Archiwa tagu: polecajka

How to be good enough – Ellen Hendriksen

Dziś na moim czytelniczym talerzu, książka poruszająca ważny temat – perfekcjonizmu.

“How to be good enough. Wyłącz samokrytykę, ogranicz perfekcjonizm i żyj w zgodzie ze sobą” autorstwa Ellen Hendriksen w przekładzie Doroty Gasper i wydana w Polsce przez MT Biznes.

Temat o tyle trudny, że wszędzie, i to coraz częściej, spotykamy ludzi dręczonych perfekcjonizmem i poczuciem, że nigdy nie będą wystarczająco dobrzy, jeżeli nie dla społeczeństwa to dla samych siebie. I równie często trafiamy na perfekcjonistów zamieniających w istne piekło życie swoich bliskich poprzez domaganie się niemożliwego i krytykowanie wszystkiego co robią.

Article content
Potęga wlepek 🙂

Forma: Absolutnie śliczna fioletowa okładka, która na każdym moim zdjęciu wygląda inaczej niż na żywo, miła w dotyku i wzmacniana skrzydełkami. Smakowitość, według kocich testerów, ujdzie, ale dużo smaczniejsze są moje wklejki do zaznaczania ciekawych fragmentów. Wygoda książki do posadzenia kociego zadu, wysoka. Zarówno Pink i Floyd sprawdzili, że dobrze się na niej siedzi. Zapach nikły, papier o dziwo nie tak fajny jak w innych publikacjach.

Teza: Perfekcjonizm ma wiele oblicz i każdego dręczy na swój sposób. Potrafi zrujnować radość życia, spowodować, że wciąż będziemy drżeć ze strachu przed tym, że okażemy się nie dość dobrzy (czytaj – nieidealni). Wpływa też zabójczo na nasze relacje, jeżeli pozwolimy naszym rozhulanym standardom przejąć kontrolę nad naszym zachowaniem i spróbujemy je narzucić bliskim. Zasadniczo są trzy grupy perfekcjonistów: ci, którzy dręczą siebie, ci którzy dręczą innych, i ci którzy dręczą siebie, bo uważają, że inni tego od nich oczekują. Nie ma jednak co podupadać na duchu, bo autorka ma dla nas rady jak się z tym uporać. Zgodnie z tym co pisze, nawet samo przeczytanie książki powinno w jakimś stopniu zmienić nasze podejście i ulżyć nam w cierpieniu.

Wstęp: Wstępu brak, a więc nie może być rozbrykany, co jest dużym plusem. Zamiast wstępu mamy prolog porównujący dwóch perfekcjonistów Walta Disneya i Freda Rogersa. Obaj w swoim życiu kierowali się wysokimi standardami, ale w przeciwieństwie do elastycznego w swoim podejściu Rogersa, Walt Disney pozwolił swojemu dążeniu do ideału zniszczyć sobie życie i wtrącić się w otchłań samotności i samokrytyki. Prolog ma na celu pokazanie istotnego faktu – nie każdy perfekcjonizm jest zły. A nawet w tym złym pojawia się wiele cech, które są dla nas skutecznym motorem pchającym nas ku sukcesowi. Sumienność, skupienie na detalach, samozaparcie w dążeniu do celu. Same plusy… gdybyśmy tylko zdołali jakoś się pozbyć tej zjadliwej samokrytyki. No i o tym właśnie jest ta książka.

Mamy też pierwszy rozdział zgrabnie wprowadzający nas w problematykę perfekcjonizmu i pokrótce omawiający, czego możemy spodziewać się w dalszych częściach książki. Zwykle nic mnie nie irytuje bardziej niż autorzy, którzy piszą mi po kolei, o czym będzie który rozdział, ale tu Hendriksen przemyciła to tak ładnie, że nie od razu zorientowałam się, co czytam. Użyła do tego przykładów swoich pacjentów, a nic mnie bardziej nie wciąga jak przykłady, zwłaszcza, że autorka wybrała bardzo interesujące przypadki.

Co mi się podobało, a co odesłałabym do lamusa?

Dużym plusem jest na pewno to, że dowiedziałam się kilku nowych rzeczy. Na przykład tego, jak bardzo Disney starał się osiągnąć ideał pracując nad swoimi filmami. I jak pomimo niesamowitych sukcesów finansowych jego produkcji i tego, że zdołał uszczęśliwić całe pokolenia dzieci, okazał się być człowiekiem smutnym, samotnym i niezdolnym do nawiązania przyjaźni ze swoimi pracownikami.

Inną kwestią, o której nie wiedziałam, a która jest niesamowicie istotna i otwierająca nam oczy na pewne mechanizmy społeczne, jest brzydki trend, który niedawno pojawił się w naszym społeczeństwie. Otóż odsetek osób dręczonych perfekcjonizmem, zwłaszcza narzuconym społecznie, wciąż rośnie. Coraz więcej ludzi jest przekonanych o tym, że muszą być idealni i narodziny mediów społecznościowych mają w tym swój spory udział (chociaż nie są jedynym czynnikiem). Wszechobecny konsumpcjonizm prowadzi do tego, że bardziej niż kiedykolwiek staramy się być perfekcyjni. Perfekcjonizm dotyka nawet bezduszne korporacje, które nie szukają już kandydatów odpowiednich ale idealnych. Kto nie przebił się lub nie zna kogoś, kto się przebił przed dwunastostopniowy proces rekrutacyjny, tylko po to, żeby usłyszeć, że jednak się nie nadaje, niech pierwszy rzuci CV. Podoba mi się to, że autorka nie pokazuje perfekcjonizmu jako zjawiska odciętego od społecznego tła. Dzięki temu mamy pełen obraz sytuacji i wiemy na ile poważny jest ten problem. Zwłaszcza, że kliniczny perfekcjonizm jest zjawiskiem transdiagnostycznym, co oznacza, że współwystępuje razem z wieloma innymi zzaburzeniami takimi jak OCD, zaburzenia odżywiania, a nawet PTSD. Autorka przytacza też badania wskazujące na jego związek z samobójstwami.

Pewnym (małym) minusem, na który nadziałam się już na samym początku książki, jest to, że autorka (a może tylko tłumaczka) używa w tekście, odnośnie adaptacyjnych cech perfekcjonistów, popularnego i irytującego określenia “magiczne supermoce”. Takimi magicznymi supermocami są według niej silna etyka pracy, czy głęboka troska o innych. Ilekroć słyszę to określenie, tu jeszcze wzmocnione słowem “magiczne” od razu przypomina mi się, jak często używa się go do romantyzowania życia osób neuroróżnorodnych, co wypacza ich obraz w oczach społeczeństwa. Rozumiem, że miło jest połechtać ego perfekcjonistów, ale ich supermoce to po prostu bardzo silnie rozwinięte cechy i nic ponadto.

Article content
Poczucie humoru w akcji

Natomiast olbrzymim plusem tego tytułu jest poczucie humoru z jakim Hendriksen podchodzi do tematu, który przecież sam w sobie jest raczej ponury. Porównania perfekcjonizmu do sałatki owocowej, lasagnii, czy wrzucanie w środek poważnego akapitu zabawnej metafory powoduje, że książkę czyta się płynnie i lekko, a nasz mózg może entuzjastycznie tarzać w jej stronicach bez obaw, że popadnie w melancholię. Spójrz na to zdanie:

“Większość ludzi czyta książki psychologiczne, ponieważ chce się pozbierać. Ale ty nie jesteś większością ludzi. W rzeczywistości jesteś nawet trochę zbyt ogarnięty.”

Z kolei dla osób obawiających się, że samokrytyka jest jedynym co powstrzymuje ich przed popadnięciem w lenistwo, degrengoladę i abnegację, które nastąpią nieuchronnie, jak tylko poluzują sobie dyscyplinę i ograniczą krytykowanie siebie, autorka ma dowcipną obietnicę:

Obiecuję, że nie skończysz jako palacz trawki w spodniach od pidżamy pokrytych czipsowymi okruchami”.

To chyba dobrze, prawda? 🙂 Możemy za to stać się dla siebie o 10% milsi (to też słowa autorki) oraz wygospodarować w naszym życiu więcej miejsca na społeczność, więzi, radość i odpoczynek.

Bardzo mi się podoba, że Hendriksen daje czytelnikowi nadzieję, zamiast tłuc go po głowie mrocznymi wizjami, co się stanie jak się nie poprawi. Nie obiecuje też, że lektura dokona w naszym życiu diametralnej i bolesnej zmiany kierunku, a po zapoznaniu się z tym tytułem nawet własna rodzina nas nie pozna. Wręcz przeciwnie, sugeruje, że nie musimy przewracać wszystkiego w życiu do góry nogami. Mamy już wszystkie potrzebne cechy, mamy sumienność, troskę, zdolność do realizacji wysokich standardów, jedyne co musimy usunąć to samokrytyka. Czasami po jej usunięciu nie zmieni się nawet nasze zachowanie, ale zmieni się myślenie i samopoczucie. Niektórzy z jej pacjentów, opisani w książce, mówią – nadal robię to samo, ale teraz z innych powodów. Nadal jestem dowcipna, uśmiecham się i zgadzam się z moimi kolegami, ale tym razem nie dlatego, że jestem przerażona możliwością odrzucenia, ale dlatego, że naprawdę lubię się śmiać i mam poglądy podobne do ich poglądów. Zabierając się za lekturę nie musisz się obawiać, że autorka osądzi cię, a potem każe ci wszystko rzucić i wszystko zmienić. Hendriksen ma zresztą wiele wspólnego z nurtem psychologii pozytywnej, skupia się na tym co już mamy, nie na tym czego nam brak. Nie ocenia perfekcjonistów, ale wskazuje im drogę, pozwala im docenić swoje cechy i obalić mit, w który wierzą, że to właśnie ciągła samokrytyka utrzymuje ich na powierzchni. Jedno z najważniejszych zdań tej książki, według mnie to:

zaszliśmy tak daleko, jak zaszliśmy pomimo naszej samooceny”.

A wracając do psychologii pozytywnej z jej skłonnościami do wymuszania szczęścia i uśmiechu w każdej sytuacji. Jej się też w tym tytule dostaje, jako że zmuszanie się do bycia szczęśliwym za wszelką cenę sprzyja perfekcjonizmowi. Autorka naprawdę podchodzi do tematu kompleksowo i wskazuje cały komplet przyczyn odpowiedzialnych za nasz perfekcjonizm. Winne są nie tylko geny, nie tylko rodzina, ale filozofia życiowa naszego społeczeństwa, ucisk, kapitalizm, konsumpcjonizm, media społecznościowe wraz z ich kulturą oceny, sztucznie napompowane oczekiwanie, że każdy będzie “żyć na całego” dyskryminacja i systemowe nierówności w społeczeństwie, podstępnie kamuflujące się jako patologia osób ich doświadczających i wiele innych czynników. To też duży plus.

Totalnie subiektywne uwagi Zaręby:

  1. Pamiętacie ten fake, ze Stevem Jobsem, który rzekomo na łożu śmierci miał doznać olśnienia i strzelić wzruszającą mowę? Z tego co pisze autorka wynika, że facet do samego końca był (co mnie nie zaskakuje) niereformowalną łachudrą. Pielęgniarki wybierał sobie z 67 różnych, bo żadna nie była dość dobra i nie zapomniał też wspomnieć swojej córce, kiedy odwiedziła go w szpitalu, że jej perfumy sprawiają że śmierdzi jak toaleta. Daję plusa, za niegloryfikowanie Jobsa.
  2. Oświadczam też, że w pełni solidaryzuję się z Ivanem z przykładu. Matka Ivana, perfekcjonistka zorientowana na innych, w przypływie złości walnęła kiedyś syna kiełbasą. Jako osoba, która dostała od matki po głowie półkilogramowym kawałem żółtego sera, łączę się w bólu z ofiarą kiełbasy.

No dobrze, ale kończę to rozpisywanie zanim streszczę wam całą książkę. Lepiej, żebyście czytali sami jak sobie radzić z perfekcjonizmem. Ten tytuł zawiera co prawda niewiele ćwiczeń, ale i tak ma dużo do powiedzenia na temat tego jak sobie radzić z tym podstępnym przeciwnikiem. Przejdźmy więc do kolejnego punktu programu.

Czy czytać?

Stanowczo czytać. To dobra książka jest. 8/10 ( i pamiętajmy, że 10 rezerwujemy dla książek, które mnie wystrzeliwują z butów, a ja jestem czytelnikiem popsutym zupełnie rozlicznymi lekturami).

Kiedy czytać?

W weekend, na urlopie, w podróży, w luźniejsze popołudnia, kiedy nie możemy zasnąć. Na leżak dobra, ale piasek będzie wchodził w wyklejki, których będziecie używać, więc może lepiej mazać po niej ołówkiem (byle nie zgubić ołówka). Nada się do herbaty i kawy (zwłaszcza czarnej) i lekkich drinków ewentualnie drinków bezalkoholowych. Nie polecam whisky, brandy ani koniaku do tego tytułu. Nie pasuje do obiadu, ale pasuje do popcornu, tortu i szarlotki.

Teoria Pozwól Im – Mel Robbins

Na dzisiejszym czytelniczym tapecie nowa książka Mel Robbins “Teoria Pozwól Im” wydana w przekładzie Piotra Cieślaka, przez wydawnictwo Galaktyka.

Po tę książkę sięgnęłam z pewną obawą, ponieważ czytałam już poprzednią książkę Robbins “Reguła 5 sekund”, która składała się głównie ze screenshotów z mediów społecznościowych osób, które dzięki liczeniu od 5 do zera zarobiły miliony, schudły 35 kilo i przebiegły 10 maratonów w trzecim stadium raka. Przykłady wzięte z książki, proszę nie fukać na recenzenta.

No to jedziemy z tym koksem, albo raczej z tą rewolucyjną (4 razy w książce) i uskrzydlającą (5 razy w książce) teorią “pozwól im” (249 razy w książce).

Forma: 

Tu wyjątkowo się nie rozpiszę ponieważ mam książkę w wersji elektronicznej, więc nie dane mi jej będzie pomacać, powąchać papieru ani nawet nakarmić nią kocich testerów odporności okładek. Zarówno polska jak i oryginalna okładka jest dość jaskrawa i wygląda nieco jak odbicie powstałe po tym jak niefortunny wróbel trafił w szybę (talk z piór wszędzie dookoła). Ewentualnie jak ktoś ujął to na Linkedin oceniając książkę po okładce: “…mam obawy że to książka z cyklu poradniki, z cyklu piosenki Pani Majki Jeżowskiej: Marzenia się spełniają! Tylko mocno mocno mocno w nie wierz!”. Coś jest na rzeczy, ale warto wziąć poprawkę, że okładki w USA są o wiele bardziej krzykliwe niż nasze, a tu wydawca trzymał się oryginału.

Jedno co warto na tym etapie to dość ważny fakt, że ta książka Robbins, w porównaniu do poprzedniej ZAWIERA TEKST. Serio…to duża zaleta. Przy “Regule 5 sekund” za wiele się nie naczytałam. Ponadto każdy rozdział opatrzony jest krótkim podsumowaniem, dla tych co łatwo zapominają o czym czytali.

Teza: 

W zasadzie rozsądna. Poświęcamy zdecydowanie za dużo czasu na próby kontrolowania rzeczy, których kontrolować się nie da i stresowanie się rzeczami, na które nie mamy wpływu. Do tej tezy jednak Robbins wplata nieco zbyt dużo amerykańskiego ducha, czasem przesadza, często upraszcza i zdarza jej się parę razy sobie zaprzeczyć. 

Moje subiektywne wrażenie: 

Ta książka powinna mieć tytuł “Jak powiedzieć, że jestem w terapii, żeby nie napisać, że jestem w terapii”. W tekście czuje się powiew tego charakterystycznego podejścia osoby w terapii, która zastępuje przegięcia charakteru w jedną stronę, przegięciami charakteru w drugą stronę. Trochę jakby wzięła prosty drut miedziany, zgięła go i próbowała go naprostować przez wygięcie go w odwrotnym kierunku. W tym wypadku próby kontrolowania wszystkiego autorka zastępuje właśnie frazą “pozwól im” stosowaną również do wszystkiego.

Czy książka jest zła? 

Nie, nie jest. Ma sporo celnych spostrzeżeń, ale warto poświęcić chwilę na krytyczne myślenie i nie dać się wmanewrować w każde krzaki w jakie prowadzi nas amerykańsko-terapeutyczne podejście do życia.

Wstęp jest o dziwo niespecjalnie rozbrykany, autorka nie obiecuje że zostaniemy drugim Elonem Muskiem. Podsumowuje za to we wstępie swoją poprzednią książkę – czyli opisuje jak dzięki “Regule 5 sekund” zarobiła miliony. 

I trochę nie mogę sobie odmówić wyzłośliwienia się, że wstęp do “Pozwól im” mógłby spokojnie zastąpią całą “Regułę 5 sekund”. Jakbyście nie wiedzieli co autorka musiała zrobić, żeby z długów, małżeństwa w rozsypce i ogólnej degrengolady przejść na listę bestsellerów New York Times i zarobić miliony, to tu we wstępie jest przepis.

wstać, uporać się z przygnębiającą stertą rachunków, przygotować dzieci do szkoły, zmusić się do wyjścia na spacer, zwrócić się o wsparcie do przyjaciół, zaplanować budżet, poszukać pracy.

Jak nie macie dzieci, wyprowadźcie psa, albo nakarmcie kota. Też powinno zadziałać. Jeżeli już to wszystko zrobiliście i nie macie milionów, to ja już nie wiem co wam doradzić. Przy okazji, okazuje się, że autorka napisała jeszcze książkę “Nawyk przybijania piątki” – przybijać należy sobie w lustrze. Więc może musicie jeszcze przybijać tę piątkę, byle nie za mocno, bo potłuczecie to lustro, a to nie są tanie rzeczy.

Dobra, wyzłośliwiam się. Ale na swoją obronę dodaję, że Robbins sama sobie grabi opisując swoją teorię jako mającą korzenie  tkwiące w starożytnych filozofiach, metodach psychoterapeutycznych i podstawowych naukach głównych religii świata, a także w stoicyzmie i praktykach duchowych (i pamiętajcie, że jednocześnie jest ona absolutnie rewolucyjna). Z obietnic wstępu mamy jeszcze w miarę rozsądną “twoje życie stanie się trochę prostsze, a relacje – znacznie lepsze” i  mniej rozsądną “będzie to jedno z twoich najbardziej wyzwalających i uskrzydlających życiowych doświadczeń”.

Dobra, przewalczyłam wstęp, czas na plusy i minusy. Wynik podany na samym dole.

Plusy i minusy

Duży plus, na początek: autorka ma niewątpliwą rację, twierdząc, że mimowolnie oddajemy władzę nad naszymi akcjami i samopoczuciem innym ludziom. Piekło może i teraz jest wybrukowane dobrymi chęciami, ale jak kiedyś ta nawierzchnia będzie wymagała wymiany, to diabli wymienią ją na bruk zrobiony z rzeczy, które zrobiliśmy dla świętego spokoju. Amen. Odpuszczenie sobie i powiedzenie “pozwól im” może w istocie uwolnić naszą energię z sytuacji, w których nie mamy wpływu. Dzięki czemu skierujemy ją na sytuacje, w których go mamy i powinnyśmy go użyć. Jest cała masa rzeczy, które niepotrzebnie zajmują nam czas i zjadają nerwy. Co ważne Robbins nie sprzedaje swojej metody jako wytrychu uniwersalnego, co widać po przykładowym cytacie na temat ubiegania się o awans.

Jak zatem posłużyć się teorią „pozwól im”, aby skłonić szefa, by dał ci zasłużony awans? Nie da się”. 

Jeśli nie pasuje nam szef, czas zabrać się za szukanie pracy. Razem ze swoją teorią “Pozwól im” autorka przemyca drugą również sensowną “pozwól sobie”. Na przykład pozwól sobie bez wyrzutów sumienia podjąć akcje wymagane do osiągnięcia dobrostanu. Nie wystarczy powiedzieć, że pozwalam otoczeniu robić co mu się żywnie podoba i odmawiam wkurzania się tym, muszę jeszcze pozwolić sobie, podjąć decyzję o mojej reakcji na zaistniałą sytuację.

Zaraz po plusie dla równowagi pojawia się minus – dzikie i rozbuchane uogólnienie “Prawda jest taka, że inni ludzie nie mają nad tobą żadnej władzy, dopóki im jej nie dasz.”. Niestety to tak nie działa, o czym można się łatwo przekonać próbując swoich sił z prawodawstwem, opresyjnym systemem politycznym, albo nawet Zenkiem z siłowni, który nadużywa sterydów. Robbins będzie sobie na takie uogólnienia w stylu “możesz wszystko” pozwalać jeszcze wielokrotnie. A chociaż w istocie, idąc jej tokiem rozumowania, możemy faktycznie pozwolić piekarni wyprzedać wszystkie bajgle i się nie przejmować, bo nie mamy na to wpływu, to sugestia, że powinniśmy bezstresowo pozwolić naczyniom zalegać w zlewie nie ma sensu. W końcu możemy sami je umyć, poprosić o to dzieci lub męża. Więc nie tylko mamy wpływ na los piętrzącej się w zlewie sterty brudnych garów, ale i powinniśmy się tym losem żywo interesować, bo może się okazać, że skończymy z całą nową cywilizacją w naszej domowej kuchni. 

Kolejnym dużym plusem jest podejście Robbins do odpowiedzialności za nasze życie. Wyrażone np. w akapicie:

Kiedy jesteś dorosłym człowiekiem, cała odpowiedzialność za życie, szczęście, zdrowie i uzdrawianie się, kontakty towarzyskie, przyjaźnie, granice, potrzeby i sukcesy jest tylko twoja. Jeśli potajemnie liczyłeś na to, że ktoś przyjdzie ci z pomocą, rozwiąże twoje problemy, zapłaci rachunki, zorganizuje życie towarzyskie, uleczy rany, przemieni się w twojego wymarzonego partnera i będzie cię motywował do bycia najlepszą wersją siebie… wiedz, że to się nie zdarzy. Nikt taki się nie pojawi.”

Więc, czegokolwiek nie naobiecuje nam autorka, nie będzie na tej liście złotej rybki, dobrej wróżki ani anioła stróża, który zrobi wszystko za nas. Robbins jasno mówi nam, że w naszym społeczeństwie przewlekły stres jest wszechobecny, a nasze reakcje na różne wydarzenia są w dużym stopniu za niego odpowiedzialne. Jeżeli chcemy coś z tym zrobić, musimy kontrolować to co możemy i pozwolić reszcie wszechświata istnieć poza naszą kontrolą. Zwraca również uwagę na bardzo ważny fakt, że jeżeli skupimy nasze akcje tam gdzie naprawdę możemy coś zmienić to nasza samoocena i poczucie kontroli wzrośnie.

Robbins wspomina, że kiedy nagrała i opublikowała filmik o swojej metodzie na mediach społecznościowych, w ciągu doby rzuciło się na niego 15 milionów ludzi, a po tygodniu aż 60 milionów. Dla przypomnienia półnagi młodzieniec skaczący w wielki kaktus (full cactus body slam) ma zaledwie 12 milionów odsłon. Potem ludzie zaczęli sobie robić tatuaże z napisem let them i świat oszalał na punkcie teorii “pozwól im”. Według autorki oszaleli też terapeuci i psychologowie, którzy moim zdaniem od dawna zdawali sobie sprawę z tego mechanizmu. Minusem dla mnie jest opisywanie metody, którą ponoć znali już stoicy i pierwsi buddyści jako rewolucyjnej i najdonioślejszej jaką kiedykolwiek odkryła. Mimo to Robbins dość dobrze opisała całkowicie rozsądny mechanizm, który w zasadzie znała większość społeczeństwa, ale potrzebowała dostać to na YouTube, żeby poważnie przemyśleć tę kwestię.

Przeszkadza mi też w tej książce coś innego. Autorka powiela mit, który sama słyszałam od terapeutów, znajomych i przyjaciół jakoby nie dało się zmienić drugiego człowieka. Przy czym zarówno wzmiankowani terapeuci jak i autorka de facto żyją z tego, że zmieniają drugiego człowieka. Robbins, dla mnie, posuwa się też za daleko w niedocenianiu wpływu jaki mamy na otoczenie. Jestem skłonna zgodzić się, że nie mam wpływu na wiele rzeczy, ale nie, na to, że  nie mam wpływu na nic. To kolejne terapeutyczny mit “nie denerwuj się, i tak nie masz na to wpływu”. Kiedy mi ostatnio przyjaciółka pojechała takim “przecież nie masz na to wpływu” po tym jak spędziłam ostatnie dwa i pół roku ciężko pracując na to, żeby z umiarkowanymi ale istotnymi sukcesami wpłynąć na pewną sytuację, poczułam się potraktowana albo jak dziecko albo jak idiotka. Zgódźmy się więc, że na jedne rzeczy mamy wpływ a na inne nie i walenie kogoś po oczach twierdzeniami, że nie ma wpływu na własne naczynia w zlewie, jest lekką przesadą.

Kolejnym brzydkim uogólnieniem autorki jest “Wybierając rodzaj reakcji – nie karmiąc gniewu, nienawiści ani negatywności – sprawujemy nad sobą władzę ostateczną.” Nie ma czegoś takiego jak władza ostateczna. O ile Robbins nie unosi się na świetlistej chmurze, metr nad ziemią i to w pozycji lotosu, to znaczy, że w tym miejscu pisze bzdurę. A wiemy, że nie unosi się, bo sama pisze z punktu widzenia terapii i wspomina, że jej dzieci również korzystają z usług terapeutów. A jej mąż, jak się sama twierdzi to nawet puszcza bąki. 

Trudne dla mnie jest zaakceptowanie pewnych sprzeczności i niekonsekwencji np. twierdzenia, że odpuszczenie sobie to przejaw słabości, ale jeżeli najpierw powiesz sobie “pozwól im” to jest to przejaw siły? Przykład Robbins – twój pomysł na spotkaniu w pracy został całkowicie zignorowany, ale nie unoś się,  pozwól im i podziękuj w duchu autorce za dokonanie tego uskrzydlającego wyboru, który właśnie dał ci ostateczną władzę nad twoim życiem. A potem zacznij szukać pracy (owszem tak radzi autorka). Z jednej strony rozsądne, jak mówi przysłowie nie należy kopać się z koniem, ale jeżeli za każdym razem kiedy wzmiankowany koń strzeli nam kopniaka będziemy szukali nowego, zamiast zawalczyć o swoje i powtórzyć nasz pomysł nieco głośniej, nasze życie może okazać się skomplikowaną podróżą od stajni do stajni. W końcu wszystkie konie kopią.

A skoro o zmianie pracy mowa, tu też pojawiają się pewne sprzeczności  na przykład – wolno mi zmienić pracę, ale nie mogę narzekać na obecną, bo to moja wina, że w niej tkwię. Albo – wolno mi odczuwać emocje i powinnam je “przepracować” ale pod warunkiem, że nie podejmę żadnej akcji z nimi związanej, tylko usiądę i poczekam aż mi przejdzie. Nie dowiedziałam się niestety z książki jak, poza czekaniem aż mi przejdzie, wygląda takie przepracowywanie, co pozwala mi wyobrażać sobie zwroty typu “przepracowuję właśnie biegunkę”. Ogólnie Robbins zakłada, że będziemy wykonywać akcje zmierzające do zmiany sytuacji bez negatywnego bodźca wynikającego ze zdenerwowania sytuacją. Uważam, że to jak dzwonienie na policję, ponieważ nasz hałaśliwy sąsiad nas nie irytuje. Robbins zakłada chyba, że jestem na drodze do zostania Buddą i będę robić rzeczy pomimo braku motywacji do ich robienia.  

Wracając do plusów, bardzo szanuję rozdział o tym jak odnosić się do tego, że ludzie źle o nas myślą. Mój obecny szef powiedział kiedyś znamienne słowa “Ja bardzo nie lubię jak ludzie myślą o mnie inaczej niż ja o sobie myślę” i dzielę z nim tę przypadłość. Jednak Robbins stawia sprawę jasno, ludzie będą o nas źle myśleć. Nieuchronnie i z wzajemnością Nawet nasza rodzina i przyjaciele i nic na to nie poradzimy. Oczywiście, mogę się z nią sprzeczać, że coś tam możemy poradzić, ale prawda jest taka, że jak to ładnie ujęła autorka, co dzień sami mamy coś koło 70 tysięcy myśli (jak to policzyła?) i nie panujemy nad większością z nich, więc jak u licha mamy zapanować nad myślami innych. To właśnie w tym rozdziale zwróciła naszą uwagę na fakt, że kiedy jej mąż puszcza w łóżku bąki, to ona bardzo źle o nim myśli, ale kocha go mimo wszystko. Przyznam, że to życiowy przykład. I dobrze wycelowany.

Dlatego, zarówno mój szef jak i ja musimy się pogodzić, że ludzie cały czas źle o nas myślą i jakoś z tym żyć starając się być ludźmi, którzy dobrze myślą sam o sobie. Robbins nie pozostaje zresztą bezpieczna, poza własną regułą, bo deklaruje, że jej dzieci zapytane o opinię o matce mówią, że jest: “niezorganizowana, bałaganiara, głośna, nadmiernie przyjacielska, chaotyczna, ze skłonnościami do kontrolowania, spóźnialska i wszystkowiedząca”.

Podejście autorki ogólnie (poza kawałkami wskazującymi na skrajne niemożliwości) dość dobrze balansuje nieprzejmowanie się tym co wyczynia część świata pozostająca poza naszą kontrolą z podejmowaniem akcji w związku z tym co wyczynia. Dodanie elementu “pozwól sobie” ma pozwolić nam nie wypaść dzięki zastosowaniu teorii “pozwól im” poza nawias społeczeństwa i pojmowalnego wszechświata i nie zostać pustelnikiem żyjącym na słupie. Tak, ta metoda posiada ten potencjał, więc lepiej czytać książkę uważnie, bo życie pustelnika w naszym klimacie nie jest różowe.

 Jak to działa? Przykładowo nie mam wpływu na to jak zachowają się wobec mnie moi przyjaciele, ale za to mam wpływ na to jak przyjacielska sama chcę być. Nie będę kontrolować myśli mojej rodziny, ale pozwolę sobie na troszczenie się o nią i własne opinie o niej. Nie będę ignorować swoich potrzeb, jednocześnie nie stresując się wszystkim dookoła. 

Ogólnie lektura tego tytułu rzuca dużo nowego światła na relacje i przyjaźnie jakie mamy w dorosłym życiu. Okazuje się, że bardzo się one różnią od tych, które znamy z dzieciństwa. “Pozwól im” pozwala zrozumieć  dynamikę tych przyjaźni na tyle, żeby pielęgnować te, które chcemy utrzymać i pozwolić umrzeć tym, które już są skazane na zagładę. Robbins urealnia temat przyjaźni i daje pewne porady, jak zdobywać, utrzymywać, ale również jak z godnością tracić przyjaźnie, którym przyszło być jedynie czasowymi. Tak serio mówiąc, to jak na super-amerykańskie podejście hop do przodu całej książki, to rozdział o przyjaźni jest zadziwiająco rozsądny. Zresztą rodzicielstwo też jest potraktowane bardzo konkretnie i pokazane bez wyidealizowanej perspektywy. W książce o dziwo znajdziemy też bardzo stanowczo potraktowane poważne tematy, takie jak relacja z osobą uzależnioną albo autodestrukcyjną. Tu faktycznie Robbins w bawełnę nie owija. Mamy również cały rozdział o związkach i małżeństwach, który niektórym czytelnikom wyda się pewnie zbyt stanowczy, ale bez wątpienia pozwala spojrzeć na miłość i partnerstwo z interesującej perspektywy. 

Moje sumienie podpowiada mi na tym etapie, że jakbym napisała tyle swojej nowej książki, co tej recenzji to bym dawno miała ją skończoną i odesłaną do wydawnictwa. Czas się więc zawijać z tematem, jak mawiają klasycy. Nawet jeżeli mam ogromną ochotę wyliczać dalsze plusy i minusy.

Czy polecam? TAK, ponieważ:

Ogólnie książka czyta się bardzo dobrze, a tłumacz zrobił niezłą robotę. Teza autorki jest rozsądna, chociaż niespecjalnie rewolucyjna. Przykłady są realne i dobrze dobrane (polecam zwrócić uwagę na ten o próbie zadowolenia każdego). Większość czytelników spokojnie przejdzie do porządku dziennego nad tym co mnie w książce irytuje (mi się już w czytelniczych gustach zupełnie poprzewracało od nadmiaru lektury). Nie znalazłam w całej książce przykładów ani tez skłaniających mnie do natychmiastowej “kąpieli oczu”. Przede wszystkim autorka od “Reguły 5” sekund zrobiła niesamowity postęp literacki. Popieram to!

Krótko mówiąc, ta książka potraktowana z rozsądkiem ma dużą szansę pozytywnie wpłynąć na dobrostan czytelnika.

Kiedy i jak czytać: 

W weekend, na plaży, na urlopie, na leżaczku, z lodami, z kawką, z kotem na kolanach. Nie wymaga alkoholu, a jeśli już czytelnik się upiera to białe wino, odpowiednio schłodzone albo aperol spritz dobrze zrobią wypoczywającemu przy lekturze czytelnikowi. Nie naciskać na siebie w trakcie lektury, nie denerwować się, można za to mazać po kartkach i naklejać post-ity, albo jak ja zaznaczać co ciekawsze fragmenty na czytniku. Ponadto, czytać uważnie, bo jak już pisałam zawsze istnieje groźba zostania pustelnikiem.

„Tylko martwi się nie martwią” – W Pułapce Niepokoju, David A. Carbonell.

Dziś na spółdzielczym tapecie “W pułapce niepokoju” Davida A.Carbonella. Wydane przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Książka niezbyt gruba (235 stron) ale przyjemnie ciężka. Jednak jakość papieru robi swoje, chociaż zakreślać radzę raczej ołówkiem, bo kartki są nieco prześwitujące. Pachnie typową nową książką, co może mieć duże znaczenie dla wąchaczy lektur. Okładka miękka, usztywniona skrzydełkiem, w ładnym limonkowym kolorze.

Autor jest psychologiem klinicznym specjalizującym się w leczeniu zaburzeń lękowych więc nie spodziewajmy się tu kwiatów niewiedzy i fake newsów. To zawsze plus jeżeli autor nie obiecuje ci wyleczenia z depresji i wzbogacenia jednocześnie dzięki jedności z wszechświatem. A co obiecuje czytelnikowi Carbonell?

Pewne pojęcie mamy już dzięki podtytułowi – Jak przechytrzyć własny mózg i przestać się zamartwiać. Zawsze podejrzewałam, że nasze mózgi robią nas w konia, ale nikt mi nie wierzył, a tu proszę. Pierwsza obietnica autora brzmi nieźle – czytelnik nauczy się jak przechytrzyć samego siebie. Ponadto Carbonell obiecuje nam, że zredukujemy swe zgryzoty do okazjonalnych niedogodności. Dla mnie brzmi dobrze, zero nadętych deklaracji o tym jak całkowicie zmienimy swoje życie i jak od czytania w naszym umyśle zajdzie rewolucja. Plus.

Teza:

Niepokój jest podstępną bestią. Im bardziej z nim walczymy, im bardziej się staramy, tym bardziej nas dręczy. Czynności, które naszym zdaniem mają nam zapewnić spokój odnoszą przeciwny skutek. Mało tego, z naszym niepokojem budujemy szczególną relację, od której formy zależą nasze szanse na poprawę. Atak niepokoju odbieramy jako zagrożenie, coś z czym próbujemy walczyć, tłumaczymy sobie, że przecież nic z tego czym się zamartwiam się nie stanie. Tylko, że przecież może się stać, prawda? Nie jesteśmy w stanie udowodnić swojemu mózgowi, że jutro nie dostaniemy zawału albo, że nasza córka wracając ze szkoły zostanie porwana przez pedofila. Prawdopodobieństwo jest niskie ale nigdy zerowe. I ten brak zdolności udowodnienia sobie, że nic się nie stanie jest wodą na młyn niepokoju. Nasz mózg uważa to za widomy znak, że skoro nie możemy na pewno powiedzieć, że do niczego nie dojdzie to na pewno wydarzy się najgorsze.

Wystarczy przeczytać jak autor opisuje niepokój, żeby zrozumieć, że nie tylko posiada głęboką wiedzę w temacie, ale również wykazuje niesamowite zrozumienie ludzkiego umysłu dręczonego obawami i zamartwianiem się.

“Obawy przychodzą nieproszone niczym intruzi szturmujących przyjęcia. Ci niechciani goście są jak fanatycy wypełniający misję. Mają do przekazania niezwykle, jak im się wydaje, istotną wiadomość: ostrzeżenie. Będą przedstawiać te ostrzeżenie raz za razem,  mimo że szkodzą tym atmosferze przyjęcia, mimo że nikt nie chce słuchać ich przesłania, bo wydaje im się, że ostrzeżeniami ocalałą cię od problemów.”

Co mi się w książce podoba?

Olbrzymim plusem tego tytułu jest dla mnie właśnie taki, pełen metafor język, doskonale oddający naturę niepokoju. Plusem jest również poczucie humoru autora, które pomaga nam poczuć się komfortowo z tak niekomfortowym tematem.

“Gdyby niepokój był twoim sąsiadem przeprowadziłbyś się. Gdyby był twoim pracownikiem zwolniłbyś go. Gdyby był stacją radiową zmieniłbyś kanał, albo zupełnie wyłączyłbyś odbiornik. Właśnie w tym cały szkopuł.”

Co jest dla mnie najciekawsze? Za każdym razem kiedy sięgam po książkę o lęku, niepokoju czy nerwicy, nawet jeżeli mówi ona o radzeniu sobie z nimi, czuję się źle. Coś mnie w środku uwiera. No i tym razem czytam o niepokoju i co nagle zaczynam czuć? Dobrze zgadujesz…niepokój. I jak już pomyślałam, że znów mnie dopadły moje wady fabryczne, bo przecież jestem jedną jedyną taką na świecie, co popada w anxiety podczas czytania na jej temat,  a tu nagle autor wchodzi, cały na biało i mówi:

“Ludzie często są tak przyzwyczajeni do prób koncentrowania się na czymkolwiek innym niż niechciane myśli, których woleliby uniknąć, że sam pomysł czytania książki na temat zamartwiania się budzi ich niepokój!”

Czyli jednak nie jestem z tym sama. Serio, czytając tę książkę mam wrażenie jakby autor siedział w mojej głowie i pomagał mi z lekturą. W sumie to nawet z życiem. Czemu tak ważne jest dla mnie, że autor to napisał? Bo do tej pory myślałam, że coś ze mną jest wyjątkowo  nie tak, że nawet książka o martwieniu się wywołuje u mnie niepokój. Zresztą okazuje się, że ludzi dręczonych chronicznym niepokojem, chociaż każdemu wydaje się, że tylko jego lub jej dotyczy problem, są miliony.

Bardzo podoba mi się też sposób w jaki autor podchodzi do tematu. Większość z nas, kiedy zmaga się z niepokojem próbuje po prostu przemocą wyprzeć z głowy negatywne myśli, a każdy kto próbował nie myśleć o różowym słoniu albo przestać słyszeć w głowie irytującą piosenkę wie dokąd to prowadzi. Przykładowy Joe ze wstępu do “W pułapce niepokoju” też próbował wszystkiego:

“Starał się nie dopuszczać do siebie niechcianych myśli modlił się, medytował, zmieniał sposób odżywiania, ćwiczył, stosował suplementy diety, szukał wsparcia u żony, szukał porad w internecie, uciekał się do wielu innych środków, wszystkie jednak przynosiły rezultaty niewspółmierne do jego olbrzymich wysiłków.”

Brzmi znajomo? Tymczasem Carbonell nie radzi nam atakować niepokoju z okrzykiem hurra i starać się jeszcze bardziej. W przeciwieństwie do Dyera, autora mojej poprzedniej polecajki/niepolecajki “Pokochaj siebie”, nie wychodzi z założenia, że “jesteśmy właścicielami naszego mózgu” i mamy pełną władzę zarówno nad myślami jak i emocjami. Dlatego zamiast planu heroicznego ataku prowadzącego do porażki, dostajemy tu plan sprytnej kampanii wojennej, w której naszą główną strategię będzie rozpoznawanie sztuczek naszego przeciwnika…czyli nas.

Kolejnym elementem, którym kupuje mnie ta książka są żarty i “śmieszki” językowe, które zmiękczają temat i pomagają czytelnikowi, zwłaszcza skłonnemu do niepokoju, nie zamartwiać się zbytnio nad poradami autora. “Tylko martwi się nie martwią” czy “To jakby zestawiać jabłka z aligatorami” wywołują uśmiech na mojej twarzy i z całą pewnością pożyczę sobie niektóre z tekstów Carbonella. Zabawna chociaż na swój sposób smutna jest też historia jednego z pacjentów autora, z czasów kiedy był jeszcze stażystą. Zgodnie z zaleceniami opiekuna, młody Carbonell pracował z pacjentem zamartwiającym się możliwością utraty pracy. Kiedy wreszcie udało mu się przekonać pacjenta, że jego martwienie się jest irracjonalne, był z siebie bardzo dumny. Niestety tylko do chwili kiedy pacjent nie oświadczył:

A zatem widzi pan to w istocie mnie martwi. Tyle niepotrzebnego zadręczania się! To nie może być dobre dla zdrowia! Co jeśli z całego tego zamartwiania się o nic zostanę udaru?”.

Przytoczona opowieść ilustruje podejście autora do problemu zamartwiania się i niepokoju. Tak naprawdę kłopot sprawiają nam nie rzeczy, o które się martwimy, ale to że w ogóle się zamartwiamy. I dlatego według niego, wyjaśnianie nam, że  nasze obawy są nielogiczne i irracjonalne, nie rozwiązuje problemu. Jeżeli nie zmienimy tego jak podchodzimy do niepokoju i nie zmodyfikujemy związanych z nim zachowań, to porzuciwszy jedno zmartwienie natychmiast znajdziemy sobie drugie. Książka jest zresztą pełna przykładów i opowieści pozwalających nam dostrzec naturę problemu. Jak pisze sam Carbonell, łatwiej jest nam zauważyć pewne wzorce na przykładzie cudzej opowieści niż własnej.

Dla kogo jest ta książka?

Pozwolę sobie znów oddać głos autorowi, bo bardzo uprzejmie wypisał dla mnie potencjalnych czytelników, co również jest plusem.

“To pozycja zarówno dla tych którym nigdy wcześniej nie przyszło do głowy, że mogliby sięgnąć po poradnik psychologiczny jak i dla posiadaczy stosów takich książek z pieprzonych nocnych stolikach skierowana jest do ludzi, którzy nigdy nie poddawali się psychoterapii, a także do tych którzy są w jej trakcie, oraz do osób rozczarowanych przebytą terapią. Nawet ci, których stan uległ poprawie po przejściu terapii poznawczo behawioralnej i leczeniu farmaceutykami, odnajdą o tej książce coś nowego i wyzwalającego.”

W sumie jak się zastanowić to dzisiejsza polecajka pisze się sama. Autor udziela nam bowiem również wskazówek jak czytać.

No więc jak czytać?

Odpowiedź autora: powoli. Ta książka czyta się płynnie, jest świetnie przetłumaczona przez Marię Moskal i aż korci, żeby ją połknąć w całości. Autor to wie, bo porównuje ją do mrożonej pizzy. Owszem, możemy skrócić proces oczekiwania na posiłek podnosząc temperaturę piekarnika z 200 do 400 stopni, ale jeżeli liczymy, że dzięki temu zjemy pizzę w 10 minut zamiast w 20, to naszą pomyłkę uświadomi nam przybycie straży pożarnej. Czyli delektujmy się, a nie połykamy lekturę w całości.

Porada ode mnie, aby zmaksymalizować korzyści z czytania: warto znaleźć sobie spokojne miejsce i spokojną chwilę. Najlepiej jeżeli nikt nie będzie nam przerywał w trakcie czytania rozdziału, bo one są naprawdę ładnie złożonymi, małymi całościami i źle by było przerywać lekturę.

Joanna Zaręba

„Koniec żartu. Można się śmiać” autorstwa Jennifer Aaker i Naomi Bagdonas

Jak tam wasze poczucie humoru? Ma się dobrze? To świetnie, bo dziś na spółdzielczym tapecie: “Koniec żartu można się śmiać. Jak poczucie humoru może pomóc ci w życiu” autorek Jennifer Aaker i Naomi Bagdonas, w tłumaczeniu Magdy Witkowskiej i z fantastyczną przedmową Janiny Bąk.

Wydane pod flagą Laurum pod którą ukrywa się MT Biznes.

Przypis: oprócz książki mam na tapecie playlistę do sprzątania nawalonego niczym niemiecki samolot bojowy sąsiada dwa piętra i w prawo pode mną, więc proszę docenić moje recenzenckie poświęcenie. Przynajmniej tak jak ja doceniam woskowe zatyczki do uszu.

Forma:

  • Przyjemna, niebiesko-żółta okładka, miękka ale ze skrzydełkami, trochę przypominająca trend kolorowych okładek książek rozwojowych, a nawet niektórych reportaży z USA. No ale nie musimy być tak śmiertelnie poważni. Nie każda okładka musi być biała z subtelnym muśnięciem koloru niczym kreacje, które Tiktok prezentuje nam jako ubrania w stylu old money.
  • Odporność na kocie zęby znikoma. Przetestowano przez Pinka.
  • Smakowitość, sądząc po minie kota wysoka.
  • Papier ładny i biały, chociaż nie pachnie zbyt mocno, ale nie można mieć wszystkiego.`A co gdyby wynaleźć perfumy o zapachu świeżo zadrukowanego papieru?
  • Książka ma 294 strony więc nie jest jakimś gigantem, tak w sam raz do połknięcia w długi weekend, no chyba, że się robi dużo notatek. Ja oklejam kartkami i zakreślam ołówkiem.
  • Z tego zaledwie 2 strony zajmują peany sławnych czytelników (w tym Adama Granta) na temat książki. I drugie dwie strony na dość konkretne notki o autorkach.

Teza:

Poczucie humoru ma zdecydowanie złą sławę w życiu profesjonalnym i wielu osobom humor w pracy kojarzy się z niepoważnym podejściem do obowiązków służbowych.

Mimo to, rezygnując z niego sami strzelamy sobie w stopę, ponieważ humor potrafi zdziałać cuda dla naszego zdrowia fizycznego i psychicznego, networkingu, efektywności, pamięci, jakości współpracy w grupie i co ciekawe dla naszego autorytetu. Obniża również poziom odczuwanego stresu i pozwala nabrać dystansu do siebie. Na dowód tego, że można wykonywać śmiertelnie poważną pracę i mimo to cieszyć się w niej poczuciem humoru autorki przywołują zabawny skarpetkowy incydent w owalnym gabinecie podczas spotkania z Barackiem Obamą, wówczas prezydentem USA.

Ponadto autorki wprowadzają podział, który czytelnikowi pozwoli określić swój własny typ poczucia humoru (stand-uperski, snajperski, rozczulający i magnetyczny) i dostosować go do sytuacji, kiedy potrzebujemy wsparcia ze strony naszego humoru. Oprócz humoru autorki wprowadzają dodatkowe pojęcie – lekkość, które może okazać się dla czytelnika niezmiernie interesujące ze względu na to ile dobrego może nam wnieść do życia.

Plusy

Rozliczne, przede wszystkim brak rozbrykanego wstępu, za to obecna humorystyczna przedmowa do polskiego wydania. Ponadto nigdzie w książce jak okiem sięgnąć, nikt, ani autorki ani autorzy peanów nie mówią nam o nieuchronnej rewolucji jaka ma się dokonać w naszym życiu dzięki lekturze. Nie widać również na horyzoncie ani jednego zdania mówiącego o tym, że powinniśmy w pełni panować nad uczuciami i myślami.

Zamiast tego mamy solidną dawkę wiedzy na temat samych autorek, ich podstaw do wypowiadania się w temacie humoru i opisu akcji jakie podejmowały, żeby podarować nam tę książkę np. badania prowadzone w 66 krajach na populacji badanych 1.5 miliona osób. To sprawia, że moje zaufanie do ich opinii wzrasta, a w dodatku autorki mile łechcą moje ego, deklarując, że jestem ich ulubioną czytelniczką. Wiem…mówią to każdemu kto sięga po tę książkę. Mimo to jakoś mi się milej czyta.

W odbiorze informacji przekazywanych przez autorki pomagają również niewielkie i proste, ale naprawdę zabawne infografiki, jak na przykład poniższa tabela prezentująca rozmaite sposoby na podniesienie sobie poziomu oksytocyny w czasie dnia pracy. Co ciekawe tabela wydaje się pochodzić sprzed pandemii, która pozwoliła wielu pracownikom wykonującym zdalnie obowiązki służbowe cieszyć się udanym seksem w godzinach pracy, bez obawy przed byciem odkrytym przez HR.

Dużą zaletą tego tytułu jest również to, że książka pozwala nam zobaczyć jak zmienia się nasze poczucie humoru w perspektywie. I nie jest ona wcale różowa. Kiedy się ostatnio porządnie uśmieliście? Hmm…? Według autorek nasza życiowa ścieżka płynnie prowadzi nas od beztroskiego stanu dzieciństwa, kiedy to potrafimy się śmiać nawet trzysta razy dziennie aż do ponurej dorosłości czterdziestolatka, który na uzbieranie 300 incydentów śmiechu potrzebuje aż dwa i pół miesiąca. Wygląda na to, że nasza skłonność do śmiechu dramatycznie spada już od 23 roku życia. Prawdopodobnie właśnie wtedy zaczynamy poszukiwać pracy i wierzyć w mity na temat poczucia humoru.

Mit numer 1: W poważnej pracy po prostu nie ma miejsca na poczucie humoru

Mit numer 2: “Spalenie” dowcipu, czyli porażka w świecie humoru jest straszna

Mit numer 3: Żeby wykazywać się w pracy lekkością i posługiwać się humorem, trzeba być zabawnym

Mit numer 4: Poczucie humoru to pewna wrodzona zdolność, nie umiejętność, której można się nauczyć

Z tymi mitami autorki rozprawiają się bezlitośnie, przywołując na pomoc nawet znaną mi z “Nowej psychologii sukcesu” Carol Dweck z jej teorią nastawienia na trwałość przeciswtawionego nastawieniu na rozwój. Okazuje się, że założenie, że zabawność i poczucie humoru to coś, z czym musimy się urodzić, i co jest naszą niezmienną cechą to klasyczny przykład nastawienia na stałość. I jednocześnie najłatwiejsza wymówka dla obawiających się spróbować swoich sił z humorem. W końcu, skoro nie urodziłem się zabawny to nie mam po co się wysilać prawda? Zostawię to innym szczęściarzom, którzy opowiadali dowcipy już na porodówce. Tymczasem poczucie humoru okazuje się być czymś co można opanować, ćwiczyć i rozwijać. Czy to nie jest dobra wiadomość dla czytelnika?

Sporym plusem jest dla mnie również to, że opisane w książce pojęcie lekkości jest czymś z czym wcześniej się nie zetknęłam. Zawsze przyjemnie jest natrafić w lekturze na coś czego się wcześniej nie wiedziało. Lekkość okazuje się być naszym naturalnym nastawieniem do świata, wyrażanym właśnie przez poczucie humoru. I jeżeli pozwolimy naszej lekkości się wyrażać to nawet nie potrafiąc sypać żartami jak z rękawa i tak odczujemy konkretną różnicę w tym jak reaguje na nas otoczenie i jak się czujemy sami ze sobą.

Podoba mi się również rozdział o licznych korzyściach płynących z lekkości i posługiwania się poczuciem humoru. Na liście zalet humoru znajdują się:

  • wytwarzanie przez organizm koktajlu hormonów redukujących stres
  • bycie odbieranym jako błyskotliwa osoba, o wyższym statusie
  • wyglądanie na autorytet
  • łatwiejsza realizacja naszych życiowych celów
  • wyróżnianie się z tłumu i zapadanie ludziom w pamięć
  • ale również lepsze zapamiętywanie przez nas informacji jakie podawane są nam  z humorem
  • budowanie więzi i zaufania między ludźmi
  • dodatni wpływ na trwałość relacji
  • bardziej kreatywne, zwinne i nieszablonowe myślenie
  • poczucie psychologicznego bezpieczeństwa
  • poprawa odporności psychicznej
  • pozytywny wpływ na długość życia

Minusy książki

Cóż…nie jestem w stanie wyobrazić sobie dlaczego ktoś miałby przetłumaczyć stary dowcip o zaletach Szwajcarii (the flag is  big plus) jako “no i flagę mają fajną”. To akurat nie jest jeden z tych nieprzetłumaczalnych, trudnych w lokalizacji dowcipów. Po prostu szwajcarska flaga była i jest dużym plusem tego kraju.

Dla kogo?

Moim zdaniem książka dobra dla:

  • każdego, kto do tej pory desperacko tłumił swoje poczucie humoru, żeby nie wydać się nieprofesjonalny.
  • każdego, kto uważa, że absolutnie nie ma talentu do opowiadania dowcipów i humoru w ogóle (autorki rozkładają tu dowcipy na części pierwsze i radzą jak zabrać się do konstruowania własnych żartów)
  • osób szukających lekkiej ale pouczającej lektury na weekend albo leżak
  • osób posiadających nadmiar karteczek do oklejania
  • osoby mające kota powinny wykazać ostrożność, ze względu na smakowitość książki

Kiedy czytać?

Zasadniczo to zawsze, ale myślę, że najlepiej będzie smakować od czerwca do pierwszego września. Nie do obiadu, bo kartki do oklejania wpadają do talerza. Dobra na urlop, do pociągu i do samolotu. Nie pasuje do szkockiej whisky, lepiej sprawdzi się z białym winem lub białą kawą.

Joanna Zaręba