Archiwa tagu: melancholia

„Pozwól sobie czuć” autorka Susan Cain

Dziś na spółdzielczym tapecie książka: “Pozwól sobie Czuć” autorstwa Susan Cain, wydana przez MT Biznes w tłumaczeniu Magdy Witkowskiej. I przyznam, że nie do końca wiem cóż z nią począć. Polski tytuł nie do końca oddaje dlaczego, oryginalny już bardziej pokazuje, o co mi chodzi. Brzmi on “Bittersweet: How Sorrow and Longing Make Us Whole”. Smutek, tęsknota…nic dziwnego, że temat trudny w czytaniu i przetrawieniu, a i pisanie recenzji niełatwe. Dużym wyzwaniem dla mnie jest to, że moją silną stroną jest intelektualne rozważanie spraw. Tymczasem ta książka nie mówi wiele o logicznych powiązaniach przyczynowo-skutkowych, ani o tym jak zrobić coś lepiej, ani nawet (jak inne biznesowo-rozwojowe tytuły) o tym jak zarobić milion dolarów i mieć własną wyspę. 

“Pozwól sobie czuć” mówi o uczuciach i to wcale nie łatwych, bo jak to autorka sama ujmuje słodko-gorzkich. Czyli niby smutek, ale i radość, a może niby radość ale i smutek. Czy to się w ogóle da zrecenzować tak, żeby nie powiedzieć więcej o sobie niż o książce? I co ja w ogóle mam ochotę zrobić? Zjechać książkę jak burą sukę, czy wychwalać pod niebiosa? W sumie autorka mogłaby zacierać ręce z zadowoleniem, bo moje doświadczenie jest też słodko-gorzkie. No ale recenzja sama się nie napisze, więc zacznijmy od tego co łatwe.

Forma: Okładka w pastelowych kolorach, z sugerującym spokój i transcendencję kwiatkiem. Bardzo miła w dotyku, ze wzmacniającymi skrzydełkami i chyba smakowita, bo ciężko się było od kotów opędzić. MT biznes musi chyba dodawać coś do farby drukarskiej, bo nie widzę, żeby Pink tak się garnął do “Dnia Szakala” albo do Agaty Christie. Papier biały i elegancki, czcionka duża, dzięki czemu udało się z tego tytułu wyciągnąć aż 373 strony tekstu z przypisami i podziękowaniami. Oryginał miał 310 stron i podejrzewam, że też mógł dokonać tego głównie dzięki większej czcionce. Zapach mało wyraźny, ale za to książka niesamowicie wygodna do siedzenia, przynajmniej sądząc po zdeterminowanej minie siedzącego na niej mrokota. 

Teza: W naszym życiu stale obecne są doświadczenia słodko-gorzkie, łączące smutek i radość, czasami tak, że można się w tych emocjach pogubić. Większość z nas nie przepada za smutkiem i innymi negatywnymi uczuciami, ale nie da się od nich uciec. Za to można je przekuć w coś kreatywnego i pięknego, co pomoże nam sobie z nimi poradzić. Jakie to uczucie słodko-gorzkie?

Wyjdź w zimową noc na śnieg gdzieś z dala od miasta, spójrz na księżyc w pełni i gwiazdy w tle, a przy dobrym wietrze poczujesz, że to na co patrzysz jest piękne, ale jednocześnie poczujesz smutek płynący z tego, że w porównaniu z całym wszechświatem jesteś nic nie znaczącym pyłkiem. Ostrzegam, że może cię korcić, żeby zawyć do księżyca, albo napisać wiersz lub sonatę, ostatecznie jakiś obraz namalować. Ja zwykle ograniczam się do wycia, bo nie mam talentu do muzyki i rymów. Mogę sobie o tym pisać ironicznie i z cierpkim humorem, ale zapewniam, że z poczuciem samotności w zbyt pięknym i zbyt wielkim, a jednocześnie zbyt okrutnym wszechświecie nie ma co zadzierać. Oczywiście możesz się wykazać odpornością na nocne zimowe niebo, ale zapewne masz inną piętę achillesową. Może dzikie krajobrazy, a może fale morskie w czasie sztormu, a może smutna muzyka lub nagłe poczucie własnej śmiertelności w obliczu doświadczenia radości życia. Smutna muzyka zresztą otwiera tę książkę niczym klucz zardzewiały zamek. 

I już mi się udzieliło poczucie przemijania, psiakrew!

Moje czysto subiektywne wrażenie: Ta książka jest jak sinusoida, raz mnie straszliwie wkurza, a raz mam ochotę pogratulować autorce, że wreszcie czytam coś na poważny temat, a nie tylko dyrdymały jak zostać Elonem Muskiem. Druga sprawa: może i zdarzyło mi się wyć do księżyca parę razy, ale coś mnie irytuje w fakcie, który przytaczany jest w książce dość często ale od innej strony. Chodzi o to, że większość ludzi potrzebuje osobistej tragedii, żeby ruszyć się z miejsca. Obrazy, muzyka, pomaganie innym, wielkie powieści i jeszcze większe wynalazki powstawały dzięki temu, że ktoś komuś umarł, ktoś kogoś molestował, albo ktoś cierpiał na nieuleczalną chorobę. Człowiek jawi mi się jako piłeczka golfowa, która zadowolona z siebie tkwi w miejscu na zielonej trawie, a żeby zerwać się do lotu i osiągnąć cel potrzebuje solidnego uderzenia od losu. 

Co mi się w książce podoba? Po pierwsze, może i jestem cynikiem, który za Gałczyńskim powtarza:

“Księżyc ma ten styl pracy,

no – że wschodzi i świeci.

Lecz poeci są tacy.

Eech, poeci, poeci”

ale mimo to doskonale rozumiem smutek jaki człowieka ogarnia w kontakcie z pięknem, które nas przerasta. Autorka pozwoliła mi się uwolnić od brzydkiego przeświadczenia, że jestem jedyną, do tego nienormalną, osobą gapiącą się w wieczorne niebo nad jeziorem i czującą jak mi się kiszki zwijają od smutku. Mój problem za to, z tym tytułem polega na tym, że ja nie jestem poetycka, a on i owszem. Na przykład zamiast rozbrykanego wstępu mamy tu historię wiolonczelisty z Sarajewa, grającego umarłym przez 22 dni (po jednym za każdą osobę, która zginęła w pewnym ostrzale), pomimo tego, że dookoła czaili się snajperzy gotowi zabić każdego, kto nieostrożnie pokaże się na ulicy. Historia wzruszająca, a ja się osobiście wzruszać nie lubię. Niemniej jednak, rozumiem przekaz i wiem, że inni lubią, więc nie mam się czego czepiać. Zresztą nie da się nie podziwiać tego wiolonczelisty.

Sama autorka kocha się wzruszać, uwielbia smutną muzykę, jest fanką Leonarda Cohena i nic dziwnego, że napisała książkę, która przywraca w naszym życiu miejsce dla smutku i wskazuje nam, co ten smutek może nam zaoferować. Osobiście, kiedy sama ostatnio doświadczyłam głębokiego smutku i bezsilności, i złożyłam się publicznie jak domek z kart, otrzymałam jedynie namiary na psychologa, więc solidaryzuję się z autorką w jej misji. Do pewnego stopnia oczywiście. Są bowiem, jak pisze Cain dni miodu i dni cebuli. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale temu wszystkiemu towarzyszy pogoń i tęsknota za czymś niedoścignionym. Za czym? Kto to wie, może za bogiem, może za wiecznością, a może za transcendencją? Czytając tę książkę, mam wrażenie, że wszyscy tęsknimy za tym metaforycznym ciasteczkiem, które można mieć pomimo, że już się je zjadło i chociaż nie da się go dosięgnąć, to próbować warto, bo z tych prób wykluwają się różne piękne rzeczy, a i tęsknota za nieuchwytnym ciasteczkiem napędza nas czasami silniej niczym śruba napędowa. 

Ja na przykład tęsknię za pizzą. Ale nie po prostu pizzą. Tej mojej nie da się zjeść, ani nawet kupić, bo tęsknię za pizzą, którą dostałam w nagrodę po zaliczonej na piątkę ustnej maturze z polskiego, po całym dniu siedzenia w szkole od 8 rano do 19, kiedy to wreszcie wyszłam zmęczona i głodna ale z upragnioną oceną. Ta pizza była kupiona w pierwszej pizzerii w mieście i smakowała najlepiej na świecie, a ja byłam wtedy naprawdę młoda. No i jak tu dosięgnąć tej pizzy? Nie da się, jest stracona na zawsze i pozostaje po niej melancholia i tęsknota, za młodością, kiedy wszystko wyglądało inaczej i świat stał przede mną otworem. Potem, jak mawiają cynicy, okazało się, o jaki otwór chodziło.

Tak czy siak, w obliczu nieszczęścia możemy według autorki odrzucić je i bez skutku próbować żyć normalnie, albo zaakceptować ból jako nieuniknioną część naszego życia i przekuć go w coś coś kreatywnego. Tu mi się znów uruchamia jednocześnie lampka zielona i czerwona. Zielona, bo zgadzam się w zupełności, że akceptacja i przetworzenie cierpienia pozwala nam poradzić sobie z bólem, który szamocącego się z nim człowieka, powalił by bez trudu. Czerwona, bo na scenę wchodzi tu jungowski archetyp, o którym wspomina autorka i jak Junga kocham, to archetypu zranionego uzdrowiciela pasjami nie znoszę. Jak on działa? 

Na przykład, całe swoje życie masz w nosie, jakiś społeczny problem. Nic z nim nie robisz i uważasz, że ciebie on nie dotyczy. Dopóki sam nie otrzymasz tego ciosu od losu. To może być cokolwiek, padasz ofiarą przemocy, a może doznaje jej ktoś ci bliski, zaczynasz chorować na coś, na co wcześniej nie zwracałeś uwagi. Jednym słowem jak ta piłeczka golfowa, otrzymujesz uderzenie metaforycznym kijem golfowym. A wtedy, żeby nie upaść pod ciężarem bólu odnajdujesz swoje powołanie w walce ze wzmiankowanym problemem i niczym piłeczka lecisz prosto do celu ratując i pomagając innym, często bardzo skutecznie. Zakładasz fundację, zostajesz wolontariuszem, pracujesz nad zwiększeniem świadomości społecznej. Autorka słusznie wskazuje, że takie osoby doświadczone przez los, potrafią przekuć swoje cierpienie w rzeczy piękne i dobre. Jednak zraniony uzdrowiciel ma swój równie jungowski cień, a konkretnie syndrom księżnej Diany. Czyli bycie kimś, kto ucieka od swojego bólu poprzez ratowanie innych. Cain nie wspomina o tym ryzyku, ale myślę, że to rozróżnienie jest ważne. 

Tu wychodzi ze mnie znów moja subiektywna opinia, bo spotkałam w życiu parę księżnych Dian i równie wiele skłonnych do wzruszeń osób, które gloryfikowały cierpienie i lubiły sobie powyobrażać, że padają ofiarami rozlicznych nieszczęść, których ja bym i wrogowi nie życzyła, właśnie dla tego słodko-gorzkiego uczucia wzruszenia. 

Autorka opisuje w książce sporo elementów swojej biografii więc czytelnik może się przekonać na własnej skórze, że kiedy pisze o cierpieniu to wie o czym mówi. Pytanie, na które nie uzyskam odpowiedzi (bo to wychodzi tylko kiedy jesteśmy z kimś dość blisko) brzmi, czy jest ona zranioną uzdrowicielką czy księżną Dianą?

Co mi się jeszcze podobało? Otóż jednym z najbardziej interesujących dla mnie rozdziałów jest ten, który zwraca uwagę czytelnika na dramatyczny rozdźwięk pomiędzy tym jak źle się czasem czujemy, a tym jak mało społecznego przyzwolenia mamy na wyrażanie negatywnych emocji. Ten trend najsilniej występuje w USA, czyli kraju rodzinnym Cain, gdzie kultura toksycznej pozytywności połączona z głębokim parciem na sukces doprowadziła do tego, że smutni, cierpiący i ubodzy postrzegani są jako losers czyli nieudacznicy. Cain przybliża nam sytuację historyczno-społeczno-ekonomiczną, która doprowadziła mieszkańców Stanów Zjednoczonych do przekonania, że za wszelką cenę należy zachować optymizm i być zwycięzcą, i jeżeli przypadkiem znajdziemy się na liście przegranych to widomy znak, że coś z nami jest nie tak. Mamy jakąś fabryczną wadę i sami zasłużyliśmy sobie na zły los, a może po prostu bóg nas nie lubi. Echo tego przekonania znajdziemy w książce “Pokochaj siebie”, którą już recenzowałam, gdzie autor dzieli się z nami poglądem, że ludzie inteligentni nie miewają depresji, bo po prostu wybierają szczęście, zamiast smutku. Jak daleko jeszcze można się z tym optymizmem posunąć? Za daleko jak się okazuje. Cain przytacza w tym rozdziale przykład chorego na raka mężczyzny, który uwierzył, że musi utrzymać optymizm i ufać, że wszystko będzie dobrze. I nie byłoby to w sumie nic zdrożnego, gdyby nie wyszedł on z założenia, że musi zrezygnować z polisy na życie, bo w przeciwnym razie, bóg uzna, że nie był dość optymistyczny i pokarze go śmiercią. Po jego zgonie, czyli po tym jak pozytywne nastawienie i optymizm, nie wyleczyły raka jelita, jego rodzina doznała sporej niespodzianki, dowiadując się, że w akcie ufności do boga, ich mąż i ojciec postanowił zrezygnować z ubezpieczenia i umarł pozostawiając żonę i córkę na pastwę problemów finansowych. A wiemy, że może i śmierć jest darmowa, ale chorowanie w USA kosztuje majątek.

Oczywiście, w książce rozwojowo-biznesowej nie może zabraknąć chociaż odrobiny biznesu. Mamy więc obok rozdziałów o utracie miłości czy nieuchronności śmierci, również rozdział o problemie toksycznej pozytywności w miejscu pracy i stratach emocjonalnych, a czasami i biznesowych, jakie przez tę kulturę ponosimy. O ile bowiem znajdujemy w sobie w miejscu pracy dość tolerancji, żeby zrozumieć osobę, która straciła kogoś bliskiego, to zupełnie nie znajdujemy jej, albo też jej nie otrzymujemy w przypadkach długotrwałego cierpienia, które na stałe obniża nasz nastrój. Zwłaszcza liderom nie wypada za bardzo się smucić, o wiele większym zaufaniem w pracy cieszy się lider gniewny niż smutny, chociaż to ten drugi silniej przyciąga lojalność swoich ludzi. 

Poznajemy też interesujące stowarzyszenie Nieśmiertelników, ludzi za wszelką cenę dążących do wyeliminowania śmierci z życia (jakkolwiek by to nie brzmiało). Ciekawie jest poczytać o tym, co nimi kieruje (to wcale nie takie oczywiste) i jak postrzegają ryzyka związane z nieśmiertelnością, a interesująco przedstawione np. w książce SF Drew Magary-ego pod tytułem “Nieśmiertelność zabije nas wszystkich”. Możemy się te dowiedzieć, jakie zalety ma uwzględnianie w naszych życiowych planach faktu, że ból, tęsknota i żałoba to nie jakieś wynaturzone choróbska, ale integralna część bycia człowiekiem.

Osobiście muszę przyznać, że te “przyziemne” rozdziały, o kulturze życia i pracy przemawiają do mnie silniej niż te abstrakcyjne, o stracie, melancholii i śmiertelności. Jak już sama pisałam, nie jestem zbyt poetycka. Mimo to mogę polecić tę książkę z czystym sumieniem. Nie ma w niej galopującego wstępu (yey!), ani przesadnej uduchowioności, chociaż miejscami przewija się doktryna medytacyjna miłości i życzliwości oraz gościnnie występuje na jej kartkach Jego Świątobliwość Dalajlama.

Problem poruszany przez Cain jest istotny, a jego opisanie przyjemne w czytaniu. Książkę połknęłam prawie za jednym podejściem w czym przeszkadzało mi głównie naklejanie karteczek w interesujących miejscach. “Pozwól sobie czuć” ma też zdrową równowagę pomiędzy “o boże ta książka jest o mnie” i “cholera, zaraz wywalę ją przez okno”. Tak więc stanowczo czytać!

Ale kiedy czytać?

Hmm, trudna sprawa. Myślę, że wieczory będą odpowiednie. Kawy nie doradzam, czytania przy obiedzie również nie. Można wziąć na leżak, ale pod warunkiem, że czytamy nie za szybko i w cieniu. Fotel bujany i fotel uszak wydają się mi najstosowniejsze do tej lektury. Wino niekoniecznie, whisky tylko szkocka, w miarę możliwości torfowa. Herbata najlepiej czarna, albo czarna z przyprawami. Kot na kolanach zalecany, zwłaszcza jeśli czytamy z chłodniejszym klimacie. W przypadku braku kota, można użyć koca albo w razie potrzeby termoforu.