztą nie tylko ona, inne nauki też popełniały ten błąd)  wciąż wierzyła, że może rozwiązać wszystkie zagadki ludzkiej natury i rozprawić się ze wszystkimi problemami ulepszając człowieka. A jak wiemy rzeczywistość zweryfikowała to w dość brutalny sposób tuż po śmierci Adlera. Po drugie, Adler, chociaż nie był uczniem Freuda, jak informuje nas autor, nie działał w próżni i często się do Freuda odnosił. Książka Kishimi wielokrotnie brzmi jak polemika z ojcem psychoanalizy. To oznacza, że autor udziela głosu dawno zmarłej osobie w potyczce z inną dawno zmarłą osobą, której teoriom też już się wielokrotnie oberwało od współczesnych badaczy. Nie trzeba być specem od psychologii, żeby zauważyć, że przedstawiane przez filozofa teorie są miejscami przestarzałe.

Co nas prowadzi do zgrzytu w lekturze. Może i Adler uważał, że dzieci popełniają samobójstwa żeby zemścić się na rodzicach, ale ta teza raczej się nie obroni w dzisiejszych czasach.

Treść:

Młody człowiek przybywający do starego mistrza po nauki jest klasycznym motywem. Młody człowiek w książce jest w zasadzie chodzącym kompleksem niższości, ale spodziewam się (jestem dokładnie w połowie), że do końca  lektury odkryje, że sam był źródłem wszystkich problemów i odmieni swoje życie. W istocie jego rola w książce sprowadzała się jak do tej pory do dawania filozofowi (autorowi?) wymówki dla zrobienia nam wykładu. On dostarcza starcowi przykładów problemów np. jego przyjaciel odmawia wyjścia z pokoju (coraz większe wyzwanie dla japońskiego społeczeństwa nawiasem mówiąc), a filozof sprytnie uświadamia nam, że panika jakiej wspomniany przyjaciel doznaje przy próbie opuszczenia pokoju, jest wyłącznie środkiem do jego celu – czyli uniknięcia relacji międzyludzkich.

No i z tym mam problem w tym poradniku. Adler może i miał sporo racji w tym, że kochamy nasze problemy i one dobrze nam służą w osiągnięciu pewnych, nie zawsze jawnych celów, ale jednocześnie nie mogę się zgodzić na przerzucenie całej odpowiedzialności za własny dobrostan na jednostkę. To jakby tłumaczyć pracownikowi z czasów rewolucji przemysłowej, spędzającemu za taśmą produkcyjną 12h dziennie, na powtarzalnej absolutnie nudnej czynności, że jego depresja jest wyłącznie wynikiem jego subiektywnego postrzegania świata. Co z kolei sugeruje mi, że grupą docelową książki jest znów pracownik korporacji, poszukujący sensu w życiu. No nie jest to niespodzianka.

Jednocześnie pewne tezy i do pewnego stopnia są prawdą i mogą posłużyć jako baza do podjęcia pewnych działań mających na celu poprawę naszego samopoczucia. Np. nie można całkiem przyznać, że zupełnie nie potrzebujemy, żeby ludzie nas lubili i chwalili (jednak mamy to wbudowane genetycznie i podłączone do naszego wewnętrznego czujnika zagrożenia), ale można zastanowić się ile z naszego zachowania zaspokaja potrzebę aprobaty ze strony osób, nic nie wnoszących do naszego życia. Nie wyeliminujemy z życia rywalizacji (na tym w końcu polegają rozmowy kwalifikacyjne) ale możemy zdać sobie sprawę, że nie każdy człowiek jest naszym rywalem.

Ogólnie, książkę jestem w stanie z czystym sumieniem polecić osobom, które potrzebują wybić się z rutyny myślenia o świecie jako ciągłej rywalizacji i pozbyć tyranii kompleksu niższości. Z tym zastrzeżeniem, że nie polecałabym bezkrytycznego zgadzania się z każdym słowem autora.  Moim głównym zarzutem pod adresem tego tytułu jest fakt, że młody człowiek dyskutujący z filozofem, przez połowę książki ani razu nie zdołał zmienić zdania starego człowieka. Z zasady filozof ma rację, a młodzieniec się nie zna, bo obawia się odrzucenia przez społeczeństwo. Krótko mówiąc filozof jest tylko po to, żeby potwierdzić tezę.

Czyta się szybko, ale warto podzielić ją na kilka podejść, jeżeli chcecie dobrze zgłębić temat i przemyśleć pewne zagadnienia. Warto też pewnie poszukać czegoś więcej o psychologii Adlera i sprawdzić, jak ma się do współczesności.

Kishimi Ichiro, Odwaga bycia nielubianym, Galaktyka 2017

Esencjalista – Greg McKeown

W sieci można znaleźć mnóstwo pozytywnych opinii  na temat “Esencjalisty” Grega McKeown. Niektórzy czytelnicy deklarują wręcz, że dzięki lekturze tej książki odmienili swoje życie i polecają mi to doświadczenie. Mam z tym problem, ponieważ za każdym razem jak ktoś chce zmienić moje życie staję się sceptyczna i rośnie we mnie irytacja. Gdybym miała wybierać sobie motto do umieszczenia nad wejściem do mojego domu brzmiałoby ono “Nie mów mi jak mam żyć!”.

Ale ponieważ staram się zachowywać otwarty umysł, postanowiłam przekonać się naocznie, czytając Esencjalistę, co się stanie z moim życiem po lekturze. Oto moje wnioski.

Główny przekaz książki jest prosty: “Mądrość życiowa polega na eliminowaniu tego, co nieważne”. Według autora ludzie rzadko kiedy rozważają co jest dla nich istotne i przez to rozmieniają się na drobne, próbują robić wszystko na raz, pozwalają się zawalić obowiązkami i tracą z oczu własne cele oddając innym kontrolę nad swoim życiem. Jesteśmy wychowywani w duchu zgadzania się na wszystko, a nadmiar informacji i opcji do wyboru nie ułatwia nam priorytetyzacji. Tu nie jestem w stanie się przyczepić do niczego – Plus.  W rzeczy samej tak właśnie jest.

Tu na scenę wkracza dobra wiadomość dla mnie – wygląda na to, że jestem esencjalistką, a przynajmniej zdradzam wiele z opisanych przez McKeowna oznak. Kocham kiedy książka nie może mi powiedzieć, jak mam żyć ponieważ już tak żyję – szach mat poradniku!

Język: również jest prosty i przejrzysty. Przez książkę przechodzi się jak rozgrzany nóż przez kostkę masła (o ile kogoś dzisiaj stać na takie luksusy). Proste, konkretne pytania autora typu “Czy inwestujemy swoje siły i zasoby w odpowiednie przedsięwzięcia?” pozwalają czytelnikowi się skupić. Więcej znaczy mniej, mądre inwestowanie energii i czasu itd. Troszkę korpo, ale hej…jestem, jak to mnie kiedyś określiła gardząca mainstreamem znajoma, “korpo numerem”, więc dla mnie wyrażenia tego typu są naturalne. Dodatkowo, ujęcie kwestii życiowych priorytetów tej formie pozwala myśleć o nich bez emocji i spojrzeć na nie z innej perspektywy – dla mnie to plus.

Co ciekawe, od czasu do czasu autorowi przemyka się jakieś nieoczywiste w kontekście biznesowym pytanie np. “Co by się stało gdyby społeczeństwo przestało namawiać nas do ciągłego kupowania rzeczy?” Moja odpowiedź brzmi: pewnie globalny kryzys gospodarczy. No i  ja nie kupiłabym wtedy tej książki, czego w sumie bym żałowała, bo jest naprawdę poruszająca na wielu poziomach.

Kolejny plus za uświadomienie mi, że słowo “priorytet” zanim je popsuliśmy miało wyłącznie liczbę pojedynczą i oznaczało jedną najważniejszą rzecz, a nie jak obecnie – kilka, a nawet kilkanaście. Kocham takie ciekawostki w książkach.

Za to minus przyznaję za coś innego. Nie wiem czy autor tak popuścił wodze fantazji, czy raczej tłumacz uwiedziony wizją esencjalizmu dał się ponieść orlim skrzydłom pisarskiej wizji, ale w polskiej wersji czytelnik ma okazję nie tylko dotrzeć “na nieznane wcześniej poziomy sukcesu i znaczenia” ale również dowiedzieć się, że McKeown “rozprawia się z wynaturzeniami nieesencjalizmu” dzięki “niezachwianej potędzę wyboru”. Krótko mówiąc, niektóre fragmenty książki można by, bez specjalnego dysonansu, wywrzeszczeć na wiecu do zgromadzonych tłumów i to wymachując rękoma.

Treść: Dla mnie bardzo ważne jest, żeby książka wpisywała się w szerszy krajobraz czytelniczy. Lubię kiedy autorzy odwołują się do eksperymentów opisanych w innych książkach, cytują innych autorów i polecają mi kolejne tytuły do zapoznania się. Pod tym względem Esencjalista staje na wysokości zadania, autor między innymi cytuje Seligmana (którego dopiero co czytałam) i Druckera, który jest na mojej liście lektur, znanej również jako kupka lub półka potencjału (dawniej kupka wstydu).

McKeown bardzo rozsądnie podkreśla wagę rozpatrywania wielu opcji podczas podejmowania decyzji, ostrzega przed podświadomym zakładaniem, że działanie musi być trudne i  zachęca do przejmowania odpowiedzialności za własne życie. Jest również kolejnym autorem ostrzegającym nas przed pułapką zapracowywania się. Radzi zabierać się do naszych obowiązków mądrzej, a nie ciężej. Wskazuje, że główną zaletą pracy powinno być osiągnięcie celu, a nie duma z własnego zmęczenia. Podkreśla również znaczenie, niedocenianych chorobliwie ambitne osoby, czynności takich jak sen, czas na myślenie czy zorganizowanie sobie w życiu miejsca na zabawę.  Posługuje się przy tym wieloma przykładami co dodaje książce kolorytu – plus.

A skoro wchodzimy tu w świat przykładów, to niektóre z nich nie są do końca z tej samej planety, co przeciętny czytelnik – minus:

Przykładowo autor z zachwytem opisuje ułatwienia i opcje dostępne dla pracowników Goolge na firmowym kampusie.  Pytanie, czy kampus Google ze swoim modelem dinozaura i plastikowymi flamingami oraz, przetestowaną przez autora, kapsułą do spania jest przykładem promowania polityki kreatywności i wypoczynku, czy raczej (jak to opisała Stolzoff w “Życie to więcej niż praca”) raczej przykładem promowania zostawania w pracy po godzinach?

Zresztą McKeown sam zobaczył chyba, że coś tu jest nie do końca tak , bo w “Esencjaliście” wspomina, iż pomimo zapewnień, że Google poważnie podchodzi do zapewniania pracownikom odpoczynku, prawie nikt nie korzysta ze wzmiankowanej kapsuły żeby uciąć sobie drzemkę w pracy.

Ogólnie, przeciętny zjadacz chleba, nie pracujący w korporacji na wysokim stanowisku, może poczuć się zniechęcony doborem przykładów. Mało realne będzie dla zwykłego czytelnika podążenie za przykładem pewnego dyrektora i zostawienie telefonu u sekretarki, a następnie zamknięcie się na osiem tygodni w motelu, żeby bez internetu dokończyć ważny projekt. Ja jako autorka nie specjalnie widzę też możliwość ukończenia książki, nad którą pracuję w “trybie mnicha” opisanym przez McKewana. Mój pracodawca mógłby mieć coś do powiedzenia na temat tego, że na kilka tygodni znikam z pracy i internetu, żeby od piątej rano pogrążać się w pisaniu przy wyłączonym telefonie. Zresztą autor wziął sobie na pisanie rok urlopu, co dla niewielu osób jest finansowo dostępne.

Zresztą cały mój urlop powinnam zużyć na dwie dłuższe przerwy wypełnione wyłącznie czytaniem, jak to robi Bill Gates. A tak serio, to akurat tu nie mogę się czepiać, bo właśnie to robię na urlopie, który zwykle biorę właśnie dwa razy w roku.  Co prawda nie czytam podobnie jak McKeown dzieł Konfucjusza i  Marka Aureliusza więc nie wiem, czy to się w ogóle liczy. Nawiasem mówiąc znałam paru fatalnych menedżerów, którzy czytali Marka Aureliusza i nic im to na ich fatalny styl zarządzania nie pomogło. Przy okazji autor radzi też czytelnikowi pisać pamiętniki – codziennie.

Czyli, gdybym chciała postępować jak ludzie z przykładów, albo autor to mój dzień powinien wyglądać następująco: najpierw koniecznie osiem godzin snu (dokładnie tak jak to robi Jeff Bezos)…ale nie przesadzajmy z tym wylegiwaniem się, bo przecież o piątej rano trzeba wstać. Produktywność jest w końcu jednym z najczęściej używanych przez McKeowna terminów. Po wyskoczeniu z łóżka od razu dwadzieścia minut sam na sam z Markiem Aureliuszem, przecież umysł się sam nie otworzy. Wreszcie, odcinam internet, wyłączam telefon i następuje 8h pisania (nie wiem czy mogę zjeść śniadanie, w przykładach o tym nie było). Jak skończę pisanie to szybko pamiętnik. Byle się za bardzo nie rozpisywać, bo muszę resztę dnia spędzić na zabawie i kreatywności.

A jak poczuję się wypalona tym trybem życia to po prostu, jak inny zupełnie zwyczajny człowiek z przykładu McKeowna, wycofam się ze wszystkich rad nadzorczych, w których zasiadam i wyjadę z rodziną na południe Francji. No chyba, że wcześniej wyrzucą mnie z pracy za odmawianie wszystkich obowiązków, do których nie wykazuję co najmniej 90% entuzjazmu, co mi radzi McKeown, który pisząc tą książkę bierze chyba pod uwagę wyłącznie osoby na stanowiskach pozwalających im dość elastycznie dobierać sobie zadania. Zasada mówienia “Hell Yeah” rzeczom, które nas porywają i “No” tym, które tego nie robią, zdecydowanie nie sprawdzi się np. w szkolnictwie, hydraulice, protetyce stomatologicznej albo mechanice samochodowej.

Podsumowując: sedno minusa jaki daję za użyte w tekście przykłady i porady jest utrzymanie ich w intrygująco luksusowej bańce, w jakiej na co dzień najwyraźniej przebywa, albo chciałby przebywać autor.

Żeby nie być zupełnie niesprawiedliwą dla McKeowna – “Esencjalista” stoi na solidnych podstawach teoretycznych. Ludzie serio potrzebują snu i zabawy, naprawdę przydałoby im się wyciszenie i odcięcie od nadmiaru bodźców. Byłoby super gdybyśmy dokonywali swoich życiowych wyborów sami i uwolnili się od przekonania, że tylko ciężka praca i zgadzanie się na wszystko mają wartość. Naprawdę otacza nas masa mało znaczącego szumu, a umiejętność wyłapywania z niego rzeczy ważnych jest kluczem do sukcesu. Teza książki  – 10/10. Punkty w mojej subiektywnej opinii odbieram autorowi głównie za to, że nie widzę specjalnie przykładów z dziedziny work-life balance skierowanych do osób przeciętnie zarabiających.

Ogólnie, to ładnie napisana i trzymająca się rozsądnych podstaw teoretycznych książka, która świetnie nadaje się na prezent dla kogoś, kto lubi poszerzać sobie horyzonty. Szybkiegomu czytaczowi, zajmie jedno popołudnie i pozwoli się oderwać od szarej codzienności, inspirując do przemyśleń i weryfikowania życiowych priorytetów + złośliwie dodam, że pozwoli czytelnikowi przez chwilę poczuć się również jak dobry znajomy milionerów.

Greg McKeown, Esencjalista, MT Biznes 2015