Archiwa tagu: mózg

„Kto tu rządzi – ja czy mój mózg? Neuronauka a istnienie wolnej woli”

✒️ Michael S. Gazzaniga
🧠 „Kto tu rządzi – ja czy mój mózg? Neuronauka a istnienie wolnej woli”
🖋️ Przekład Agnieszka Nowak-Młynikowska
📚 Wydawnictwo Wydawnictwo Smak Słowa

Wstań, skup się i dotknij swojego nosa? Jeżeli w tym samym momencie czujesz dotyk zarówno na nosie jak i na czubku palca to mam dla ciebie interesującą wiadomość. Ktoś cię oszukuje, a konkretnie to lewa półkula twojego mózgu łże ci w żywe oczy. Jak to możliwe i po co miałaby robić coś takiego? Zacznijmy od drogi jaką pokonuje impuls nerwowy od czubka twojego palca do mózgu. Jeżeli jesteś osobą cierpliwą i skłonną do pomiarów możesz teraz wyjąć metrówkę, albo centymetr krawiecki i zmierzyć odległość od czubka wzmiankowanego palca aż do podstawy czaszki. Jeżeli jesteś jak ja leniwy, uwierz mi na słowo, że twoje ramię plus szyja to dla impulsu znacznie dłuższa wycieczka niż skromne 10 cm długości nerwu, którym biegnie do mózgu impuls z czubka nosa. To jasne, że te dwa sygnały nie mogą dotrzeć do mózgu w tym samym czasie, chyba, że sygnał płynący z nosa w po drodze wyskoczyłby na piwo (czego nie robi). O jakiej różnicy tu mówimy? O aż 500 milisekundach, a mimo to wciąż masz wrażenie, że dotyk na nosie i na palcu czujesz w tej samej chwili. To dlatego, że lewa półkula, usiłuje zachować dla nas spójną narrację tego co dzieje się z naszym ciałem i specjalnie po to manipuluje danymi przedstawianymi naszej świadomości. W ten sposób, chociaż mózg doskonale wie, ile naprawdę obu impulsom zajęła ta podróż, to świadomość nadal pozostaje w błogiej nieświadomości tego faktu. Dla swojego dobra oczywiście.

I to niejedyna sytuacja, kiedy lewa półkula twojego mózgu manipuluje danymi w raportach wysyłanych do świadomości. Czy wiesz, że moment, w którym świadomie decydujesz się sięgnąć po ostatnie ciastko w pudełku wcale nie jest momentem podjęcia tej decyzji? Twój mózg zaplanował i przygotował ten ruch milisekundy, a czasem nawet sekundy wcześniej. Po prostu lewa półkula informuje Cię o tym PO zakończeniu fazy planowania, a nawet po wykonaniu tej czynności. Niemożliwe? Niestety tak, lewa półkula posiada umiejętność modyfikowania spostrzegania chronologii, tak aby by stworzyć iluzję, że świadoma intencja poprzedza działanie.

Ale, skoro jesteśmy, a raczej nasza świadomość, ostatnimi „osobami” informowanymi przez mózg o intencji działania, a świadomość nie jest miejscem podejmowania faktycznej decyzji, to czy naprawdę możemy wierzyć, że kontrolujemy swoje działania? Gdzie w tym układzie jest miejsce na wolną wolę?

Przyjrzyjmy się innemu przykładowi. Oto przypadek sympatycznej starszej pani, pacjentki oddziału neurologicznego cierpiącej na uszkodzenie mózgu w płacie ciemieniowym. Podczas pobytu w nowojorskim szpitalu obserwuje kręcących się po korytarzach pacjentów, lekarzy i pielęgniarki, widzi poczekalnię oraz dwie duże windy przewożące personel, chorych i ich gości na wyższe piętra. Mimo obserwowania tego wszystkiego i rozmów z lekarzem, jest głęboko przekonana, że znajduje się we własnym domu, w innym mieście, w innym stanie. Zapytana o to co w takim razie robią szpitalne windy w jej własnym domu, natychmiast podaje wyjaśnienie – zamówiła je i zamontowała za ogromną sumę pieniędzy. Po prostu uszkodzenie mózgu, w tym konkretnym miejscu płata ciemieniowego powoduje, że pacjenci doznają poczucia swego rodzaju bilokacji, znajdowania się gdzie indziej niż są naprawdę. Dla tej starszej pani jej dom znajduje się dokładnie tam, gdzie ona i żadne fakty nie sprawią, że zmieni zdanie. A ponieważ świadomość pobytu we własnym domu i jednocześnie w szpitalu to bardzo dziwne i zapewne mocno niekomfortowe odczucie, lewa półkula jej mózgu przerabia je na bezpieczniejszą wersję. Bierze sygnały z płata ciemieniowego – „jesteśmy w domu” i dane dostarczane przez oczy – „widzę szpitalne windy” i wymyśla spójną historię, akceptowalną przez świadomość – „windy są w moim domu, ponieważ kazałam je tam zainstalować”. W tej sytuacji, mimo wszystkich dostępnych danych płynących z oczu, uszu, nosa i dotyku, nie da się tej pani przekonać, że nie jest u siebie. Lewa półkula niczym mistrz konfabulacji zawsze dostarczy nam spójną historyjkę. W rezultacie świadomość jest zmuszona zaakceptować i uwierzyć w tę skonstruowaną opowieść.

Według Michaela S. Gazzanigi, autora książki „Kto tu rządzi – ja czy mój mózg? Neuronauka a istnienie wolnej woli”, w lewej półkuli ludzkiego mózgu ukrywa się pewien bardzo interesujący moduł, zwany przez autora Interpretatorem. Zadaniem tego modułu jest tworzenie spójnych historii z dostępnych mózgowi danych. W rezultacie Interpretator nie tylko manipuluje i reinterpretuje dane, ale być może również opowiada za poczucie istnienia naszej świadomości, sprawiając, w ten sposób sprawiając, że czujemy się odrębnym, świadomym sobą. Z tej perspektywy świadomość można by porównać do aplikacji lub panelu, który wyświetla jedynie wyniki procesów zachodzących w mózgu, ale nie obliczenia jakie do nich doprowadziły. Za każdym razem, gdy decydujemy się nie zjeść całej tabliczki czekolady, tylko zrobić sobie sałatkę z pomidorów, w naszym mózgu zachodzi masa procesów, o których zupełnie nic nie wiemy. Dzięki Interpretatorowi, poznajemy tylko końcową decyzję żywieniowego dylematu popartą spójną historią, która wydaje się nam być powodem, dla którego tym razem czekolada ocalała np. „postanowiłem iść na dietę” albo „wolę dać tę czekoladę mojej wnuczce”. Jaki był prawdziwy powód? Kto wie… w końcu cała złożoność działania naszego mózgu podczas tego wahania się między słodyczami a zdrowym i zbilansowanym posiłkiem pozostaje dla nas wielką tajemnicą.

Jeśli więc mózg działa autonomicznie, bez ciągłego angażowania świadomości, skutecznie unikając naszych prób wprowadzenia mikrozarządzania, czy możemy w pełni brać odpowiedzialność za własne działania? Czy można po prostu rozgrzeszyć się słowami „to nie ja, to mózg” i ze spokojem sięgnąć po tę nieszczęsną czekoladę? Aż prosiłoby się w tej sytuacji powtórzyć za Sapolskym – jesteśmy zdeterminowani, wolna wola nie istnieje i smacznego. Jednak, ku naszemu zaskoczeniu Gazzaniga twierdzi coś przeciwnego. Mimo że neurobiolodzy są często zwolennikami determinizmu (co omawiam dokładniej w recenzji książki „Determined” Sapolsky’ego), on uważa, że istnieją mocne powody, by utrzymać koncepcję osobistej odpowiedzialności.

Przede wszystkim – ludzie zachowują się lepiej, kiedy czują się odpowiedzialni za swoje czyny. Ktoś, kto wierzy, że ma wpływ na własne decyzje, rzadziej przechodzi przez jezdnię na czerwonym, wybiera fast food zamiast warzyw czy postanawia ukraść twój samochód. Po drugie, cała koncepcja determinizmu opiera się na założeniu, że mózg składa się z neuronów, te z chemicznych komponentów, a te z atomów: protonów, neutronów, elektronów. Teoretycznie można by zejść aż do poziomu kwarków i nigdzie nie znaleźć działania, które nie miałoby żadnej fizycznej przyczyny. Z takiej perspektywy wydaje się, że faktycznie nie ma w nas miejsca na wolną wolę. Jednak według Gazzanigi ludzki umysł jest zjawiskiem emergentnym, a więc wykraczającym poza zwykłą sumę składających się na niego atomów. Jest niezwykle złożony, stale rośnie, uczy się i rozwija w kontakcie z innymi umysłami.

O ile Sapolsky odrzuca istnienie wolnej woli i twierdzi, że wszystko można wyjaśnić prawami fizyki, rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana. Jeśli świadomość potraktujemy jako zjawisko emergentne jak twierdzi Gazzaniga, a do tego uwzględnimy ogromną złożoność naszych interakcji z otoczeniem – zwłaszcza z innymi ludźmi mającymi własny mózg – samo odwołanie się do fizyki jest za mało precyzyjne. Próbować przewidzieć ludzkie zachowania w zatłoczonym autobusie tylko na podstawie tego, jak zachowują się atomy jego mózgu, to jak przewidywać ruch uliczny na rondzie Daszyńskiego wyłącznie w oparciu o rodzaj hamulców w poruszających się po Warszawie samochodach i skład chemiczny tankowanego przez kierowców paliwa. Żeby przewidzieć, czy ulice zakorkują się, trzeba uwzględnić działania poruszających się nimi kierowców, ich interakcje, pogodę danego dnia, przepisy drogowe, położenie patroli policji, zachowanie niezdyscyplinowanych pieszych, rowerzystów, motocyklistów i wiele innych czynników. Interakcje naszego umysłu z innymi umysłami bliższe są teorii chaosu – gdzie drobna zmiana może wywołać ogromny skutek – niż tradycyjnej fizyce.

Jeśli pasjonuje cię neuronauka i pytania egzystencjalne, a do tego lubisz barwny i wciągający styl poparty nowoczesnymi badaniami, ta książka zdecydowanie jest dla ciebie. Zwłaszcza, że Gazzaniga nie zatrzymuje się na opisach funkcjonowania mózgu, ale daje nurka w tematy tak głębokie jak pochodzenie wyznawanych przez ludzi wartości, wybiórczość empatii czy nagła i jego zdaniem zbyt szybka, inwazja neuronaukowców na sale sądowe. W końcu pytanie o istnienie wolnej woli jest już tylko o krok od pytania od poczytalność lub niepoczytalność przestępcy (Gazzaniga podaje tu naprawdę mocny przykład). Jeżeli bowiem nie podejmujemy świadomych wyborów to czy wolno nam sądzić morderców i złodziei? A tak przy okazji, wiesz, że jeżeli na sali sądowej biegły pokaże skany mózgu, to ława przysięgłych, nawet jeżeli nie wie o skanowaniu mózgu absolutnie nic, i tak uzna je za silniejszy dowód niewinności, niż jeżeli biegły wypowie dokładnie tę samą opinię, ale nie trzymając w dłoni wydruku ze skanem? No i oczywiście dużo zależy od tego kiedy sędzia coś jadł.

Tak czy siak, polecam tę lekturę. Szczególnie jeśli po przeczytaniu mojej recenzji „Zdeterminowany” Sapolsky’ego, albo tym bardziej po przeczytaniu tej książki, czujesz niedosyt i masz ochotę na świeże, alternatywne spojrzenie na problem. „Kto tu rządzi” dostępne jest zarówno po angielsku, jak i po polsku oraz w wersji elektronicznej, więc możesz wybrać swój ulubiony format.

Autorka: Joanna Zaręba

Odetnij napięcie. Jak pokonać stres dzięki praktykom psychosomatycznym. Rebekkah LaDyne

Dziś na spółdzielczym czytelniczym tapecie: Odetnij napięcie. Jak pokonać stres dzięki praktykom psychosomatycznym autorstwa Rebekkah LaDyne, w przekładzie Juliusza Okuniewskiego, wydane przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Książka bardzo na miejscu, bo właśnie w ten weekend zmagam się z przykrym stresem i czytając ten tytuł miałam nadzieję na odrobinę ulgi.

Article content
Szpitalny seledyn

Forma:

Książka jest raczej cienka. Ma zaledwie 208 stron wliczając w to bibliografię, peany recenzentów, wstęp i podziękowania. Rozdziały raczej krótkie z dużą ilością podrozdziałów, do tego sporo rysunków i tabel. Okładka miękka, ze skrzydełkami, o niskiej „smakowitości”,  Żaden kototester nie podjął próby nadgryzienia mimo, że leżała przed kocimi nosami cały weekend. Design minimalistyczny, a sama okładka utrzymana w charakterystycznym seledynowym odcieniu przypominającym olejną farbę z PRL-owskiego szpitala wojewódzkiego. Jak na nią nie spojrzeć,  nie przemawia do mnie. Na szczęście jest dostępne drugie wydanie z bardziej energetyczną okładką.

Teza:

W naszych próbach pozbycia się stresu zazwyczaj skupiamy się na umyśle, pomijając ciało,  mimo że to właśnie ono najintensywniej reaguje w sytuacjach napięcia. Fizyczne objawy, takie jak uczucie zimna, gorąca, reakcje zamrożenia czy nadmiernej aktywności, pochodzą z ciała i to ono pierwsze daje znać, że coś jest nie tak. Czasami nawet potrafi oszukać umysł i spowodować, że znajdzie on sobie zupełnie nierealne źródło realnych fizycznych objawów.

Stres odczuwamy na wiele sposobów, często unikalnych dla nas.  Czasami jako nagłe zimno ogarniające nasze ciało, innym razem jako uderzenie gorąca, potliwość, lub przyśpieszony puls. Źródłem tych reakcji, jest ciało, nie umysł i najsensowniej będzie zacząć wojnę ze stresem właśnie od uspokojenia i wyregulowania reakcji ciała.

.Autorka proponuje w tym celu terapię somatyczną MBR (mind body reset), która koncentruje się na uwalnianiu napięcia poprzez pracę z ciałem i koncentracji na jego potrzebach i odczuciach. Jej zdaniem techniki takie jak medytacja uważności czy terapie ekspozycyjne stosowane w walce z ekstremalnym stresem,  nie są odpowiednie dla każdego, a niektórym mogą nawet zaszkodzić.

(O ile spodziewałabym się tego po terapii ekspozycyjnej to przyznam, że medytacja uważności zawsze wydawała mi się raczej nieszkodliwa. Do sprawdzenia.)

Całkowicie Subiektywna Opinia:

Jakim cudem 208 stron książki czyta mi się tak wolno?! Dobra, rozumiem…czytam tę książkę w stresie, nie mogę się skupić i czuję w sobie opisywane przez autorkę objawy zamrożenia w połączeniu z hiperaktywnością (kiepskie combo, nawiasem mówiąc – nie polecam). Jednakowoż, ten tytuł jest przeznaczony dla takich jak ja, zestresowanych nieszczęśników, którzy już mają dość i chcą wreszcie odciąć to napięcie. Czy książka nie powinna być bardziej przyjazna dla takich jak ja?

Ocena:

Kiedy sięgałam po ten tytuł spodziewałam się, że:

  • będzie o stresie
  • dostanę sporo ćwiczeń
  • i to takich na które sama nie wpadłam.

Co do stresu to owszem, jest o nim sporo i owszem, książka podpowiada jak się go pozbyć ale…Przede wszystkim mam wrażenie, że autorka koncentruje się na stresie ekstremalnym, nieco mniej na średnim przewlekłym i bardzo mocno skupia się na tym dlaczego terapia ekspozycyjna i medytacja uważnościowa mogą okazać się szkodliwe dla osób, których wspomnienia są zbyt trudne, żeby do nich wracać. Czyli (a przynajmniej ja to tak odbieram) mówimy tu o stresie w jego najsilniejszej formie – traumy. Jest sporo przykładów sugerujących traumę: człowiek, który spadł z rusztowania, pogryzienie przez psa, wypadki dzieci autorki. Co do traumy to jej osobiście nie posiadam i bardzo sobie chwalę jej brak. Więc nie do końca mam poczucie, że ta książka jest dla mnie. Po za tym dziwi mnie tak silny nacisk na unikanie medytacji i terapii ekspozycyjnej. Mam wrażenie, że większość zestresowanych czytelników nie posunie się w swoich wysiłkach, aż do terapii ekspozycji albo trzymiesięcznej medytacji uważności w jaskini jak jej kolega z przytaczanego przez nią przykładu, który wytrzymawszy  trzy dni relaksowania się, uciekł, bo za bardzo go to zestresowało. Osobiście nie sądzę, że trzeba wkładać aż tyle energii, co autorka w zachęcanie nas do uważania na te metody. Chociaż zawsze warto ostrzegać, że nie ma uniwersalnych rozwiązań.

Jeżeli chodzi o ćwiczenia to niestety nie trafiłam na nic, co wcześniej bym mi już nie przyszło do głowy albo na coś o czym bym już nie czytała gdzie indziej. Skan ciała, świadomość oddechu, zmiana wyobrażeń o traumatycznych wspomnieniach, ruch jako narzędzie regulacji emocji itd. W dodatku pierwsza technika opisana przez autorkę (jeżeli nie liczyć kilku króciutkich ćwiczeń oddechowych stosowanych jako przerywniki rozdziałów) pojawia się dopiero na stronie 84 czyli w jakiś 40% książki. Prawie połowa książki jest teorią, którą nawiasem mówiąc znałam już od dawna.

Co do ćwiczeń-przerywników mój problem z nimi jest taki sam jak z większością ćwiczeń opisanych w książkach o relaksowaniu się – powinny być audiobookiem. Półstronicowe, albo nawet zajmujące stronę ćwiczenie z listą pytań jakie ma sobie zadać, lub czynności jakie ma wykonać osobnik leżący sobie wygodnie bez książki w dłoni, zmusza nas do nauczenia się instrukcji na pamięć albo robienia ćwiczenia na przysłowiową pałę. Nie mówię, że na pałę się nie da, ale ja osobiście się denerwuję, kiedy w środku relaksu zapominam, czy miałam zrobić trzy głębokie wdechy czy raczej rozluźnić brzuch. Podejrzewam, że klienci autorki (jest terapeutką) słuchają tych poleceń wypowiadanych przez nią i nie muszą zapamiętywać kolejności zadań do wykonania.

No i oczywiście abstrakcyjne pytania typu: czy są jakieś obszary twojego ciała gdzie znajduje się niepotrzebne napięcie prowadzą mnie nieuchronnie do utknięcia na pytaniu – po czym mam to poznać? Jakie napięcie jest potrzebne? Lubię jasne instrukcje.

Co do jasności i klarowności, warto zastrzec sobie, że autorka posługuje się również dość mocno językiem metafor pomieszanym z naukowymi definicjami. Czasami mam trudność z poukładaniem sobie w głowie, o czym ona mówi. Co to jest całodobowy ośrodek OK np? Jakiś system? Część mózgu? Jak to się przekłada na działanie mojego organizmu? Przecinkowiec cholery wie. Albo jakie to uczucie – śnieżenie telewizora bez sygnału, pod skórą? A bywa i trudniej, możemy na przykład trafić na:

“Ośnieżony szczyt reaktywności, który rozłożymy na części pierwsze w kolejnych rozdziałach ma u swojej podstawy niezwykle ściśnięty węzeł. Zaciśnięty węzeł oznacza powstrzymywanie, ograniczanie i zamykanie – lita skała tworząca rdzeń tej góry stresu jest w takich chwilach twarda jak granit.

I naprawdę czasami nie wiem, czy jakiś użyty przez LaDyne termin jest przenośnią czy akurat prawdziwym używanym w neuronauce terminem. Dodatkowo autorka jest czasami zbyt entuzjastyczna w opisach dość pospolitych mechanizmów np. introcepcji, którą opisuje naukowe słowo o wielu sylabach i jednocześnie jako niezwykłą i cudowną. Czuję się trochę jakby przemawiała do mnie jak do dziecka. I jakby naukowe słowa składające się z wielu sylab i odczuwanie położenia własnego ciała były jakimś rzadkim ewenementem dostępnym tylko wtajemniczonym w metodę MBR. Swoja drogą dlaczego wszyscy robią ze swoich metod trzyliterowe skróty? A i jeszcze – wspomniana interocepcja ma nam pomóc dotrzeć do “oceanu ciała”, bo przecież nie chcemy iść na pustynię. Czym tu jest pustynia? Nie wiem, ale chyba już tam dotarłam.

Mocną stroną tej książki jest to, że kiedy już przebijemy się przez pierwsze 83 strony wyjaśnień dlaczego medytacja uważnościowa i terapia ekspozycji nie działają, ale mogą być szkodliwe i dlaczego ciało jest oceanem wymagającym delikatności, a mózg bywa dupkiem i lepiej nie wdawać się z nim w monologi, dochodzimy do ćwiczeń. A przy każdym z nich opisane są badania potwierdzające ich skuteczność. Plus autorka bardzo długo zajmuje się tematem stresu i terapii somatycznej, więc przynajmniej w zakresie naukowości twierdzeń wiem, że się tu nie poślizgnę. Poza tym, spójrzmy prawdzie w oczy. Nawet gdyby ćwiczenia miały nie działać, to nie natrafiłam tu na żadną szkodliwą społecznie poradę. Wzięcie kilku głębokich wdechów, rozluźnienie brzucha i poczucie gdzie w ciele odczuwamy napięcie nie zaprowadzi nas w żadne podejrzane rejony. No chyba, że poślizgniemy się na modyfikacji traumatycznych wspomnień.

Niestety same ćwiczenia, nawet w drugiej części książki, poświęconej narzędziom, nie mają dla siebie wiele miejsca. Autorka podaje przykłady, cytuje badania, wyjaśnia ewolucyjne aspekty narzędzia, i przybliża nam sztuczki naszego mózgu, ale samo narzędzie znika w nawale innego, skądinąd ciekawego, tekstu.

Inna sprawa, która przykuwa moją uwagę – nie wiem czy to wynik działania  tłumacza, czy stylu pisania autorki ale czasami trudno mi pojąć o co jej chodzi w przykładzie. Powiedzmy, że opisuje jak zobaczyła w sklepie kogoś z kim bardzo nie chciała rozmawiać.  Ten ktoś szedł w jej stronę, więc natychmiast odczuła stres, ale spojrzała na wystawę sklepową i się uspokoiła. Kończy opis wzmianką, że była zadowolona, że uniknęła spotkania. Tylko jak go uniknęła? Niemiły człowiek rozwiał się jak opar? Czy uznał, że ona udaje, że go nie widzi i po prostu sobie poszedł? A może mówił coś do niej, ale go nie dostrzegła, bo doznawała szczęścia w wyniku oglądania wystawy (jedną z technik odstresowania się jest poszukanie wzrokiem czegoś, na co przyjemnie patrzeć). Wyjaśnienia w każdym razie brak.

Albo inny przykład: pewna pani imieniem Maria doznawała nieprzyjemności w synagodze, bo ktoś jej tam coś przykrego powiedział, ale już ich nie doznaje, bo teraz patrzy tam na miłe rzeczy. No, to nie brzmi jak wciągający przykład, raczej jak okrojony ze smakowitych szczegółów kawałek wypracowania szkolnego. Dlaczego miałaby mnie poruszać historia Marii, która odkryła że może wejść do synagogi i czuć się tam spokojna. Nie znam jej. Nic w tej historii nie powoduje, że jej stres przykuwa moją uwagę. Ludzie ciągle mówią sobie przykre rzeczy, stresują się tym i odkrywają, że jednak nie muszą.

Ale chyba największa wpadka przykładowa dla mnie to wzmianka, że córka autorki miała “wypadek w drzwiach” ale już się nie boi drzwi. Na litość! Powiedz kobieto czytelnikowi co się tam stało. Wypadek w drzwiach ma potencjał przykuwania uwagi. Rozumiem chęć ochrony prywatności, ale w takim razie nie rozbudzajmy apetytu czytelnika tylko po to, żeby przez resztę życia się zastanawiał jaki wypadek można mieć w drzwiach.  Zresztą… inni autorzy poradników i książek psychologicznych nie okrawają tak paskudnie swoich przykładów.

Dla porównania czytam w ten weekend książkę Gazzanigi (Kto tu rządzi? Ja czy mój mózg?) i on jak rzuci w człowieka przykładem, to ten przykład się potem czytelnikowi śni po nocach. Serio miałam przez niego sen o rozdzielaniu półkul mózgowych. Natomiast LaDyne jak dla mnie pisze plastelinowo-miękko, letnio i bez charakteru. Mój mózg nie przepada za takim ani ciepłym ani zimnym zestawem miękkich metafor owiniętych dookoła pozbawionych charakteru przykładów. Być może na mój odbiór książki wpływa fakt, że sama czytam w stresie, ale z drugiej strony, grzebię się z tymi dwustoma stronami niemiłosiernie. Odkładam, czytam 10 stron, znów odkładam, znów sięgam i czytam 10 stron. Więc albo autorka pisze zupełnie niekompatybilnie ze mną albo coś z tą książką jest nie tak.

Chociaż muszę przyznać tu dużego plusa za przypomnienie czytelnikowi, że nie należy ufać mózgowi. Jeżeli jakiekolwiek, nieświadome nawet skojarzenie uruchomi ciału fizyczną reakcję stresową to jego mózg, szybko rozejrzy się po okolicy i wymyśli sobie prawdopodobny powód dla tej reakcji. Akurat dokładnie o takim zjawisku czytałam u Gazzanigi – lewa półkula mózgowa kombinująca nad znalezieniem jakiegoś spójnego, acz niekoniecznie prawdziwego wyjaśnienia dla zaistniałej sytuacji, natychmiast wymyśli dla nas, czego się boimy. Jeżeli w zasięgu naszych oczu znajdzie się w takiej chwili potencjalny stresor np. staruszka z pekińczykiem na smyczy, może się okazać, że nasz mózg uzna pekińczyka za powód lęku i w ten sposób wyrobimy sobie nawyk reagowania strachem na każdego futrzastego czworonoga na smyczy.

Uwaga:

Wszelkie moje narzekania nie odnoszą się do samej metody MBR. Być może wypróbuję któreś ćwiczenie jak już się go nauczę na pamięć i będę mogła więcej powiedzieć o skuteczności narzędzi LaDyne.

Moje czepialstwo odnosi się głównie do formy, nad którą męczę się straszliwie, a zaznaczam, że jestem zaprawioną w bojach czytelniczką, która przebrnęła nawet przez gargantuiczne opisy kwitnących głogów u Paousta. Z drugiej strony nigdzie nie jest powiedziane, że każdy autor ma pisać stylem kompatybilnym z Zarębą

Czy czytać?

Być może. Sama nie wiem w tym przypadku. Z jednej strony, jeżeli znacie podstawowe informacje o powstawaniu i odczuwaniu stresu macie szansę się wynudzić. Z drugiej strony, jeżeli zupełnie nic nie wiecie o stresie i jego mechanizmach, autorka może zgubić was gdzieś na etapie “ośnieżonego szczytu góry stresu” i “oceanu ciała”. Tak czy siak, sprawdziłam i, o dziwo, Copilot na moją prośbę wypluwa prawie identyczne ćwiczenia jak te zawarte w książce. A sama autorka sugeruje, że możemy ominąć części badawczo teoretyczne i zabrać się do ćwiczeń.

Kiedy czytać jeżeli już sięgniemy po ten tytuł?

Gdziekolwiek byle z kawą pod ręką. Te oceany ciała i ośnieżone szczyty góry stresu mogą przekroczyć możliwości poznawcze i uśpić czytelnika. Na urlopie owszem, ale tylko przy dobrej pogodzie. Pasuje do żurku, rosołu i zupy pomidorowej, nie pasuje do alkoholu, zielonej herbaty i lodów.

Autorka: Joanna Zaręba