Dziś na moim czytelniczym talerzu, książka poruszająca ważny temat – perfekcjonizmu.
“How to be good enough. Wyłącz samokrytykę, ogranicz perfekcjonizm i żyj w zgodzie ze sobą” autorstwa Ellen Hendriksen w przekładzie Doroty Gasper i wydana w Polsce przez MT Biznes.
Temat o tyle trudny, że wszędzie, i to coraz częściej, spotykamy ludzi dręczonych perfekcjonizmem i poczuciem, że nigdy nie będą wystarczająco dobrzy, jeżeli nie dla społeczeństwa to dla samych siebie. I równie często trafiamy na perfekcjonistów zamieniających w istne piekło życie swoich bliskich poprzez domaganie się niemożliwego i krytykowanie wszystkiego co robią.

Forma: Absolutnie śliczna fioletowa okładka, która na każdym moim zdjęciu wygląda inaczej niż na żywo, miła w dotyku i wzmacniana skrzydełkami. Smakowitość, według kocich testerów, ujdzie, ale dużo smaczniejsze są moje wklejki do zaznaczania ciekawych fragmentów. Wygoda książki do posadzenia kociego zadu, wysoka. Zarówno Pink i Floyd sprawdzili, że dobrze się na niej siedzi. Zapach nikły, papier o dziwo nie tak fajny jak w innych publikacjach.
Teza: Perfekcjonizm ma wiele oblicz i każdego dręczy na swój sposób. Potrafi zrujnować radość życia, spowodować, że wciąż będziemy drżeć ze strachu przed tym, że okażemy się nie dość dobrzy (czytaj – nieidealni). Wpływa też zabójczo na nasze relacje, jeżeli pozwolimy naszym rozhulanym standardom przejąć kontrolę nad naszym zachowaniem i spróbujemy je narzucić bliskim. Zasadniczo są trzy grupy perfekcjonistów: ci, którzy dręczą siebie, ci którzy dręczą innych, i ci którzy dręczą siebie, bo uważają, że inni tego od nich oczekują. Nie ma jednak co podupadać na duchu, bo autorka ma dla nas rady jak się z tym uporać. Zgodnie z tym co pisze, nawet samo przeczytanie książki powinno w jakimś stopniu zmienić nasze podejście i ulżyć nam w cierpieniu.
Wstęp: Wstępu brak, a więc nie może być rozbrykany, co jest dużym plusem. Zamiast wstępu mamy prolog porównujący dwóch perfekcjonistów Walta Disneya i Freda Rogersa. Obaj w swoim życiu kierowali się wysokimi standardami, ale w przeciwieństwie do elastycznego w swoim podejściu Rogersa, Walt Disney pozwolił swojemu dążeniu do ideału zniszczyć sobie życie i wtrącić się w otchłań samotności i samokrytyki. Prolog ma na celu pokazanie istotnego faktu – nie każdy perfekcjonizm jest zły. A nawet w tym złym pojawia się wiele cech, które są dla nas skutecznym motorem pchającym nas ku sukcesowi. Sumienność, skupienie na detalach, samozaparcie w dążeniu do celu. Same plusy… gdybyśmy tylko zdołali jakoś się pozbyć tej zjadliwej samokrytyki. No i o tym właśnie jest ta książka.
Mamy też pierwszy rozdział zgrabnie wprowadzający nas w problematykę perfekcjonizmu i pokrótce omawiający, czego możemy spodziewać się w dalszych częściach książki. Zwykle nic mnie nie irytuje bardziej niż autorzy, którzy piszą mi po kolei, o czym będzie który rozdział, ale tu Hendriksen przemyciła to tak ładnie, że nie od razu zorientowałam się, co czytam. Użyła do tego przykładów swoich pacjentów, a nic mnie bardziej nie wciąga jak przykłady, zwłaszcza, że autorka wybrała bardzo interesujące przypadki.
Co mi się podobało, a co odesłałabym do lamusa?
Dużym plusem jest na pewno to, że dowiedziałam się kilku nowych rzeczy. Na przykład tego, jak bardzo Disney starał się osiągnąć ideał pracując nad swoimi filmami. I jak pomimo niesamowitych sukcesów finansowych jego produkcji i tego, że zdołał uszczęśliwić całe pokolenia dzieci, okazał się być człowiekiem smutnym, samotnym i niezdolnym do nawiązania przyjaźni ze swoimi pracownikami.
Inną kwestią, o której nie wiedziałam, a która jest niesamowicie istotna i otwierająca nam oczy na pewne mechanizmy społeczne, jest brzydki trend, który niedawno pojawił się w naszym społeczeństwie. Otóż odsetek osób dręczonych perfekcjonizmem, zwłaszcza narzuconym społecznie, wciąż rośnie. Coraz więcej ludzi jest przekonanych o tym, że muszą być idealni i narodziny mediów społecznościowych mają w tym swój spory udział (chociaż nie są jedynym czynnikiem). Wszechobecny konsumpcjonizm prowadzi do tego, że bardziej niż kiedykolwiek staramy się być perfekcyjni. Perfekcjonizm dotyka nawet bezduszne korporacje, które nie szukają już kandydatów odpowiednich ale idealnych. Kto nie przebił się lub nie zna kogoś, kto się przebił przed dwunastostopniowy proces rekrutacyjny, tylko po to, żeby usłyszeć, że jednak się nie nadaje, niech pierwszy rzuci CV. Podoba mi się to, że autorka nie pokazuje perfekcjonizmu jako zjawiska odciętego od społecznego tła. Dzięki temu mamy pełen obraz sytuacji i wiemy na ile poważny jest ten problem. Zwłaszcza, że kliniczny perfekcjonizm jest zjawiskiem transdiagnostycznym, co oznacza, że współwystępuje razem z wieloma innymi zzaburzeniami takimi jak OCD, zaburzenia odżywiania, a nawet PTSD. Autorka przytacza też badania wskazujące na jego związek z samobójstwami.
Pewnym (małym) minusem, na który nadziałam się już na samym początku książki, jest to, że autorka (a może tylko tłumaczka) używa w tekście, odnośnie adaptacyjnych cech perfekcjonistów, popularnego i irytującego określenia “magiczne supermoce”. Takimi magicznymi supermocami są według niej silna etyka pracy, czy głęboka troska o innych. Ilekroć słyszę to określenie, tu jeszcze wzmocnione słowem “magiczne” od razu przypomina mi się, jak często używa się go do romantyzowania życia osób neuroróżnorodnych, co wypacza ich obraz w oczach społeczeństwa. Rozumiem, że miło jest połechtać ego perfekcjonistów, ale ich supermoce to po prostu bardzo silnie rozwinięte cechy i nic ponadto.

Natomiast olbrzymim plusem tego tytułu jest poczucie humoru z jakim Hendriksen podchodzi do tematu, który przecież sam w sobie jest raczej ponury. Porównania perfekcjonizmu do sałatki owocowej, lasagnii, czy wrzucanie w środek poważnego akapitu zabawnej metafory powoduje, że książkę czyta się płynnie i lekko, a nasz mózg może entuzjastycznie tarzać w jej stronicach bez obaw, że popadnie w melancholię. Spójrz na to zdanie:
“Większość ludzi czyta książki psychologiczne, ponieważ chce się pozbierać. Ale ty nie jesteś większością ludzi. W rzeczywistości jesteś nawet trochę zbyt ogarnięty.”
Z kolei dla osób obawiających się, że samokrytyka jest jedynym co powstrzymuje ich przed popadnięciem w lenistwo, degrengoladę i abnegację, które nastąpią nieuchronnie, jak tylko poluzują sobie dyscyplinę i ograniczą krytykowanie siebie, autorka ma dowcipną obietnicę:
“Obiecuję, że nie skończysz jako palacz trawki w spodniach od pidżamy pokrytych czipsowymi okruchami”.
To chyba dobrze, prawda? 🙂 Możemy za to stać się dla siebie o 10% milsi (to też słowa autorki) oraz wygospodarować w naszym życiu więcej miejsca na społeczność, więzi, radość i odpoczynek.
Bardzo mi się podoba, że Hendriksen daje czytelnikowi nadzieję, zamiast tłuc go po głowie mrocznymi wizjami, co się stanie jak się nie poprawi. Nie obiecuje też, że lektura dokona w naszym życiu diametralnej i bolesnej zmiany kierunku, a po zapoznaniu się z tym tytułem nawet własna rodzina nas nie pozna. Wręcz przeciwnie, sugeruje, że nie musimy przewracać wszystkiego w życiu do góry nogami. Mamy już wszystkie potrzebne cechy, mamy sumienność, troskę, zdolność do realizacji wysokich standardów, jedyne co musimy usunąć to samokrytyka. Czasami po jej usunięciu nie zmieni się nawet nasze zachowanie, ale zmieni się myślenie i samopoczucie. Niektórzy z jej pacjentów, opisani w książce, mówią – nadal robię to samo, ale teraz z innych powodów. Nadal jestem dowcipna, uśmiecham się i zgadzam się z moimi kolegami, ale tym razem nie dlatego, że jestem przerażona możliwością odrzucenia, ale dlatego, że naprawdę lubię się śmiać i mam poglądy podobne do ich poglądów. Zabierając się za lekturę nie musisz się obawiać, że autorka osądzi cię, a potem każe ci wszystko rzucić i wszystko zmienić. Hendriksen ma zresztą wiele wspólnego z nurtem psychologii pozytywnej, skupia się na tym co już mamy, nie na tym czego nam brak. Nie ocenia perfekcjonistów, ale wskazuje im drogę, pozwala im docenić swoje cechy i obalić mit, w który wierzą, że to właśnie ciągła samokrytyka utrzymuje ich na powierzchni. Jedno z najważniejszych zdań tej książki, według mnie to:
“zaszliśmy tak daleko, jak zaszliśmy pomimo naszej samooceny”.
A wracając do psychologii pozytywnej z jej skłonnościami do wymuszania szczęścia i uśmiechu w każdej sytuacji. Jej się też w tym tytule dostaje, jako że zmuszanie się do bycia szczęśliwym za wszelką cenę sprzyja perfekcjonizmowi. Autorka naprawdę podchodzi do tematu kompleksowo i wskazuje cały komplet przyczyn odpowiedzialnych za nasz perfekcjonizm. Winne są nie tylko geny, nie tylko rodzina, ale filozofia życiowa naszego społeczeństwa, ucisk, kapitalizm, konsumpcjonizm, media społecznościowe wraz z ich kulturą oceny, sztucznie napompowane oczekiwanie, że każdy będzie “żyć na całego” dyskryminacja i systemowe nierówności w społeczeństwie, podstępnie kamuflujące się jako patologia osób ich doświadczających i wiele innych czynników. To też duży plus.
Totalnie subiektywne uwagi Zaręby:
- Pamiętacie ten fake, ze Stevem Jobsem, który rzekomo na łożu śmierci miał doznać olśnienia i strzelić wzruszającą mowę? Z tego co pisze autorka wynika, że facet do samego końca był (co mnie nie zaskakuje) niereformowalną łachudrą. Pielęgniarki wybierał sobie z 67 różnych, bo żadna nie była dość dobra i nie zapomniał też wspomnieć swojej córce, kiedy odwiedziła go w szpitalu, że jej perfumy sprawiają że śmierdzi jak toaleta. Daję plusa, za niegloryfikowanie Jobsa.
- Oświadczam też, że w pełni solidaryzuję się z Ivanem z przykładu. Matka Ivana, perfekcjonistka zorientowana na innych, w przypływie złości walnęła kiedyś syna kiełbasą. Jako osoba, która dostała od matki po głowie półkilogramowym kawałem żółtego sera, łączę się w bólu z ofiarą kiełbasy.
No dobrze, ale kończę to rozpisywanie zanim streszczę wam całą książkę. Lepiej, żebyście czytali sami jak sobie radzić z perfekcjonizmem. Ten tytuł zawiera co prawda niewiele ćwiczeń, ale i tak ma dużo do powiedzenia na temat tego jak sobie radzić z tym podstępnym przeciwnikiem. Przejdźmy więc do kolejnego punktu programu.
Czy czytać?
Stanowczo czytać. To dobra książka jest. 8/10 ( i pamiętajmy, że 10 rezerwujemy dla książek, które mnie wystrzeliwują z butów, a ja jestem czytelnikiem popsutym zupełnie rozlicznymi lekturami).
Kiedy czytać?
W weekend, na urlopie, w podróży, w luźniejsze popołudnia, kiedy nie możemy zasnąć. Na leżak dobra, ale piasek będzie wchodził w wyklejki, których będziecie używać, więc może lepiej mazać po niej ołówkiem (byle nie zgubić ołówka). Nada się do herbaty i kawy (zwłaszcza czarnej) i lekkich drinków ewentualnie drinków bezalkoholowych. Nie polecam whisky, brandy ani koniaku do tego tytułu. Nie pasuje do obiadu, ale pasuje do popcornu, tortu i szarlotki.
