Archiwa tagu: psychosomatyka

Odetnij napięcie. Jak pokonać stres dzięki praktykom psychosomatycznym. Rebekkah LaDyne

Dziś na spółdzielczym czytelniczym tapecie: Odetnij napięcie. Jak pokonać stres dzięki praktykom psychosomatycznym autorstwa Rebekkah LaDyne, w przekładzie Juliusza Okuniewskiego, wydane przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Książka bardzo na miejscu, bo właśnie w ten weekend zmagam się z przykrym stresem i czytając ten tytuł miałam nadzieję na odrobinę ulgi.

Article content
Szpitalny seledyn

Forma:

Książka jest raczej cienka. Ma zaledwie 208 stron wliczając w to bibliografię, peany recenzentów, wstęp i podziękowania. Rozdziały raczej krótkie z dużą ilością podrozdziałów, do tego sporo rysunków i tabel. Okładka miękka, ze skrzydełkami, o niskiej „smakowitości”,  Żaden kototester nie podjął próby nadgryzienia mimo, że leżała przed kocimi nosami cały weekend. Design minimalistyczny, a sama okładka utrzymana w charakterystycznym seledynowym odcieniu przypominającym olejną farbę z PRL-owskiego szpitala wojewódzkiego. Jak na nią nie spojrzeć,  nie przemawia do mnie. Na szczęście jest dostępne drugie wydanie z bardziej energetyczną okładką.

Teza:

W naszych próbach pozbycia się stresu zazwyczaj skupiamy się na umyśle, pomijając ciało,  mimo że to właśnie ono najintensywniej reaguje w sytuacjach napięcia. Fizyczne objawy, takie jak uczucie zimna, gorąca, reakcje zamrożenia czy nadmiernej aktywności, pochodzą z ciała i to ono pierwsze daje znać, że coś jest nie tak. Czasami nawet potrafi oszukać umysł i spowodować, że znajdzie on sobie zupełnie nierealne źródło realnych fizycznych objawów.

Stres odczuwamy na wiele sposobów, często unikalnych dla nas.  Czasami jako nagłe zimno ogarniające nasze ciało, innym razem jako uderzenie gorąca, potliwość, lub przyśpieszony puls. Źródłem tych reakcji, jest ciało, nie umysł i najsensowniej będzie zacząć wojnę ze stresem właśnie od uspokojenia i wyregulowania reakcji ciała.

.Autorka proponuje w tym celu terapię somatyczną MBR (mind body reset), która koncentruje się na uwalnianiu napięcia poprzez pracę z ciałem i koncentracji na jego potrzebach i odczuciach. Jej zdaniem techniki takie jak medytacja uważności czy terapie ekspozycyjne stosowane w walce z ekstremalnym stresem,  nie są odpowiednie dla każdego, a niektórym mogą nawet zaszkodzić.

(O ile spodziewałabym się tego po terapii ekspozycyjnej to przyznam, że medytacja uważności zawsze wydawała mi się raczej nieszkodliwa. Do sprawdzenia.)

Całkowicie Subiektywna Opinia:

Jakim cudem 208 stron książki czyta mi się tak wolno?! Dobra, rozumiem…czytam tę książkę w stresie, nie mogę się skupić i czuję w sobie opisywane przez autorkę objawy zamrożenia w połączeniu z hiperaktywnością (kiepskie combo, nawiasem mówiąc – nie polecam). Jednakowoż, ten tytuł jest przeznaczony dla takich jak ja, zestresowanych nieszczęśników, którzy już mają dość i chcą wreszcie odciąć to napięcie. Czy książka nie powinna być bardziej przyjazna dla takich jak ja?

Ocena:

Kiedy sięgałam po ten tytuł spodziewałam się, że:

  • będzie o stresie
  • dostanę sporo ćwiczeń
  • i to takich na które sama nie wpadłam.

Co do stresu to owszem, jest o nim sporo i owszem, książka podpowiada jak się go pozbyć ale…Przede wszystkim mam wrażenie, że autorka koncentruje się na stresie ekstremalnym, nieco mniej na średnim przewlekłym i bardzo mocno skupia się na tym dlaczego terapia ekspozycyjna i medytacja uważnościowa mogą okazać się szkodliwe dla osób, których wspomnienia są zbyt trudne, żeby do nich wracać. Czyli (a przynajmniej ja to tak odbieram) mówimy tu o stresie w jego najsilniejszej formie – traumy. Jest sporo przykładów sugerujących traumę: człowiek, który spadł z rusztowania, pogryzienie przez psa, wypadki dzieci autorki. Co do traumy to jej osobiście nie posiadam i bardzo sobie chwalę jej brak. Więc nie do końca mam poczucie, że ta książka jest dla mnie. Po za tym dziwi mnie tak silny nacisk na unikanie medytacji i terapii ekspozycyjnej. Mam wrażenie, że większość zestresowanych czytelników nie posunie się w swoich wysiłkach, aż do terapii ekspozycji albo trzymiesięcznej medytacji uważności w jaskini jak jej kolega z przytaczanego przez nią przykładu, który wytrzymawszy  trzy dni relaksowania się, uciekł, bo za bardzo go to zestresowało. Osobiście nie sądzę, że trzeba wkładać aż tyle energii, co autorka w zachęcanie nas do uważania na te metody. Chociaż zawsze warto ostrzegać, że nie ma uniwersalnych rozwiązań.

Jeżeli chodzi o ćwiczenia to niestety nie trafiłam na nic, co wcześniej bym mi już nie przyszło do głowy albo na coś o czym bym już nie czytała gdzie indziej. Skan ciała, świadomość oddechu, zmiana wyobrażeń o traumatycznych wspomnieniach, ruch jako narzędzie regulacji emocji itd. W dodatku pierwsza technika opisana przez autorkę (jeżeli nie liczyć kilku króciutkich ćwiczeń oddechowych stosowanych jako przerywniki rozdziałów) pojawia się dopiero na stronie 84 czyli w jakiś 40% książki. Prawie połowa książki jest teorią, którą nawiasem mówiąc znałam już od dawna.

Co do ćwiczeń-przerywników mój problem z nimi jest taki sam jak z większością ćwiczeń opisanych w książkach o relaksowaniu się – powinny być audiobookiem. Półstronicowe, albo nawet zajmujące stronę ćwiczenie z listą pytań jakie ma sobie zadać, lub czynności jakie ma wykonać osobnik leżący sobie wygodnie bez książki w dłoni, zmusza nas do nauczenia się instrukcji na pamięć albo robienia ćwiczenia na przysłowiową pałę. Nie mówię, że na pałę się nie da, ale ja osobiście się denerwuję, kiedy w środku relaksu zapominam, czy miałam zrobić trzy głębokie wdechy czy raczej rozluźnić brzuch. Podejrzewam, że klienci autorki (jest terapeutką) słuchają tych poleceń wypowiadanych przez nią i nie muszą zapamiętywać kolejności zadań do wykonania.

No i oczywiście abstrakcyjne pytania typu: czy są jakieś obszary twojego ciała gdzie znajduje się niepotrzebne napięcie prowadzą mnie nieuchronnie do utknięcia na pytaniu – po czym mam to poznać? Jakie napięcie jest potrzebne? Lubię jasne instrukcje.

Co do jasności i klarowności, warto zastrzec sobie, że autorka posługuje się również dość mocno językiem metafor pomieszanym z naukowymi definicjami. Czasami mam trudność z poukładaniem sobie w głowie, o czym ona mówi. Co to jest całodobowy ośrodek OK np? Jakiś system? Część mózgu? Jak to się przekłada na działanie mojego organizmu? Przecinkowiec cholery wie. Albo jakie to uczucie – śnieżenie telewizora bez sygnału, pod skórą? A bywa i trudniej, możemy na przykład trafić na:

“Ośnieżony szczyt reaktywności, który rozłożymy na części pierwsze w kolejnych rozdziałach ma u swojej podstawy niezwykle ściśnięty węzeł. Zaciśnięty węzeł oznacza powstrzymywanie, ograniczanie i zamykanie – lita skała tworząca rdzeń tej góry stresu jest w takich chwilach twarda jak granit.

I naprawdę czasami nie wiem, czy jakiś użyty przez LaDyne termin jest przenośnią czy akurat prawdziwym używanym w neuronauce terminem. Dodatkowo autorka jest czasami zbyt entuzjastyczna w opisach dość pospolitych mechanizmów np. introcepcji, którą opisuje naukowe słowo o wielu sylabach i jednocześnie jako niezwykłą i cudowną. Czuję się trochę jakby przemawiała do mnie jak do dziecka. I jakby naukowe słowa składające się z wielu sylab i odczuwanie położenia własnego ciała były jakimś rzadkim ewenementem dostępnym tylko wtajemniczonym w metodę MBR. Swoja drogą dlaczego wszyscy robią ze swoich metod trzyliterowe skróty? A i jeszcze – wspomniana interocepcja ma nam pomóc dotrzeć do “oceanu ciała”, bo przecież nie chcemy iść na pustynię. Czym tu jest pustynia? Nie wiem, ale chyba już tam dotarłam.

Mocną stroną tej książki jest to, że kiedy już przebijemy się przez pierwsze 83 strony wyjaśnień dlaczego medytacja uważnościowa i terapia ekspozycji nie działają, ale mogą być szkodliwe i dlaczego ciało jest oceanem wymagającym delikatności, a mózg bywa dupkiem i lepiej nie wdawać się z nim w monologi, dochodzimy do ćwiczeń. A przy każdym z nich opisane są badania potwierdzające ich skuteczność. Plus autorka bardzo długo zajmuje się tematem stresu i terapii somatycznej, więc przynajmniej w zakresie naukowości twierdzeń wiem, że się tu nie poślizgnę. Poza tym, spójrzmy prawdzie w oczy. Nawet gdyby ćwiczenia miały nie działać, to nie natrafiłam tu na żadną szkodliwą społecznie poradę. Wzięcie kilku głębokich wdechów, rozluźnienie brzucha i poczucie gdzie w ciele odczuwamy napięcie nie zaprowadzi nas w żadne podejrzane rejony. No chyba, że poślizgniemy się na modyfikacji traumatycznych wspomnień.

Niestety same ćwiczenia, nawet w drugiej części książki, poświęconej narzędziom, nie mają dla siebie wiele miejsca. Autorka podaje przykłady, cytuje badania, wyjaśnia ewolucyjne aspekty narzędzia, i przybliża nam sztuczki naszego mózgu, ale samo narzędzie znika w nawale innego, skądinąd ciekawego, tekstu.

Inna sprawa, która przykuwa moją uwagę – nie wiem czy to wynik działania  tłumacza, czy stylu pisania autorki ale czasami trudno mi pojąć o co jej chodzi w przykładzie. Powiedzmy, że opisuje jak zobaczyła w sklepie kogoś z kim bardzo nie chciała rozmawiać.  Ten ktoś szedł w jej stronę, więc natychmiast odczuła stres, ale spojrzała na wystawę sklepową i się uspokoiła. Kończy opis wzmianką, że była zadowolona, że uniknęła spotkania. Tylko jak go uniknęła? Niemiły człowiek rozwiał się jak opar? Czy uznał, że ona udaje, że go nie widzi i po prostu sobie poszedł? A może mówił coś do niej, ale go nie dostrzegła, bo doznawała szczęścia w wyniku oglądania wystawy (jedną z technik odstresowania się jest poszukanie wzrokiem czegoś, na co przyjemnie patrzeć). Wyjaśnienia w każdym razie brak.

Albo inny przykład: pewna pani imieniem Maria doznawała nieprzyjemności w synagodze, bo ktoś jej tam coś przykrego powiedział, ale już ich nie doznaje, bo teraz patrzy tam na miłe rzeczy. No, to nie brzmi jak wciągający przykład, raczej jak okrojony ze smakowitych szczegółów kawałek wypracowania szkolnego. Dlaczego miałaby mnie poruszać historia Marii, która odkryła że może wejść do synagogi i czuć się tam spokojna. Nie znam jej. Nic w tej historii nie powoduje, że jej stres przykuwa moją uwagę. Ludzie ciągle mówią sobie przykre rzeczy, stresują się tym i odkrywają, że jednak nie muszą.

Ale chyba największa wpadka przykładowa dla mnie to wzmianka, że córka autorki miała “wypadek w drzwiach” ale już się nie boi drzwi. Na litość! Powiedz kobieto czytelnikowi co się tam stało. Wypadek w drzwiach ma potencjał przykuwania uwagi. Rozumiem chęć ochrony prywatności, ale w takim razie nie rozbudzajmy apetytu czytelnika tylko po to, żeby przez resztę życia się zastanawiał jaki wypadek można mieć w drzwiach.  Zresztą… inni autorzy poradników i książek psychologicznych nie okrawają tak paskudnie swoich przykładów.

Dla porównania czytam w ten weekend książkę Gazzanigi (Kto tu rządzi? Ja czy mój mózg?) i on jak rzuci w człowieka przykładem, to ten przykład się potem czytelnikowi śni po nocach. Serio miałam przez niego sen o rozdzielaniu półkul mózgowych. Natomiast LaDyne jak dla mnie pisze plastelinowo-miękko, letnio i bez charakteru. Mój mózg nie przepada za takim ani ciepłym ani zimnym zestawem miękkich metafor owiniętych dookoła pozbawionych charakteru przykładów. Być może na mój odbiór książki wpływa fakt, że sama czytam w stresie, ale z drugiej strony, grzebię się z tymi dwustoma stronami niemiłosiernie. Odkładam, czytam 10 stron, znów odkładam, znów sięgam i czytam 10 stron. Więc albo autorka pisze zupełnie niekompatybilnie ze mną albo coś z tą książką jest nie tak.

Chociaż muszę przyznać tu dużego plusa za przypomnienie czytelnikowi, że nie należy ufać mózgowi. Jeżeli jakiekolwiek, nieświadome nawet skojarzenie uruchomi ciału fizyczną reakcję stresową to jego mózg, szybko rozejrzy się po okolicy i wymyśli sobie prawdopodobny powód dla tej reakcji. Akurat dokładnie o takim zjawisku czytałam u Gazzanigi – lewa półkula mózgowa kombinująca nad znalezieniem jakiegoś spójnego, acz niekoniecznie prawdziwego wyjaśnienia dla zaistniałej sytuacji, natychmiast wymyśli dla nas, czego się boimy. Jeżeli w zasięgu naszych oczu znajdzie się w takiej chwili potencjalny stresor np. staruszka z pekińczykiem na smyczy, może się okazać, że nasz mózg uzna pekińczyka za powód lęku i w ten sposób wyrobimy sobie nawyk reagowania strachem na każdego futrzastego czworonoga na smyczy.

Uwaga:

Wszelkie moje narzekania nie odnoszą się do samej metody MBR. Być może wypróbuję któreś ćwiczenie jak już się go nauczę na pamięć i będę mogła więcej powiedzieć o skuteczności narzędzi LaDyne.

Moje czepialstwo odnosi się głównie do formy, nad którą męczę się straszliwie, a zaznaczam, że jestem zaprawioną w bojach czytelniczką, która przebrnęła nawet przez gargantuiczne opisy kwitnących głogów u Paousta. Z drugiej strony nigdzie nie jest powiedziane, że każdy autor ma pisać stylem kompatybilnym z Zarębą

Czy czytać?

Być może. Sama nie wiem w tym przypadku. Z jednej strony, jeżeli znacie podstawowe informacje o powstawaniu i odczuwaniu stresu macie szansę się wynudzić. Z drugiej strony, jeżeli zupełnie nic nie wiecie o stresie i jego mechanizmach, autorka może zgubić was gdzieś na etapie “ośnieżonego szczytu góry stresu” i “oceanu ciała”. Tak czy siak, sprawdziłam i, o dziwo, Copilot na moją prośbę wypluwa prawie identyczne ćwiczenia jak te zawarte w książce. A sama autorka sugeruje, że możemy ominąć części badawczo teoretyczne i zabrać się do ćwiczeń.

Kiedy czytać jeżeli już sięgniemy po ten tytuł?

Gdziekolwiek byle z kawą pod ręką. Te oceany ciała i ośnieżone szczyty góry stresu mogą przekroczyć możliwości poznawcze i uśpić czytelnika. Na urlopie owszem, ale tylko przy dobrej pogodzie. Pasuje do żurku, rosołu i zupy pomidorowej, nie pasuje do alkoholu, zielonej herbaty i lodów.

Autorka: Joanna Zaręba