Archiwa tagu: stres

Odetnij napięcie. Jak pokonać stres dzięki praktykom psychosomatycznym. Rebekkah LaDyne

Dziś na spółdzielczym czytelniczym tapecie: Odetnij napięcie. Jak pokonać stres dzięki praktykom psychosomatycznym autorstwa Rebekkah LaDyne, w przekładzie Juliusza Okuniewskiego, wydane przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Książka bardzo na miejscu, bo właśnie w ten weekend zmagam się z przykrym stresem i czytając ten tytuł miałam nadzieję na odrobinę ulgi.

Article content
Szpitalny seledyn

Forma:

Książka jest raczej cienka. Ma zaledwie 208 stron wliczając w to bibliografię, peany recenzentów, wstęp i podziękowania. Rozdziały raczej krótkie z dużą ilością podrozdziałów, do tego sporo rysunków i tabel. Okładka miękka, ze skrzydełkami, o niskiej „smakowitości”,  Żaden kototester nie podjął próby nadgryzienia mimo, że leżała przed kocimi nosami cały weekend. Design minimalistyczny, a sama okładka utrzymana w charakterystycznym seledynowym odcieniu przypominającym olejną farbę z PRL-owskiego szpitala wojewódzkiego. Jak na nią nie spojrzeć,  nie przemawia do mnie. Na szczęście jest dostępne drugie wydanie z bardziej energetyczną okładką.

Teza:

W naszych próbach pozbycia się stresu zazwyczaj skupiamy się na umyśle, pomijając ciało,  mimo że to właśnie ono najintensywniej reaguje w sytuacjach napięcia. Fizyczne objawy, takie jak uczucie zimna, gorąca, reakcje zamrożenia czy nadmiernej aktywności, pochodzą z ciała i to ono pierwsze daje znać, że coś jest nie tak. Czasami nawet potrafi oszukać umysł i spowodować, że znajdzie on sobie zupełnie nierealne źródło realnych fizycznych objawów.

Stres odczuwamy na wiele sposobów, często unikalnych dla nas.  Czasami jako nagłe zimno ogarniające nasze ciało, innym razem jako uderzenie gorąca, potliwość, lub przyśpieszony puls. Źródłem tych reakcji, jest ciało, nie umysł i najsensowniej będzie zacząć wojnę ze stresem właśnie od uspokojenia i wyregulowania reakcji ciała.

.Autorka proponuje w tym celu terapię somatyczną MBR (mind body reset), która koncentruje się na uwalnianiu napięcia poprzez pracę z ciałem i koncentracji na jego potrzebach i odczuciach. Jej zdaniem techniki takie jak medytacja uważności czy terapie ekspozycyjne stosowane w walce z ekstremalnym stresem,  nie są odpowiednie dla każdego, a niektórym mogą nawet zaszkodzić.

(O ile spodziewałabym się tego po terapii ekspozycyjnej to przyznam, że medytacja uważności zawsze wydawała mi się raczej nieszkodliwa. Do sprawdzenia.)

Całkowicie Subiektywna Opinia:

Jakim cudem 208 stron książki czyta mi się tak wolno?! Dobra, rozumiem…czytam tę książkę w stresie, nie mogę się skupić i czuję w sobie opisywane przez autorkę objawy zamrożenia w połączeniu z hiperaktywnością (kiepskie combo, nawiasem mówiąc – nie polecam). Jednakowoż, ten tytuł jest przeznaczony dla takich jak ja, zestresowanych nieszczęśników, którzy już mają dość i chcą wreszcie odciąć to napięcie. Czy książka nie powinna być bardziej przyjazna dla takich jak ja?

Ocena:

Kiedy sięgałam po ten tytuł spodziewałam się, że:

  • będzie o stresie
  • dostanę sporo ćwiczeń
  • i to takich na które sama nie wpadłam.

Co do stresu to owszem, jest o nim sporo i owszem, książka podpowiada jak się go pozbyć ale…Przede wszystkim mam wrażenie, że autorka koncentruje się na stresie ekstremalnym, nieco mniej na średnim przewlekłym i bardzo mocno skupia się na tym dlaczego terapia ekspozycyjna i medytacja uważnościowa mogą okazać się szkodliwe dla osób, których wspomnienia są zbyt trudne, żeby do nich wracać. Czyli (a przynajmniej ja to tak odbieram) mówimy tu o stresie w jego najsilniejszej formie – traumy. Jest sporo przykładów sugerujących traumę: człowiek, który spadł z rusztowania, pogryzienie przez psa, wypadki dzieci autorki. Co do traumy to jej osobiście nie posiadam i bardzo sobie chwalę jej brak. Więc nie do końca mam poczucie, że ta książka jest dla mnie. Po za tym dziwi mnie tak silny nacisk na unikanie medytacji i terapii ekspozycyjnej. Mam wrażenie, że większość zestresowanych czytelników nie posunie się w swoich wysiłkach, aż do terapii ekspozycji albo trzymiesięcznej medytacji uważności w jaskini jak jej kolega z przytaczanego przez nią przykładu, który wytrzymawszy  trzy dni relaksowania się, uciekł, bo za bardzo go to zestresowało. Osobiście nie sądzę, że trzeba wkładać aż tyle energii, co autorka w zachęcanie nas do uważania na te metody. Chociaż zawsze warto ostrzegać, że nie ma uniwersalnych rozwiązań.

Jeżeli chodzi o ćwiczenia to niestety nie trafiłam na nic, co wcześniej bym mi już nie przyszło do głowy albo na coś o czym bym już nie czytała gdzie indziej. Skan ciała, świadomość oddechu, zmiana wyobrażeń o traumatycznych wspomnieniach, ruch jako narzędzie regulacji emocji itd. W dodatku pierwsza technika opisana przez autorkę (jeżeli nie liczyć kilku króciutkich ćwiczeń oddechowych stosowanych jako przerywniki rozdziałów) pojawia się dopiero na stronie 84 czyli w jakiś 40% książki. Prawie połowa książki jest teorią, którą nawiasem mówiąc znałam już od dawna.

Co do ćwiczeń-przerywników mój problem z nimi jest taki sam jak z większością ćwiczeń opisanych w książkach o relaksowaniu się – powinny być audiobookiem. Półstronicowe, albo nawet zajmujące stronę ćwiczenie z listą pytań jakie ma sobie zadać, lub czynności jakie ma wykonać osobnik leżący sobie wygodnie bez książki w dłoni, zmusza nas do nauczenia się instrukcji na pamięć albo robienia ćwiczenia na przysłowiową pałę. Nie mówię, że na pałę się nie da, ale ja osobiście się denerwuję, kiedy w środku relaksu zapominam, czy miałam zrobić trzy głębokie wdechy czy raczej rozluźnić brzuch. Podejrzewam, że klienci autorki (jest terapeutką) słuchają tych poleceń wypowiadanych przez nią i nie muszą zapamiętywać kolejności zadań do wykonania.

No i oczywiście abstrakcyjne pytania typu: czy są jakieś obszary twojego ciała gdzie znajduje się niepotrzebne napięcie prowadzą mnie nieuchronnie do utknięcia na pytaniu – po czym mam to poznać? Jakie napięcie jest potrzebne? Lubię jasne instrukcje.

Co do jasności i klarowności, warto zastrzec sobie, że autorka posługuje się również dość mocno językiem metafor pomieszanym z naukowymi definicjami. Czasami mam trudność z poukładaniem sobie w głowie, o czym ona mówi. Co to jest całodobowy ośrodek OK np? Jakiś system? Część mózgu? Jak to się przekłada na działanie mojego organizmu? Przecinkowiec cholery wie. Albo jakie to uczucie – śnieżenie telewizora bez sygnału, pod skórą? A bywa i trudniej, możemy na przykład trafić na:

“Ośnieżony szczyt reaktywności, który rozłożymy na części pierwsze w kolejnych rozdziałach ma u swojej podstawy niezwykle ściśnięty węzeł. Zaciśnięty węzeł oznacza powstrzymywanie, ograniczanie i zamykanie – lita skała tworząca rdzeń tej góry stresu jest w takich chwilach twarda jak granit.

I naprawdę czasami nie wiem, czy jakiś użyty przez LaDyne termin jest przenośnią czy akurat prawdziwym używanym w neuronauce terminem. Dodatkowo autorka jest czasami zbyt entuzjastyczna w opisach dość pospolitych mechanizmów np. introcepcji, którą opisuje naukowe słowo o wielu sylabach i jednocześnie jako niezwykłą i cudowną. Czuję się trochę jakby przemawiała do mnie jak do dziecka. I jakby naukowe słowa składające się z wielu sylab i odczuwanie położenia własnego ciała były jakimś rzadkim ewenementem dostępnym tylko wtajemniczonym w metodę MBR. Swoja drogą dlaczego wszyscy robią ze swoich metod trzyliterowe skróty? A i jeszcze – wspomniana interocepcja ma nam pomóc dotrzeć do “oceanu ciała”, bo przecież nie chcemy iść na pustynię. Czym tu jest pustynia? Nie wiem, ale chyba już tam dotarłam.

Mocną stroną tej książki jest to, że kiedy już przebijemy się przez pierwsze 83 strony wyjaśnień dlaczego medytacja uważnościowa i terapia ekspozycji nie działają, ale mogą być szkodliwe i dlaczego ciało jest oceanem wymagającym delikatności, a mózg bywa dupkiem i lepiej nie wdawać się z nim w monologi, dochodzimy do ćwiczeń. A przy każdym z nich opisane są badania potwierdzające ich skuteczność. Plus autorka bardzo długo zajmuje się tematem stresu i terapii somatycznej, więc przynajmniej w zakresie naukowości twierdzeń wiem, że się tu nie poślizgnę. Poza tym, spójrzmy prawdzie w oczy. Nawet gdyby ćwiczenia miały nie działać, to nie natrafiłam tu na żadną szkodliwą społecznie poradę. Wzięcie kilku głębokich wdechów, rozluźnienie brzucha i poczucie gdzie w ciele odczuwamy napięcie nie zaprowadzi nas w żadne podejrzane rejony. No chyba, że poślizgniemy się na modyfikacji traumatycznych wspomnień.

Niestety same ćwiczenia, nawet w drugiej części książki, poświęconej narzędziom, nie mają dla siebie wiele miejsca. Autorka podaje przykłady, cytuje badania, wyjaśnia ewolucyjne aspekty narzędzia, i przybliża nam sztuczki naszego mózgu, ale samo narzędzie znika w nawale innego, skądinąd ciekawego, tekstu.

Inna sprawa, która przykuwa moją uwagę – nie wiem czy to wynik działania  tłumacza, czy stylu pisania autorki ale czasami trudno mi pojąć o co jej chodzi w przykładzie. Powiedzmy, że opisuje jak zobaczyła w sklepie kogoś z kim bardzo nie chciała rozmawiać.  Ten ktoś szedł w jej stronę, więc natychmiast odczuła stres, ale spojrzała na wystawę sklepową i się uspokoiła. Kończy opis wzmianką, że była zadowolona, że uniknęła spotkania. Tylko jak go uniknęła? Niemiły człowiek rozwiał się jak opar? Czy uznał, że ona udaje, że go nie widzi i po prostu sobie poszedł? A może mówił coś do niej, ale go nie dostrzegła, bo doznawała szczęścia w wyniku oglądania wystawy (jedną z technik odstresowania się jest poszukanie wzrokiem czegoś, na co przyjemnie patrzeć). Wyjaśnienia w każdym razie brak.

Albo inny przykład: pewna pani imieniem Maria doznawała nieprzyjemności w synagodze, bo ktoś jej tam coś przykrego powiedział, ale już ich nie doznaje, bo teraz patrzy tam na miłe rzeczy. No, to nie brzmi jak wciągający przykład, raczej jak okrojony ze smakowitych szczegółów kawałek wypracowania szkolnego. Dlaczego miałaby mnie poruszać historia Marii, która odkryła że może wejść do synagogi i czuć się tam spokojna. Nie znam jej. Nic w tej historii nie powoduje, że jej stres przykuwa moją uwagę. Ludzie ciągle mówią sobie przykre rzeczy, stresują się tym i odkrywają, że jednak nie muszą.

Ale chyba największa wpadka przykładowa dla mnie to wzmianka, że córka autorki miała “wypadek w drzwiach” ale już się nie boi drzwi. Na litość! Powiedz kobieto czytelnikowi co się tam stało. Wypadek w drzwiach ma potencjał przykuwania uwagi. Rozumiem chęć ochrony prywatności, ale w takim razie nie rozbudzajmy apetytu czytelnika tylko po to, żeby przez resztę życia się zastanawiał jaki wypadek można mieć w drzwiach.  Zresztą… inni autorzy poradników i książek psychologicznych nie okrawają tak paskudnie swoich przykładów.

Dla porównania czytam w ten weekend książkę Gazzanigi (Kto tu rządzi? Ja czy mój mózg?) i on jak rzuci w człowieka przykładem, to ten przykład się potem czytelnikowi śni po nocach. Serio miałam przez niego sen o rozdzielaniu półkul mózgowych. Natomiast LaDyne jak dla mnie pisze plastelinowo-miękko, letnio i bez charakteru. Mój mózg nie przepada za takim ani ciepłym ani zimnym zestawem miękkich metafor owiniętych dookoła pozbawionych charakteru przykładów. Być może na mój odbiór książki wpływa fakt, że sama czytam w stresie, ale z drugiej strony, grzebię się z tymi dwustoma stronami niemiłosiernie. Odkładam, czytam 10 stron, znów odkładam, znów sięgam i czytam 10 stron. Więc albo autorka pisze zupełnie niekompatybilnie ze mną albo coś z tą książką jest nie tak.

Chociaż muszę przyznać tu dużego plusa za przypomnienie czytelnikowi, że nie należy ufać mózgowi. Jeżeli jakiekolwiek, nieświadome nawet skojarzenie uruchomi ciału fizyczną reakcję stresową to jego mózg, szybko rozejrzy się po okolicy i wymyśli sobie prawdopodobny powód dla tej reakcji. Akurat dokładnie o takim zjawisku czytałam u Gazzanigi – lewa półkula mózgowa kombinująca nad znalezieniem jakiegoś spójnego, acz niekoniecznie prawdziwego wyjaśnienia dla zaistniałej sytuacji, natychmiast wymyśli dla nas, czego się boimy. Jeżeli w zasięgu naszych oczu znajdzie się w takiej chwili potencjalny stresor np. staruszka z pekińczykiem na smyczy, może się okazać, że nasz mózg uzna pekińczyka za powód lęku i w ten sposób wyrobimy sobie nawyk reagowania strachem na każdego futrzastego czworonoga na smyczy.

Uwaga:

Wszelkie moje narzekania nie odnoszą się do samej metody MBR. Być może wypróbuję któreś ćwiczenie jak już się go nauczę na pamięć i będę mogła więcej powiedzieć o skuteczności narzędzi LaDyne.

Moje czepialstwo odnosi się głównie do formy, nad którą męczę się straszliwie, a zaznaczam, że jestem zaprawioną w bojach czytelniczką, która przebrnęła nawet przez gargantuiczne opisy kwitnących głogów u Paousta. Z drugiej strony nigdzie nie jest powiedziane, że każdy autor ma pisać stylem kompatybilnym z Zarębą

Czy czytać?

Być może. Sama nie wiem w tym przypadku. Z jednej strony, jeżeli znacie podstawowe informacje o powstawaniu i odczuwaniu stresu macie szansę się wynudzić. Z drugiej strony, jeżeli zupełnie nic nie wiecie o stresie i jego mechanizmach, autorka może zgubić was gdzieś na etapie “ośnieżonego szczytu góry stresu” i “oceanu ciała”. Tak czy siak, sprawdziłam i, o dziwo, Copilot na moją prośbę wypluwa prawie identyczne ćwiczenia jak te zawarte w książce. A sama autorka sugeruje, że możemy ominąć części badawczo teoretyczne i zabrać się do ćwiczeń.

Kiedy czytać jeżeli już sięgniemy po ten tytuł?

Gdziekolwiek byle z kawą pod ręką. Te oceany ciała i ośnieżone szczyty góry stresu mogą przekroczyć możliwości poznawcze i uśpić czytelnika. Na urlopie owszem, ale tylko przy dobrej pogodzie. Pasuje do żurku, rosołu i zupy pomidorowej, nie pasuje do alkoholu, zielonej herbaty i lodów.

Autorka: Joanna Zaręba

„Tylko martwi się nie martwią” – W Pułapce Niepokoju, David A. Carbonell.

Dziś na spółdzielczym tapecie “W pułapce niepokoju” Davida A.Carbonella. Wydane przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Książka niezbyt gruba (235 stron) ale przyjemnie ciężka. Jednak jakość papieru robi swoje, chociaż zakreślać radzę raczej ołówkiem, bo kartki są nieco prześwitujące. Pachnie typową nową książką, co może mieć duże znaczenie dla wąchaczy lektur. Okładka miękka, usztywniona skrzydełkiem, w ładnym limonkowym kolorze.

Autor jest psychologiem klinicznym specjalizującym się w leczeniu zaburzeń lękowych więc nie spodziewajmy się tu kwiatów niewiedzy i fake newsów. To zawsze plus jeżeli autor nie obiecuje ci wyleczenia z depresji i wzbogacenia jednocześnie dzięki jedności z wszechświatem. A co obiecuje czytelnikowi Carbonell?

Pewne pojęcie mamy już dzięki podtytułowi – Jak przechytrzyć własny mózg i przestać się zamartwiać. Zawsze podejrzewałam, że nasze mózgi robią nas w konia, ale nikt mi nie wierzył, a tu proszę. Pierwsza obietnica autora brzmi nieźle – czytelnik nauczy się jak przechytrzyć samego siebie. Ponadto Carbonell obiecuje nam, że zredukujemy swe zgryzoty do okazjonalnych niedogodności. Dla mnie brzmi dobrze, zero nadętych deklaracji o tym jak całkowicie zmienimy swoje życie i jak od czytania w naszym umyśle zajdzie rewolucja. Plus.

Teza:

Niepokój jest podstępną bestią. Im bardziej z nim walczymy, im bardziej się staramy, tym bardziej nas dręczy. Czynności, które naszym zdaniem mają nam zapewnić spokój odnoszą przeciwny skutek. Mało tego, z naszym niepokojem budujemy szczególną relację, od której formy zależą nasze szanse na poprawę. Atak niepokoju odbieramy jako zagrożenie, coś z czym próbujemy walczyć, tłumaczymy sobie, że przecież nic z tego czym się zamartwiam się nie stanie. Tylko, że przecież może się stać, prawda? Nie jesteśmy w stanie udowodnić swojemu mózgowi, że jutro nie dostaniemy zawału albo, że nasza córka wracając ze szkoły zostanie porwana przez pedofila. Prawdopodobieństwo jest niskie ale nigdy zerowe. I ten brak zdolności udowodnienia sobie, że nic się nie stanie jest wodą na młyn niepokoju. Nasz mózg uważa to za widomy znak, że skoro nie możemy na pewno powiedzieć, że do niczego nie dojdzie to na pewno wydarzy się najgorsze.

Wystarczy przeczytać jak autor opisuje niepokój, żeby zrozumieć, że nie tylko posiada głęboką wiedzę w temacie, ale również wykazuje niesamowite zrozumienie ludzkiego umysłu dręczonego obawami i zamartwianiem się.

“Obawy przychodzą nieproszone niczym intruzi szturmujących przyjęcia. Ci niechciani goście są jak fanatycy wypełniający misję. Mają do przekazania niezwykle, jak im się wydaje, istotną wiadomość: ostrzeżenie. Będą przedstawiać te ostrzeżenie raz za razem,  mimo że szkodzą tym atmosferze przyjęcia, mimo że nikt nie chce słuchać ich przesłania, bo wydaje im się, że ostrzeżeniami ocalałą cię od problemów.”

Co mi się w książce podoba?

Olbrzymim plusem tego tytułu jest dla mnie właśnie taki, pełen metafor język, doskonale oddający naturę niepokoju. Plusem jest również poczucie humoru autora, które pomaga nam poczuć się komfortowo z tak niekomfortowym tematem.

“Gdyby niepokój był twoim sąsiadem przeprowadziłbyś się. Gdyby był twoim pracownikiem zwolniłbyś go. Gdyby był stacją radiową zmieniłbyś kanał, albo zupełnie wyłączyłbyś odbiornik. Właśnie w tym cały szkopuł.”

Co jest dla mnie najciekawsze? Za każdym razem kiedy sięgam po książkę o lęku, niepokoju czy nerwicy, nawet jeżeli mówi ona o radzeniu sobie z nimi, czuję się źle. Coś mnie w środku uwiera. No i tym razem czytam o niepokoju i co nagle zaczynam czuć? Dobrze zgadujesz…niepokój. I jak już pomyślałam, że znów mnie dopadły moje wady fabryczne, bo przecież jestem jedną jedyną taką na świecie, co popada w anxiety podczas czytania na jej temat,  a tu nagle autor wchodzi, cały na biało i mówi:

“Ludzie często są tak przyzwyczajeni do prób koncentrowania się na czymkolwiek innym niż niechciane myśli, których woleliby uniknąć, że sam pomysł czytania książki na temat zamartwiania się budzi ich niepokój!”

Czyli jednak nie jestem z tym sama. Serio, czytając tę książkę mam wrażenie jakby autor siedział w mojej głowie i pomagał mi z lekturą. W sumie to nawet z życiem. Czemu tak ważne jest dla mnie, że autor to napisał? Bo do tej pory myślałam, że coś ze mną jest wyjątkowo  nie tak, że nawet książka o martwieniu się wywołuje u mnie niepokój. Zresztą okazuje się, że ludzi dręczonych chronicznym niepokojem, chociaż każdemu wydaje się, że tylko jego lub jej dotyczy problem, są miliony.

Bardzo podoba mi się też sposób w jaki autor podchodzi do tematu. Większość z nas, kiedy zmaga się z niepokojem próbuje po prostu przemocą wyprzeć z głowy negatywne myśli, a każdy kto próbował nie myśleć o różowym słoniu albo przestać słyszeć w głowie irytującą piosenkę wie dokąd to prowadzi. Przykładowy Joe ze wstępu do “W pułapce niepokoju” też próbował wszystkiego:

“Starał się nie dopuszczać do siebie niechcianych myśli modlił się, medytował, zmieniał sposób odżywiania, ćwiczył, stosował suplementy diety, szukał wsparcia u żony, szukał porad w internecie, uciekał się do wielu innych środków, wszystkie jednak przynosiły rezultaty niewspółmierne do jego olbrzymich wysiłków.”

Brzmi znajomo? Tymczasem Carbonell nie radzi nam atakować niepokoju z okrzykiem hurra i starać się jeszcze bardziej. W przeciwieństwie do Dyera, autora mojej poprzedniej polecajki/niepolecajki “Pokochaj siebie”, nie wychodzi z założenia, że “jesteśmy właścicielami naszego mózgu” i mamy pełną władzę zarówno nad myślami jak i emocjami. Dlatego zamiast planu heroicznego ataku prowadzącego do porażki, dostajemy tu plan sprytnej kampanii wojennej, w której naszą główną strategię będzie rozpoznawanie sztuczek naszego przeciwnika…czyli nas.

Kolejnym elementem, którym kupuje mnie ta książka są żarty i “śmieszki” językowe, które zmiękczają temat i pomagają czytelnikowi, zwłaszcza skłonnemu do niepokoju, nie zamartwiać się zbytnio nad poradami autora. “Tylko martwi się nie martwią” czy “To jakby zestawiać jabłka z aligatorami” wywołują uśmiech na mojej twarzy i z całą pewnością pożyczę sobie niektóre z tekstów Carbonella. Zabawna chociaż na swój sposób smutna jest też historia jednego z pacjentów autora, z czasów kiedy był jeszcze stażystą. Zgodnie z zaleceniami opiekuna, młody Carbonell pracował z pacjentem zamartwiającym się możliwością utraty pracy. Kiedy wreszcie udało mu się przekonać pacjenta, że jego martwienie się jest irracjonalne, był z siebie bardzo dumny. Niestety tylko do chwili kiedy pacjent nie oświadczył:

A zatem widzi pan to w istocie mnie martwi. Tyle niepotrzebnego zadręczania się! To nie może być dobre dla zdrowia! Co jeśli z całego tego zamartwiania się o nic zostanę udaru?”.

Przytoczona opowieść ilustruje podejście autora do problemu zamartwiania się i niepokoju. Tak naprawdę kłopot sprawiają nam nie rzeczy, o które się martwimy, ale to że w ogóle się zamartwiamy. I dlatego według niego, wyjaśnianie nam, że  nasze obawy są nielogiczne i irracjonalne, nie rozwiązuje problemu. Jeżeli nie zmienimy tego jak podchodzimy do niepokoju i nie zmodyfikujemy związanych z nim zachowań, to porzuciwszy jedno zmartwienie natychmiast znajdziemy sobie drugie. Książka jest zresztą pełna przykładów i opowieści pozwalających nam dostrzec naturę problemu. Jak pisze sam Carbonell, łatwiej jest nam zauważyć pewne wzorce na przykładzie cudzej opowieści niż własnej.

Dla kogo jest ta książka?

Pozwolę sobie znów oddać głos autorowi, bo bardzo uprzejmie wypisał dla mnie potencjalnych czytelników, co również jest plusem.

“To pozycja zarówno dla tych którym nigdy wcześniej nie przyszło do głowy, że mogliby sięgnąć po poradnik psychologiczny jak i dla posiadaczy stosów takich książek z pieprzonych nocnych stolikach skierowana jest do ludzi, którzy nigdy nie poddawali się psychoterapii, a także do tych którzy są w jej trakcie, oraz do osób rozczarowanych przebytą terapią. Nawet ci, których stan uległ poprawie po przejściu terapii poznawczo behawioralnej i leczeniu farmaceutykami, odnajdą o tej książce coś nowego i wyzwalającego.”

W sumie jak się zastanowić to dzisiejsza polecajka pisze się sama. Autor udziela nam bowiem również wskazówek jak czytać.

No więc jak czytać?

Odpowiedź autora: powoli. Ta książka czyta się płynnie, jest świetnie przetłumaczona przez Marię Moskal i aż korci, żeby ją połknąć w całości. Autor to wie, bo porównuje ją do mrożonej pizzy. Owszem, możemy skrócić proces oczekiwania na posiłek podnosząc temperaturę piekarnika z 200 do 400 stopni, ale jeżeli liczymy, że dzięki temu zjemy pizzę w 10 minut zamiast w 20, to naszą pomyłkę uświadomi nam przybycie straży pożarnej. Czyli delektujmy się, a nie połykamy lekturę w całości.

Porada ode mnie, aby zmaksymalizować korzyści z czytania: warto znaleźć sobie spokojne miejsce i spokojną chwilę. Najlepiej jeżeli nikt nie będzie nam przerywał w trakcie czytania rozdziału, bo one są naprawdę ładnie złożonymi, małymi całościami i źle by było przerywać lekturę.

Joanna Zaręba

„Koniec żartu. Można się śmiać” autorstwa Jennifer Aaker i Naomi Bagdonas

Jak tam wasze poczucie humoru? Ma się dobrze? To świetnie, bo dziś na spółdzielczym tapecie: “Koniec żartu można się śmiać. Jak poczucie humoru może pomóc ci w życiu” autorek Jennifer Aaker i Naomi Bagdonas, w tłumaczeniu Magdy Witkowskiej i z fantastyczną przedmową Janiny Bąk.

Wydane pod flagą Laurum pod którą ukrywa się MT Biznes.

Przypis: oprócz książki mam na tapecie playlistę do sprzątania nawalonego niczym niemiecki samolot bojowy sąsiada dwa piętra i w prawo pode mną, więc proszę docenić moje recenzenckie poświęcenie. Przynajmniej tak jak ja doceniam woskowe zatyczki do uszu.

Forma:

  • Przyjemna, niebiesko-żółta okładka, miękka ale ze skrzydełkami, trochę przypominająca trend kolorowych okładek książek rozwojowych, a nawet niektórych reportaży z USA. No ale nie musimy być tak śmiertelnie poważni. Nie każda okładka musi być biała z subtelnym muśnięciem koloru niczym kreacje, które Tiktok prezentuje nam jako ubrania w stylu old money.
  • Odporność na kocie zęby znikoma. Przetestowano przez Pinka.
  • Smakowitość, sądząc po minie kota wysoka.
  • Papier ładny i biały, chociaż nie pachnie zbyt mocno, ale nie można mieć wszystkiego.`A co gdyby wynaleźć perfumy o zapachu świeżo zadrukowanego papieru?
  • Książka ma 294 strony więc nie jest jakimś gigantem, tak w sam raz do połknięcia w długi weekend, no chyba, że się robi dużo notatek. Ja oklejam kartkami i zakreślam ołówkiem.
  • Z tego zaledwie 2 strony zajmują peany sławnych czytelników (w tym Adama Granta) na temat książki. I drugie dwie strony na dość konkretne notki o autorkach.

Teza:

Poczucie humoru ma zdecydowanie złą sławę w życiu profesjonalnym i wielu osobom humor w pracy kojarzy się z niepoważnym podejściem do obowiązków służbowych.

Mimo to, rezygnując z niego sami strzelamy sobie w stopę, ponieważ humor potrafi zdziałać cuda dla naszego zdrowia fizycznego i psychicznego, networkingu, efektywności, pamięci, jakości współpracy w grupie i co ciekawe dla naszego autorytetu. Obniża również poziom odczuwanego stresu i pozwala nabrać dystansu do siebie. Na dowód tego, że można wykonywać śmiertelnie poważną pracę i mimo to cieszyć się w niej poczuciem humoru autorki przywołują zabawny skarpetkowy incydent w owalnym gabinecie podczas spotkania z Barackiem Obamą, wówczas prezydentem USA.

Ponadto autorki wprowadzają podział, który czytelnikowi pozwoli określić swój własny typ poczucia humoru (stand-uperski, snajperski, rozczulający i magnetyczny) i dostosować go do sytuacji, kiedy potrzebujemy wsparcia ze strony naszego humoru. Oprócz humoru autorki wprowadzają dodatkowe pojęcie – lekkość, które może okazać się dla czytelnika niezmiernie interesujące ze względu na to ile dobrego może nam wnieść do życia.

Plusy

Rozliczne, przede wszystkim brak rozbrykanego wstępu, za to obecna humorystyczna przedmowa do polskiego wydania. Ponadto nigdzie w książce jak okiem sięgnąć, nikt, ani autorki ani autorzy peanów nie mówią nam o nieuchronnej rewolucji jaka ma się dokonać w naszym życiu dzięki lekturze. Nie widać również na horyzoncie ani jednego zdania mówiącego o tym, że powinniśmy w pełni panować nad uczuciami i myślami.

Zamiast tego mamy solidną dawkę wiedzy na temat samych autorek, ich podstaw do wypowiadania się w temacie humoru i opisu akcji jakie podejmowały, żeby podarować nam tę książkę np. badania prowadzone w 66 krajach na populacji badanych 1.5 miliona osób. To sprawia, że moje zaufanie do ich opinii wzrasta, a w dodatku autorki mile łechcą moje ego, deklarując, że jestem ich ulubioną czytelniczką. Wiem…mówią to każdemu kto sięga po tę książkę. Mimo to jakoś mi się milej czyta.

W odbiorze informacji przekazywanych przez autorki pomagają również niewielkie i proste, ale naprawdę zabawne infografiki, jak na przykład poniższa tabela prezentująca rozmaite sposoby na podniesienie sobie poziomu oksytocyny w czasie dnia pracy. Co ciekawe tabela wydaje się pochodzić sprzed pandemii, która pozwoliła wielu pracownikom wykonującym zdalnie obowiązki służbowe cieszyć się udanym seksem w godzinach pracy, bez obawy przed byciem odkrytym przez HR.

Dużą zaletą tego tytułu jest również to, że książka pozwala nam zobaczyć jak zmienia się nasze poczucie humoru w perspektywie. I nie jest ona wcale różowa. Kiedy się ostatnio porządnie uśmieliście? Hmm…? Według autorek nasza życiowa ścieżka płynnie prowadzi nas od beztroskiego stanu dzieciństwa, kiedy to potrafimy się śmiać nawet trzysta razy dziennie aż do ponurej dorosłości czterdziestolatka, który na uzbieranie 300 incydentów śmiechu potrzebuje aż dwa i pół miesiąca. Wygląda na to, że nasza skłonność do śmiechu dramatycznie spada już od 23 roku życia. Prawdopodobnie właśnie wtedy zaczynamy poszukiwać pracy i wierzyć w mity na temat poczucia humoru.

Mit numer 1: W poważnej pracy po prostu nie ma miejsca na poczucie humoru

Mit numer 2: “Spalenie” dowcipu, czyli porażka w świecie humoru jest straszna

Mit numer 3: Żeby wykazywać się w pracy lekkością i posługiwać się humorem, trzeba być zabawnym

Mit numer 4: Poczucie humoru to pewna wrodzona zdolność, nie umiejętność, której można się nauczyć

Z tymi mitami autorki rozprawiają się bezlitośnie, przywołując na pomoc nawet znaną mi z “Nowej psychologii sukcesu” Carol Dweck z jej teorią nastawienia na trwałość przeciswtawionego nastawieniu na rozwój. Okazuje się, że założenie, że zabawność i poczucie humoru to coś, z czym musimy się urodzić, i co jest naszą niezmienną cechą to klasyczny przykład nastawienia na stałość. I jednocześnie najłatwiejsza wymówka dla obawiających się spróbować swoich sił z humorem. W końcu, skoro nie urodziłem się zabawny to nie mam po co się wysilać prawda? Zostawię to innym szczęściarzom, którzy opowiadali dowcipy już na porodówce. Tymczasem poczucie humoru okazuje się być czymś co można opanować, ćwiczyć i rozwijać. Czy to nie jest dobra wiadomość dla czytelnika?

Sporym plusem jest dla mnie również to, że opisane w książce pojęcie lekkości jest czymś z czym wcześniej się nie zetknęłam. Zawsze przyjemnie jest natrafić w lekturze na coś czego się wcześniej nie wiedziało. Lekkość okazuje się być naszym naturalnym nastawieniem do świata, wyrażanym właśnie przez poczucie humoru. I jeżeli pozwolimy naszej lekkości się wyrażać to nawet nie potrafiąc sypać żartami jak z rękawa i tak odczujemy konkretną różnicę w tym jak reaguje na nas otoczenie i jak się czujemy sami ze sobą.

Podoba mi się również rozdział o licznych korzyściach płynących z lekkości i posługiwania się poczuciem humoru. Na liście zalet humoru znajdują się:

  • wytwarzanie przez organizm koktajlu hormonów redukujących stres
  • bycie odbieranym jako błyskotliwa osoba, o wyższym statusie
  • wyglądanie na autorytet
  • łatwiejsza realizacja naszych życiowych celów
  • wyróżnianie się z tłumu i zapadanie ludziom w pamięć
  • ale również lepsze zapamiętywanie przez nas informacji jakie podawane są nam  z humorem
  • budowanie więzi i zaufania między ludźmi
  • dodatni wpływ na trwałość relacji
  • bardziej kreatywne, zwinne i nieszablonowe myślenie
  • poczucie psychologicznego bezpieczeństwa
  • poprawa odporności psychicznej
  • pozytywny wpływ na długość życia

Minusy książki

Cóż…nie jestem w stanie wyobrazić sobie dlaczego ktoś miałby przetłumaczyć stary dowcip o zaletach Szwajcarii (the flag is  big plus) jako “no i flagę mają fajną”. To akurat nie jest jeden z tych nieprzetłumaczalnych, trudnych w lokalizacji dowcipów. Po prostu szwajcarska flaga była i jest dużym plusem tego kraju.

Dla kogo?

Moim zdaniem książka dobra dla:

  • każdego, kto do tej pory desperacko tłumił swoje poczucie humoru, żeby nie wydać się nieprofesjonalny.
  • każdego, kto uważa, że absolutnie nie ma talentu do opowiadania dowcipów i humoru w ogóle (autorki rozkładają tu dowcipy na części pierwsze i radzą jak zabrać się do konstruowania własnych żartów)
  • osób szukających lekkiej ale pouczającej lektury na weekend albo leżak
  • osób posiadających nadmiar karteczek do oklejania
  • osoby mające kota powinny wykazać ostrożność, ze względu na smakowitość książki

Kiedy czytać?

Zasadniczo to zawsze, ale myślę, że najlepiej będzie smakować od czerwca do pierwszego września. Nie do obiadu, bo kartki do oklejania wpadają do talerza. Dobra na urlop, do pociągu i do samolotu. Nie pasuje do szkockiej whisky, lepiej sprawdzi się z białym winem lub białą kawą.

Joanna Zaręba