
Dziś na spółdzielczym tapecie “W pułapce niepokoju” Davida A.Carbonella. Wydane przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Książka niezbyt gruba (235 stron) ale przyjemnie ciężka. Jednak jakość papieru robi swoje, chociaż zakreślać radzę raczej ołówkiem, bo kartki są nieco prześwitujące. Pachnie typową nową książką, co może mieć duże znaczenie dla wąchaczy lektur. Okładka miękka, usztywniona skrzydełkiem, w ładnym limonkowym kolorze.
Autor jest psychologiem klinicznym specjalizującym się w leczeniu zaburzeń lękowych więc nie spodziewajmy się tu kwiatów niewiedzy i fake newsów. To zawsze plus jeżeli autor nie obiecuje ci wyleczenia z depresji i wzbogacenia jednocześnie dzięki jedności z wszechświatem. A co obiecuje czytelnikowi Carbonell?
Pewne pojęcie mamy już dzięki podtytułowi – Jak przechytrzyć własny mózg i przestać się zamartwiać. Zawsze podejrzewałam, że nasze mózgi robią nas w konia, ale nikt mi nie wierzył, a tu proszę. Pierwsza obietnica autora brzmi nieźle – czytelnik nauczy się jak przechytrzyć samego siebie. Ponadto Carbonell obiecuje nam, że zredukujemy swe zgryzoty do okazjonalnych niedogodności. Dla mnie brzmi dobrze, zero nadętych deklaracji o tym jak całkowicie zmienimy swoje życie i jak od czytania w naszym umyśle zajdzie rewolucja. Plus.
Teza:
Niepokój jest podstępną bestią. Im bardziej z nim walczymy, im bardziej się staramy, tym bardziej nas dręczy. Czynności, które naszym zdaniem mają nam zapewnić spokój odnoszą przeciwny skutek. Mało tego, z naszym niepokojem budujemy szczególną relację, od której formy zależą nasze szanse na poprawę. Atak niepokoju odbieramy jako zagrożenie, coś z czym próbujemy walczyć, tłumaczymy sobie, że przecież nic z tego czym się zamartwiam się nie stanie. Tylko, że przecież może się stać, prawda? Nie jesteśmy w stanie udowodnić swojemu mózgowi, że jutro nie dostaniemy zawału albo, że nasza córka wracając ze szkoły zostanie porwana przez pedofila. Prawdopodobieństwo jest niskie ale nigdy zerowe. I ten brak zdolności udowodnienia sobie, że nic się nie stanie jest wodą na młyn niepokoju. Nasz mózg uważa to za widomy znak, że skoro nie możemy na pewno powiedzieć, że do niczego nie dojdzie to na pewno wydarzy się najgorsze.
Wystarczy przeczytać jak autor opisuje niepokój, żeby zrozumieć, że nie tylko posiada głęboką wiedzę w temacie, ale również wykazuje niesamowite zrozumienie ludzkiego umysłu dręczonego obawami i zamartwianiem się.
“Obawy przychodzą nieproszone niczym intruzi szturmujących przyjęcia. Ci niechciani goście są jak fanatycy wypełniający misję. Mają do przekazania niezwykle, jak im się wydaje, istotną wiadomość: ostrzeżenie. Będą przedstawiać te ostrzeżenie raz za razem, mimo że szkodzą tym atmosferze przyjęcia, mimo że nikt nie chce słuchać ich przesłania, bo wydaje im się, że ostrzeżeniami ocalałą cię od problemów.”
Co mi się w książce podoba?
Olbrzymim plusem tego tytułu jest dla mnie właśnie taki, pełen metafor język, doskonale oddający naturę niepokoju. Plusem jest również poczucie humoru autora, które pomaga nam poczuć się komfortowo z tak niekomfortowym tematem.
“Gdyby niepokój był twoim sąsiadem przeprowadziłbyś się. Gdyby był twoim pracownikiem zwolniłbyś go. Gdyby był stacją radiową zmieniłbyś kanał, albo zupełnie wyłączyłbyś odbiornik. Właśnie w tym cały szkopuł.”
Co jest dla mnie najciekawsze? Za każdym razem kiedy sięgam po książkę o lęku, niepokoju czy nerwicy, nawet jeżeli mówi ona o radzeniu sobie z nimi, czuję się źle. Coś mnie w środku uwiera. No i tym razem czytam o niepokoju i co nagle zaczynam czuć? Dobrze zgadujesz…niepokój. I jak już pomyślałam, że znów mnie dopadły moje wady fabryczne, bo przecież jestem jedną jedyną taką na świecie, co popada w anxiety podczas czytania na jej temat, a tu nagle autor wchodzi, cały na biało i mówi:
“Ludzie często są tak przyzwyczajeni do prób koncentrowania się na czymkolwiek innym niż niechciane myśli, których woleliby uniknąć, że sam pomysł czytania książki na temat zamartwiania się budzi ich niepokój!”
Czyli jednak nie jestem z tym sama. Serio, czytając tę książkę mam wrażenie jakby autor siedział w mojej głowie i pomagał mi z lekturą. W sumie to nawet z życiem. Czemu tak ważne jest dla mnie, że autor to napisał? Bo do tej pory myślałam, że coś ze mną jest wyjątkowo nie tak, że nawet książka o martwieniu się wywołuje u mnie niepokój. Zresztą okazuje się, że ludzi dręczonych chronicznym niepokojem, chociaż każdemu wydaje się, że tylko jego lub jej dotyczy problem, są miliony.
Bardzo podoba mi się też sposób w jaki autor podchodzi do tematu. Większość z nas, kiedy zmaga się z niepokojem próbuje po prostu przemocą wyprzeć z głowy negatywne myśli, a każdy kto próbował nie myśleć o różowym słoniu albo przestać słyszeć w głowie irytującą piosenkę wie dokąd to prowadzi. Przykładowy Joe ze wstępu do “W pułapce niepokoju” też próbował wszystkiego:
“Starał się nie dopuszczać do siebie niechcianych myśli modlił się, medytował, zmieniał sposób odżywiania, ćwiczył, stosował suplementy diety, szukał wsparcia u żony, szukał porad w internecie, uciekał się do wielu innych środków, wszystkie jednak przynosiły rezultaty niewspółmierne do jego olbrzymich wysiłków.”
Brzmi znajomo? Tymczasem Carbonell nie radzi nam atakować niepokoju z okrzykiem hurra i starać się jeszcze bardziej. W przeciwieństwie do Dyera, autora mojej poprzedniej polecajki/niepolecajki “Pokochaj siebie”, nie wychodzi z założenia, że “jesteśmy właścicielami naszego mózgu” i mamy pełną władzę zarówno nad myślami jak i emocjami. Dlatego zamiast planu heroicznego ataku prowadzącego do porażki, dostajemy tu plan sprytnej kampanii wojennej, w której naszą główną strategię będzie rozpoznawanie sztuczek naszego przeciwnika…czyli nas.
Kolejnym elementem, którym kupuje mnie ta książka są żarty i “śmieszki” językowe, które zmiękczają temat i pomagają czytelnikowi, zwłaszcza skłonnemu do niepokoju, nie zamartwiać się zbytnio nad poradami autora. “Tylko martwi się nie martwią” czy “To jakby zestawiać jabłka z aligatorami” wywołują uśmiech na mojej twarzy i z całą pewnością pożyczę sobie niektóre z tekstów Carbonella. Zabawna chociaż na swój sposób smutna jest też historia jednego z pacjentów autora, z czasów kiedy był jeszcze stażystą. Zgodnie z zaleceniami opiekuna, młody Carbonell pracował z pacjentem zamartwiającym się możliwością utraty pracy. Kiedy wreszcie udało mu się przekonać pacjenta, że jego martwienie się jest irracjonalne, był z siebie bardzo dumny. Niestety tylko do chwili kiedy pacjent nie oświadczył:
“A zatem widzi pan to w istocie mnie martwi. Tyle niepotrzebnego zadręczania się! To nie może być dobre dla zdrowia! Co jeśli z całego tego zamartwiania się o nic zostanę udaru?”.
Przytoczona opowieść ilustruje podejście autora do problemu zamartwiania się i niepokoju. Tak naprawdę kłopot sprawiają nam nie rzeczy, o które się martwimy, ale to że w ogóle się zamartwiamy. I dlatego według niego, wyjaśnianie nam, że nasze obawy są nielogiczne i irracjonalne, nie rozwiązuje problemu. Jeżeli nie zmienimy tego jak podchodzimy do niepokoju i nie zmodyfikujemy związanych z nim zachowań, to porzuciwszy jedno zmartwienie natychmiast znajdziemy sobie drugie. Książka jest zresztą pełna przykładów i opowieści pozwalających nam dostrzec naturę problemu. Jak pisze sam Carbonell, łatwiej jest nam zauważyć pewne wzorce na przykładzie cudzej opowieści niż własnej.
Dla kogo jest ta książka?
Pozwolę sobie znów oddać głos autorowi, bo bardzo uprzejmie wypisał dla mnie potencjalnych czytelników, co również jest plusem.
“To pozycja zarówno dla tych którym nigdy wcześniej nie przyszło do głowy, że mogliby sięgnąć po poradnik psychologiczny jak i dla posiadaczy stosów takich książek z pieprzonych nocnych stolikach skierowana jest do ludzi, którzy nigdy nie poddawali się psychoterapii, a także do tych którzy są w jej trakcie, oraz do osób rozczarowanych przebytą terapią. Nawet ci, których stan uległ poprawie po przejściu terapii poznawczo behawioralnej i leczeniu farmaceutykami, odnajdą o tej książce coś nowego i wyzwalającego.”
W sumie jak się zastanowić to dzisiejsza polecajka pisze się sama. Autor udziela nam bowiem również wskazówek jak czytać.
No więc jak czytać?
Odpowiedź autora: powoli. Ta książka czyta się płynnie, jest świetnie przetłumaczona przez Marię Moskal i aż korci, żeby ją połknąć w całości. Autor to wie, bo porównuje ją do mrożonej pizzy. Owszem, możemy skrócić proces oczekiwania na posiłek podnosząc temperaturę piekarnika z 200 do 400 stopni, ale jeżeli liczymy, że dzięki temu zjemy pizzę w 10 minut zamiast w 20, to naszą pomyłkę uświadomi nam przybycie straży pożarnej. Czyli delektujmy się, a nie połykamy lekturę w całości.
Porada ode mnie, aby zmaksymalizować korzyści z czytania: warto znaleźć sobie spokojne miejsce i spokojną chwilę. Najlepiej jeżeli nikt nie będzie nam przerywał w trakcie czytania rozdziału, bo one są naprawdę ładnie złożonymi, małymi całościami i źle by było przerywać lekturę.
Joanna Zaręba
