Archiwum autora: Joanna Zaręba

Coachingowa droga do kreatywnych rozwiązań

Coach to uparta bestia. Kto chociaż raz miał okazję pracować z takim, na pewno pamięta determinację z jakim on lub ona, dopytywali  klientów o kolejne pomysły i opcje rozwiązania problemu, z którym przyszli.

I co jeszcze możesz z tym zrobić?

Jaki jeszcze masz na to pomysł?

Czego jeszcze nie próbowałaś?

Jakie jeszcze masz możliwości?

Te ciągłe pytania potrafią doprowadzić coachee do przysłowiowej białej gorączki. W swojej pracy jako coach dość często słyszę wypowiadane podniesionym, albo lekko drżącym głosem, zdania.

❗️ No przecież jakbym wiedział co mam zrobić to by mnie tu nie było!

❗️ No mówiłam już przecież, że nie mam więcej pomysłów!

❗️ Nie możesz mi ty powiedzieć co zrobić?

Po co ja się tak właściwie znęcam nad klientami? Najprostsza odpowiedź brzmi – ponieważ właśnie za to mi zapłacili.

Decydując się na coaching wiemy, że potrzebujemy rozwiązania, pomysłu, drogi wyjścia z jakiejś sytuacji. Nie mamy go teraz, ale mamy prawo oczekiwać, że podczas pracy z profesjonalnym coachem odkryjemy je. Coach z kolei, podchodzi do procesu z głęboką wiarą, że klient posiada wszelkie konieczne zasoby, żeby wpaść na właściwy pomysł. Nie podpowiada ani nie radzi, ale odpowiednio dobranymi pytaniami popycha klienta na ścieżki kreatywności. I tu pojawia się pierwsza trudność.

🧠 Nasze mózgi są leniwe – jeżeli coś raz się dla nas sprawdziło, będziemy się starać postępować zawsze w podobny sposób. Na tym polega proces uczenia się. Niestety oprócz nabywania nowych umiejętności, proces ten prowadzi do powstania w umyśle wytyczonych tras, którymi będą się poruszać myśli. Można o tym procesie myśleć jako o powstawaniu kolein na drodze. W miarę jak koleiny stają się głębsze, pojazdy mają coraz mniej możliwości wyboru trasy i muszą trzymać się wyznaczonej koleinami ścieżki.

Właśnie dlatego, kiedy napotykamy problem, naszą pierwszą reakcją jest sięgnięcie po pomysły, które już kiedyś zadziałały. Jeżeli tym razem się nie sprawdzą, zaczniemy szukać innych, ale nadal będziemy operować w obrębie znajomego krajobrazu myślowego, wciąż pozwalając umysłowi trzymać się swoich zwykłych tras.

🚧 Problem w tym, że najprawdopodobniej nie znajdziemy w ten sposób poszukiwanego rozwiązania, zwłaszcza, jeżeli problem, który próbujemy rozwiązać, jest nowy i oryginalny. Coachee poszukujący rozwiązań wyłącznie w znanych sobie sferach przypomina człowieka z dowcipu, szukającego zgubionych kluczy pod latarnią, nie dlatego, że tam je ostatnio widział, ale ponieważ akurat tam jest jaśniej. Idealnie widać to podczas sesji kiedy klient lub klientka zapytana o pomysły zaczyna od:

⛔️ Mogłabym zrobić A…ale to już próbowałam i nie wyszło.

⛔️ Mógłbym zrobić B, ale wiem, że tu to nie zadziała.

⛔️ Mogłabym zrobić C, ale to bez sensu i nie ma szans.

Potencjał takich początkowych pomysłów jest niski i coachee często sami zdają sobie z tego sprawę. Wiedzą, że żeby poradzić sobie z nowym rodzajem problemu, będą potrzebować nowego rodzaju rozwiązania. Co więc możemy robić, jeżeli pierwsze pomysły na jakie wpadają nasi klienci są rezultatem myślenia koleinami?

W tej sytuacji rolą coacha jest skłonienie coachee to porzucenia utartych ścieżek i wzorców zachowania, a zastąpienia ich kreatywnym myśleniem. Dlatego pierwszym krokiem coacha jest właśnie uporczywe dopytywanie klienta o kolejne i kolejne możliwości.  Im więcej pomysłów przyjdzie coachee do głowy tym większa szansa, że któryś z nich będzie efektem przysłowiowego out of the box thinking czyli oryginalnego myślenia. 💥

Podczas procesu coachingowego, u coachee często pojawia się obawa, że brakuje mu oryginalności, kreatywności i elastyczności, aby sprostać zadaniu wymyślenia nietuzinkowego rozwiązania. W naszej podświadomości głęboko zakorzenione jest przekonanie, że kreatywność to domena geniuszy i artystów. Jeśli nasze pierwsze pomysły okazują się przeciętne, interpretujemy to jako sygnał, że nie jesteśmy w stanie stworzyć niczego przełomowego. Tymczasem prawdziwa oryginalność w tworzeniu rozwiązań wymaga wielu prób. Nawet najwięksi mistrzowie sztuki i tytani nauki musieli pogodzić się z tą prawdą.

W swojej książce „Buntownicy. Kreatywni liderzy zmieniają świat”, pisarz Adam Grant przywołuje przykład Thomasa Edisona. W ciągu pięciu lat swojej pracy, Edison dokonał trzech kluczowych odkryć naukowych, w tym najbardziej znanego – żarówki. 💡 Jednak, aby w pełni zrozumieć jego kreatywność, musimy uwzględnić, że w tym samym okresie zgłosił on ponad sto innych patentów, z których większość nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Wśród tych patentów, jak zauważa Grant, znalazła się nawet „dość odstraszająca mówiąca lalka”. Jeśli nawet Edison potrzebował wielu prób, aby trafić na trzy wartościowe pomysły, nie powinniśmy spodziewać się, że od razu odniesiemy sukces. 💪

Dlatego coachowie uciekają się do różnorodnych metod i posługują się licznymi narzędziami  w celu rozbudzenia w coachee ducha wynalazczości. Jednym z ciekawych sposobów jest zmienianie punktu widzenia coachee poprzez pytanie, co by im  w tej sprawie doradził/doradziła zupełnie inna, czasami wręcz absurdalna osoba. Co powiedziałby w tej sytuacji Chuck Norris? A co poradziłaby ci królowa brytyjska? A gdybyś zapytał o zdanie astronautkę? Albo Alberta Einsteina? A może pasterz owiec z Nowej Zelandii wniósłby do sprawy nowatorskie podejście? Na jednej z ostatnich sesji jakie prowadziłam coachee zastanawiała się, co powiedziałby jej pochodzący z memów “czołg z jeziora”.

Czołg z jeziora
Czołgu z jeziora jaka jest twoja mądrość?

Innym sposobem jest zaproszenie coachee do pracy z mazakami i przedstawianie graficzne mapy swoich pomysłów. W ten sposób do pracy nad poszukiwaniem rozwiązania włączamy obszary mózgu odpowiedzialne za wizualizację rozwiązań i zapewniamy sobie świeże spojrzenie. ✏️ Zmiana perspektywy może też działać przez założenie, że podczas rozwiązywania problemu nie ograniczają nas zasoby. Jak inaczej podeszlibyśmy do sprawy mając do dyspozycji nieograniczoną ilość czasu, pieniędzy i wsparcia? 💰 💳

💎 W pracy coachingowej klienci często angażują się w poszukiwanie pomysłów szalonych i absurdalnych. Nie chodzi tu wyłącznie o znalezienie od razu rozwiązania, ale o odblokowanie w umyśle klienta ścieżek, z których istnienia nie zdawał sobie sprawy. Kiedy po sesji wróci do domu albo do pracy, jego lub jej mózg, będzie już pracować w zupełnie innym trybie. Uaktywnienie kreatywności znacząco zwiększa szanse na to, że wpadniemy na rozwiązanie naszego problemu.

Kreatywność można również wzmacniać samodzielnie, pracując nad nią pomiędzy sesjami z coachem. 🧠 Jest wiele skutecznych sposobów na pobudzenie naszego mózgu do pracy. Poniżej znajdziesz kilka z nich.

👆 Spontaniczne rysowanie doskonale rozwija kreatywność, pod warunkiem, że popuścimy wodze fantazji i będziemy cieszyć się tym zajęciem, zamiast traktować je jako obowiązek. Dodatkowo bazgranie na kartce podczas spotkań, pozwala mózgowi pozostawać w stanie aktywności i skupiać się na tym co słyszymy, nawet jeżeli jest to nudne.

👆 Pisanie bez cenzury, wymyślanie krótkich opowiadań, prowadzenie pamiętnika, sennika albo nawet rozpisywanie sobie bez żadnego celu krótkich dialogów pomiędzy fikcyjnymi postaciami, znakomicie pobudza niestandardowe myślenie.

👆 Poszerzenie swojej biblioteczki o gatunki książek jakich do tej pory nie czytaliśmy również pomaga w uzyskaniu szerszej perspektywy. Bohaterowie literaccy i ich perypetie pozwalają nam spoglądać na problemy z punktu widzenia innych i inspirują do wypróbowywania nowych rozwiązań.

👆 Otaczanie się różnorodnością kulturową pozwala szukać inspiracji wśród niezwykłych ludzi i w miejscach, których przedtem nawet nie zauważaliśmy.

👆 Czytanie/pisanie/rysowanie w nowych i obcych dla nas miejscach wybija nas z ustalonego rytmu i zmusza do otwarcia się na nowe możliwości.

👆Uczenie się nowych umiejętności lub zdobywanie wiedzy z nieznanych nam dziedzin również pobudza powstawanie nowych pomysłów i odświeża nasze spojrzenie na świat. Możesz na przykład nauczyć się nowego języka, nauczyć się grać na nowym instrumencie lub nauczyć się nowego programu komputerowego.

👆 Warto też zrobić odpoczynek od mediów społecznościowych. Chociaż technologia może być niesamowitym narzędziem, czasem może ograniczać twoją kreatywność. Próbuj spędzać trochę czasu każdego dnia bez technologii, aby dać swojemu umysłowi przestrzeń do twórczego myślenia.

👆 Słuchanie różnorodnej muzyki może inspirować i pobudzać kreatywność. Eksperymentuj z różnymi gatunkami i artystami, aby zobaczyć, co działa dla Ciebie najlepiej.

👆 Myślenie nad rozwiązaniami naszych problemów w ruchu np. w trakcie spaceru, biegania czy wykonywania innych ćwiczeń fizycznych sprzyja nowatorskim rozwiązaniom.

Niezależnie od tego, czy aktualnie pracujemy nad czymś  z coachem, metody pobudzające kreatywność z całą pewnością się nam przydadzą. Pozwolą nam spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy, rozwijać swoje talenty i wpadać na nowatorskie pomysły. Oczywiście każdy ma swoją ulubioną metodę rozwijania się w kierunku kreatywności, ale zawsze warto wypróbowywać nowe. 💎

Od słowa do dzieła. Czyli jak coaching może przeobrazić twoje pisarstwo

A więc chcesz napisać książkę?

Ale przeszkadza ci w tym twój perfekcjonizm i obawa, że dzieło nie spełni twoich oczekiwań? Nie będzie idealne, nie zostanie z miejsca opublikowane, nie znajdzie się pierwszego dnia na liście bestsellerów? Takie obawy potrafią skutecznie zablokować twórcze wysiłki. Na ile problem pisarskiego perfekcjonizmu dotyczy również ciebie?

Rzuć okiem na poniższe pytania.

📗 Od dawna planujesz napisanie książki, ale wydaje ci się to zbyt skomplikowane?

📗 Obawiasz się porażki, dlatego nawet nie próbujesz zacząć?

📗 A może już masz gotowe pierwsze zdanie, albo cały rozdział? Tylko nie potrafisz zrobić kolejnego kroku?

📗 Przeglądasz gotowe teksty i uważasz, że nie spełniają twoich oczekiwań? Dlatego rezygnujesz z ich publikacji albo w ogóle z pisania?

📗Ile razy zdarzyło ci się usuwać tekst, pisać go od nowa, a potem znów wciskać delete?

📗 Chcesz pisać, ale tego nie robisz, bo wierzysz, że pisanie nie ma sensu, jeżeli twój tekst nie zostanie natychmiast wydany?

Wygląda znajomo?

Dobre wieści, nie jesteś sam/a z tym problemem. Wielu pisarzy boryka się z tym, a niektórzy nawet opisali to w swoich pracach.  💡

✒️ W powieści Alberta Camus “Dżuma” jeden z bohaterów,  Joseph Grand nieśmiały urzędnik ma wielkie marzenie – napisanie wspaniałej powieści. Powieść ta powinna być tak doskonała, że czytelnicy będą mogli powiedzieć o niej “Panowie, kapelusze z głów!”. Niedoszłego autora tego dzieła dręczył jednak problem. Otóż utknął on już na etapie pierwszego zdania, które w jednej z licznych wersji jakie wypróbowywał Grand, brzmiało tak:  “W piękny poranek majowy wytworna amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego”. Zdanie to, nie jest ani gorsze ani lepsze od wielu początkowych zdań w licznych powieściach jakie przeczytałam. Grand bez obaw mógłby kontynuować pracę, a po jej ukończeniu po prostu wrócić do początku i poprawić je gdyby uznał, że mu się nie podoba. Tego jednak zrobić nie potrafił. Od samego początku oczekiwał, że książka będzie idealna, a więc każde zdanie też musiało być idealne. Poprawiał je i poprawiał bez końca. Przez cały czas trwania fabuły Dżumy, nie zdołał napisać kolejnego. Powieść, która miała rzucić na kolana krytyków literackich, nigdy nie powstała.✒️

💻 Wiele osób rozpoczynających swoją przygodę z książką zna z własnego doświadczenia blokadę pisarską. Bezproduktywne wpatrywanie się w ekran albo kartkę papieru z poczuciem, że chociaż bardzo chcemy, nie możemy wycisnąć z siebie ani słowa. Inni na własnej skórze doświadczyli utknięcia na wczesnym etapie pracy, kiedy to zamiast puścić wodze fantazji, skupiamy się na ciągłych poprawkach do pierwszego rozdziału. Niektóre osoby dręczone perfekcjonizmem posuwają się nawet do kasowania bez litości całego napisanego tekstu. Jeszcze inne w ogóle nie zaczynają pracy nad książką, ponieważ nie potrafią przestać zbierać do niej materiałów. A za wszystkimi tymi trudnościami stoi destrukcyjne dla osób piszących przekonanie, że książka musi być idealna od razu i od samego początku.

📚 Tymczasem, najsłynniejsze dzieło Marcela Prousta “W poszukiwaniu straconego czasu”

jest przykładem tego, że żadna książka nie jest perfekcyjna od razu. Proust ukończywszy całość wciąż jeszcze wprowadzał poprawki do tego co napisał na początku. Niestety ostatnie tomy nie doczekały się już swoich ostatecznych szlifów, ponieważ autor zmarł. Gdyby czekał z pisaniem kolejnych tomów aż do finalnej wersji pierwszego, wątpię czy drugi tom w ogóle by powstał. Skoro więc nawet taki tytan literatury jak Proust nie napisał dzieła doskonałego od początku to i ty nie potrzebujesz zamartwiać się ideałem już od pierwszej strony i możesz śmiało pisać wystarczająco dobre treści, a niezbędne modyfikacje wprowadzić potem.

Łatwiej powiedzieć niż zrobić? Odpowiedzią może być coaching. Podczas sesji z profesjonalnym coachem możesz:

💡 lepiej poznać twój unikalny proces twórczy

💡 określić twój własny, oryginalny styl pisania

💡 zgrać twoje pisanie z twoimi wartościami

💡 zdecydować co chcesz przekazać czytelnikom

💡 w pełni wykorzystać twoją kreatywność

💡 zrozumieć jak twoje doświadczenie życiowe może przełożyć się na książkę

💡 zidentyfikować oraz usunąć przeszkody i blokady

💡 odkryć przekonania jakie ograniczają twoją pracę i rozbroić je

💡 określić twoje mocne strony i wykorzystać je do stworzenia książki

💡 zaplanować i podzielić na etapy proces pisania, zorganizować gromadzenie materiałów

💡 pokonać prokrastynację

💡 nawiązać kontakt ze swoimi bohaterami i wykorzystać ich potencjał

💡 zaplanować i zrealizować proces wydawniczy

💎 Najważniejszą zaletą pracy z coachem podczas pisania jest to, że coaching jest “najczystszą” metodą wspierania osób piszących. Profesjonalny coach nie narzuca niczego klientom i klientkom. Nie sugeruje odpowiedzi, nie ingeruje w twój proces twórczy, a jedynie mobilizuje i wspiera cię podczas odkrywania twojej własnej drogi do sukcesu jako autora. Współpracując z coachem masz cały proces powstawania książki pod własną kontrolą i możesz pracować bez ryzyka bycia ocenianym/ocenianą. W bezpiecznym środowisku, które pozwoli ci na wykorzystanie twojego potencjału. Końcowy efekt, czyli książka, będzie zatem w stu procentach twoim dziełem, odzwierciedlającym twoje wartości i pragnienia.

Coaching sprawdzi się zarówno w przypadku zupełnie początkujących autorów i autorek, jak i u tych, którzy mają na koncie gotowe, a nawet wydane tytuły ale chcą odświeżyć swój warsztat pisarski. Może być środkiem po który sięgamy na początku, albo stać się przysłowiową ostatnią deską ratunku, na którą decydujemy się kiedy wypróbowaliśmy już wszystko inne.

Z całego serca zachęcam cię do dania szansy tej metodzie i pozwolić jej zmaksymalizować nasze szanse na literacki sukces. 🙂

Odwaga bycia nielubianym. Japoński fenomen, który pokazuje jak być wolnym i odmienić własne życie

Format:

Jest nietypowy jak na książki mówiące nam jak żyć. Książka na pierwszy rzut oka nie jest poradnikiem (spoiler alert – to nadal poradnik), ale ma formę dialogu sokratejskiego pomiędzy filozofem, a jego niezadowolonym z życia uczniem. Filozof będący miłośnikiem jednocześnie Platona i Adlera, tłumaczy ważne życiowe zagadnienia młodemu człowiekowi, posługując się niezwykle prostym językiem i pogrubiając w tekście najważniejsze tezy dla ułatwienia zrozumienia przekazu. Nietrudno się domyślić, że rola sfrustrowanego porażkami młodzieńca przypada czytelnikowi, który w wyniku lektury powinien dogłębnie przemyśleć pewne kwestie i zmienić swoje życie. Książkę czyta się szybko i przyjemnie, chociaż czasami można odnieść wrażenie, że padamy ofiarą filozoficznej ewangelizacji.

W zasadzie czyta się ją tak szybko, że pomimo zawartości istotnych, i aż przez wydawcę pogrubionych, treści to nawet moja polecajka jest krósza niż zwykle. Przyznam, że trochę to mnie niepokoi. Lubię jak książki szybko wpadają do głowy, gorzej jednak jak szybko wylatują. Poza tym, kusi mnie trochę, żeby sprawdzić ile tekstu by zostało, jakby wybrać tylko istotne treści.

Tezy:

W dużym skrócie są dwie

  1. Wszyscy bez wyjątku ludzie mogą się zmieniać i odnaleźć szczęście (ale zwykle nie chcą).
  2. Adler był super!

Co do tezy numer 1. autor dość trzeźwo wskazuje na fakt, że gdzie spotykają się ludzie tam można oczekiwać problemów (wszystkie problemy są interpersonalne), a większość z nas wykazuje nadmierne przywiązanie do problemów, na które narzeka. Posiadanie problemu służy bowiem zwykle pewnemu celowi, do którego niekoniecznie się przyznajemy. Czytelnik ma też okazję zapoznać się z adlerowskimi pojęciami takimi jak kompleks niższości i wyższości, a także potrzeba dążenia wzwyż i poczucie niższości. Pod tym względem książka stanowi, bardzo ciekawie napisany, uproszczony podręcznik psychologii Adlera. Mnie na pewno autor zachęcił do poszukania czegoś więcej na ten temat.

Co do tezy nr 2. Przyznaję się, że tu musiałabym się zapoznać z większą porcją informacji, bo moja wiedza o Adlerze i jego poglądach nie wystarcza do oceny. Na pewno, będąc na miejscu czytelnika próbującego zmienić swoje życie, czytałabym tę książkę z krytycznym podejściem. Adler urodził się w 1870 a zmarł w 1937, co oznacza dwie rzeczy – po pierwsze żył i działał w wyjątkowo burzliwym okresie, kiedy rodząca się psychologia (zresztą nie tylko ona, inne nauki też popełniały ten błąd)  wciąż wierzyła, że może rozwiązać wszystkie zagadki ludzkiej natury i rozprawić się ze wszystkimi problemami ulepszając człowieka. A jak wiemy rzeczywistość zweryfikowała to w dość brutalny sposób tuż po śmierci Adlera. Po drugie, Adler, chociaż nie był uczniem Freuda, jak informuje nas autor, nie działał w próżni i często się do Freuda odnosił. Książka Kishimi wielokrotnie brzmi jak polemika z ojcem psychoanalizy. To oznacza, że autor udziela głosu dawno zmarłej osobie w potyczce z inną dawno zmarłą osobą, której teoriom też już się wielokrotnie oberwało od współczesnych badaczy. Nie trzeba być specem od psychologii, żeby zauważyć, że przedstawiane przez filozofa teorie są miejscami przestarzałe.

Co nas prowadzi do zgrzytu w lekturze. Może i Adler uważał, że dzieci popełniają samobójstwa żeby zemścić się na rodzicach, ale ta teza raczej się nie obroni w dzisiejszych czasach.

Treść:

Młody człowiek przybywający do starego mistrza po nauki jest klasycznym motywem. Młody człowiek w książce jest w zasadzie chodzącym kompleksem niższości, ale spodziewam się (jestem dokładnie w połowie), że do końca  lektury odkryje, że sam był źródłem wszystkich problemów i odmieni swoje życie. W istocie jego rola w książce sprowadzała się jak do tej pory do dawania filozofowi (autorowi?) wymówki dla zrobienia nam wykładu. On dostarcza starcowi przykładów problemów np. jego przyjaciel odmawia wyjścia z pokoju (coraz większe wyzwanie dla japońskiego społeczeństwa nawiasem mówiąc), a filozof sprytnie uświadamia nam, że panika jakiej wspomniany przyjaciel doznaje przy próbie opuszczenia pokoju, jest wyłącznie środkiem do jego celu – czyli uniknięcia relacji międzyludzkich.

No i z tym mam problem w tym poradniku. Adler może i miał sporo racji w tym, że kochamy nasze problemy i one dobrze nam służą w osiągnięciu pewnych, nie zawsze jawnych celów, ale jednocześnie nie mogę się zgodzić na przerzucenie całej odpowiedzialności za własny dobrostan na jednostkę. To jakby tłumaczyć pracownikowi z czasów rewolucji przemysłowej, spędzającemu za taśmą produkcyjną 12h dziennie, na powtarzalnej absolutnie nudnej czynności, że jego depresja jest wyłącznie wynikiem jego subiektywnego postrzegania świata. Co z kolei sugeruje mi, że grupą docelową książki jest znów pracownik korporacji, poszukujący sensu w życiu. No nie jest to niespodzianka.

Jednocześnie pewne tezy i do pewnego stopnia są prawdą i mogą posłużyć jako baza do podjęcia pewnych działań mających na celu poprawę naszego samopoczucia. Np. nie można całkiem przyznać, że zupełnie nie potrzebujemy, żeby ludzie nas lubili i chwalili (jednak mamy to wbudowane genetycznie i podłączone do naszego wewnętrznego czujnika zagrożenia), ale można zastanowić się ile z naszego zachowania zaspokaja potrzebę aprobaty ze strony osób, nic nie wnoszących do naszego życia. Nie wyeliminujemy z życia rywalizacji (na tym w końcu polegają rozmowy kwalifikacyjne) ale możemy zdać sobie sprawę, że nie każdy człowiek jest naszym rywalem.

Ogólnie, książkę jestem w stanie z czystym sumieniem polecić osobom, które potrzebują wybić się z rutyny myślenia o świecie jako ciągłej rywalizacji i pozbyć tyranii kompleksu niższości. Z tym zastrzeżeniem, że nie polecałabym bezkrytycznego zgadzania się z każdym słowem autora.  Moim głównym zarzutem pod adresem tego tytułu jest fakt, że młody człowiek dyskutujący z filozofem, przez połowę książki ani razu nie zdołał zmienić zdania starego człowieka. Z zasady filozof ma rację, a młodzieniec się nie zna, bo obawia się odrzucenia przez społeczeństwo. Krótko mówiąc filozof jest tylko po to, żeby potwierdzić tezę.

Czyta się szybko, ale warto podzielić ją na kilka podejść, jeżeli chcecie dobrze zgłębić temat i przemyśleć pewne zagadnienia. Warto też pewnie poszukać czegoś więcej o psychologii Adlera i sprawdzić, jak ma się do współczesności.

Kishimi Ichiro, Odwaga bycia nielubianym, Galaktyka 2017

Esencjalista – Greg McKeown

W sieci można znaleźć mnóstwo pozytywnych opinii  na temat “Esencjalisty” Grega McKeown. Niektórzy czytelnicy deklarują wręcz, że dzięki lekturze tej książki odmienili swoje życie i polecają mi to doświadczenie. Mam z tym problem, ponieważ za każdym razem jak ktoś chce zmienić moje życie staję się sceptyczna i rośnie we mnie irytacja. Gdybym miała wybierać sobie motto do umieszczenia nad wejściem do mojego domu brzmiałoby ono “Nie mów mi jak mam żyć!”.

Ale ponieważ staram się zachowywać otwarty umysł, postanowiłam przekonać się naocznie, czytając Esencjalistę, co się stanie z moim życiem po lekturze. Oto moje wnioski.

Główny przekaz książki jest prosty: “Mądrość życiowa polega na eliminowaniu tego, co nieważne”. Według autora ludzie rzadko kiedy rozważają co jest dla nich istotne i przez to rozmieniają się na drobne, próbują robić wszystko na raz, pozwalają się zawalić obowiązkami i tracą z oczu własne cele oddając innym kontrolę nad swoim życiem. Jesteśmy wychowywani w duchu zgadzania się na wszystko, a nadmiar informacji i opcji do wyboru nie ułatwia nam priorytetyzacji. Tu nie jestem w stanie się przyczepić do niczego – Plus.  W rzeczy samej tak właśnie jest.

Tu na scenę wkracza dobra wiadomość dla mnie – wygląda na to, że jestem esencjalistką, a przynajmniej zdradzam wiele z opisanych przez McKeowna oznak. Kocham kiedy książka nie może mi powiedzieć, jak mam żyć ponieważ już tak żyję – szach mat poradniku!

Język: również jest prosty i przejrzysty. Przez książkę przechodzi się jak rozgrzany nóż przez kostkę masła (o ile kogoś dzisiaj stać na takie luksusy). Proste, konkretne pytania autora typu “Czy inwestujemy swoje siły i zasoby w odpowiednie przedsięwzięcia?” pozwalają czytelnikowi się skupić. Więcej znaczy mniej, mądre inwestowanie energii i czasu itd. Troszkę korpo, ale hej…jestem, jak to mnie kiedyś określiła gardząca mainstreamem znajoma, “korpo numerem”, więc dla mnie wyrażenia tego typu są naturalne. Dodatkowo, ujęcie kwestii życiowych priorytetów tej formie pozwala myśleć o nich bez emocji i spojrzeć na nie z innej perspektywy – dla mnie to plus.

Co ciekawe, od czasu do czasu autorowi przemyka się jakieś nieoczywiste w kontekście biznesowym pytanie np. “Co by się stało gdyby społeczeństwo przestało namawiać nas do ciągłego kupowania rzeczy?” Moja odpowiedź brzmi: pewnie globalny kryzys gospodarczy. No i  ja nie kupiłabym wtedy tej książki, czego w sumie bym żałowała, bo jest naprawdę poruszająca na wielu poziomach.

Kolejny plus za uświadomienie mi, że słowo “priorytet” zanim je popsuliśmy miało wyłącznie liczbę pojedynczą i oznaczało jedną najważniejszą rzecz, a nie jak obecnie – kilka, a nawet kilkanaście. Kocham takie ciekawostki w książkach.

Za to minus przyznaję za coś innego. Nie wiem czy autor tak popuścił wodze fantazji, czy raczej tłumacz uwiedziony wizją esencjalizmu dał się ponieść orlim skrzydłom pisarskiej wizji, ale w polskiej wersji czytelnik ma okazję nie tylko dotrzeć “na nieznane wcześniej poziomy sukcesu i znaczenia” ale również dowiedzieć się, że McKeown “rozprawia się z wynaturzeniami nieesencjalizmu” dzięki “niezachwianej potędzę wyboru”. Krótko mówiąc, niektóre fragmenty książki można by, bez specjalnego dysonansu, wywrzeszczeć na wiecu do zgromadzonych tłumów i to wymachując rękoma.

Treść: Dla mnie bardzo ważne jest, żeby książka wpisywała się w szerszy krajobraz czytelniczy. Lubię kiedy autorzy odwołują się do eksperymentów opisanych w innych książkach, cytują innych autorów i polecają mi kolejne tytuły do zapoznania się. Pod tym względem Esencjalista staje na wysokości zadania, autor między innymi cytuje Seligmana (którego dopiero co czytałam) i Druckera, który jest na mojej liście lektur, znanej również jako kupka lub półka potencjału (dawniej kupka wstydu).

McKeown bardzo rozsądnie podkreśla wagę rozpatrywania wielu opcji podczas podejmowania decyzji, ostrzega przed podświadomym zakładaniem, że działanie musi być trudne i  zachęca do przejmowania odpowiedzialności za własne życie. Jest również kolejnym autorem ostrzegającym nas przed pułapką zapracowywania się. Radzi zabierać się do naszych obowiązków mądrzej, a nie ciężej. Wskazuje, że główną zaletą pracy powinno być osiągnięcie celu, a nie duma z własnego zmęczenia. Podkreśla również znaczenie, niedocenianych chorobliwie ambitne osoby, czynności takich jak sen, czas na myślenie czy zorganizowanie sobie w życiu miejsca na zabawę.  Posługuje się przy tym wieloma przykładami co dodaje książce kolorytu – plus.

A skoro wchodzimy tu w świat przykładów, to niektóre z nich nie są do końca z tej samej planety, co przeciętny czytelnik – minus:

Przykładowo autor z zachwytem opisuje ułatwienia i opcje dostępne dla pracowników Goolge na firmowym kampusie.  Pytanie, czy kampus Google ze swoim modelem dinozaura i plastikowymi flamingami oraz, przetestowaną przez autora, kapsułą do spania jest przykładem promowania polityki kreatywności i wypoczynku, czy raczej (jak to opisała Stolzoff w “Życie to więcej niż praca”) raczej przykładem promowania zostawania w pracy po godzinach?

Zresztą McKeown sam zobaczył chyba, że coś tu jest nie do końca tak , bo w “Esencjaliście” wspomina, iż pomimo zapewnień, że Google poważnie podchodzi do zapewniania pracownikom odpoczynku, prawie nikt nie korzysta ze wzmiankowanej kapsuły żeby uciąć sobie drzemkę w pracy.

Ogólnie, przeciętny zjadacz chleba, nie pracujący w korporacji na wysokim stanowisku, może poczuć się zniechęcony doborem przykładów. Mało realne będzie dla zwykłego czytelnika podążenie za przykładem pewnego dyrektora i zostawienie telefonu u sekretarki, a następnie zamknięcie się na osiem tygodni w motelu, żeby bez internetu dokończyć ważny projekt. Ja jako autorka nie specjalnie widzę też możliwość ukończenia książki, nad którą pracuję w “trybie mnicha” opisanym przez McKewana. Mój pracodawca mógłby mieć coś do powiedzenia na temat tego, że na kilka tygodni znikam z pracy i internetu, żeby od piątej rano pogrążać się w pisaniu przy wyłączonym telefonie. Zresztą autor wziął sobie na pisanie rok urlopu, co dla niewielu osób jest finansowo dostępne.

Zresztą cały mój urlop powinnam zużyć na dwie dłuższe przerwy wypełnione wyłącznie czytaniem, jak to robi Bill Gates. A tak serio, to akurat tu nie mogę się czepiać, bo właśnie to robię na urlopie, który zwykle biorę właśnie dwa razy w roku.  Co prawda nie czytam podobnie jak McKeown dzieł Konfucjusza i  Marka Aureliusza więc nie wiem, czy to się w ogóle liczy. Nawiasem mówiąc znałam paru fatalnych menedżerów, którzy czytali Marka Aureliusza i nic im to na ich fatalny styl zarządzania nie pomogło. Przy okazji autor radzi też czytelnikowi pisać pamiętniki – codziennie.

Czyli, gdybym chciała postępować jak ludzie z przykładów, albo autor to mój dzień powinien wyglądać następująco: najpierw koniecznie osiem godzin snu (dokładnie tak jak to robi Jeff Bezos)…ale nie przesadzajmy z tym wylegiwaniem się, bo przecież o piątej rano trzeba wstać. Produktywność jest w końcu jednym z najczęściej używanych przez McKeowna terminów. Po wyskoczeniu z łóżka od razu dwadzieścia minut sam na sam z Markiem Aureliuszem, przecież umysł się sam nie otworzy. Wreszcie, odcinam internet, wyłączam telefon i następuje 8h pisania (nie wiem czy mogę zjeść śniadanie, w przykładach o tym nie było). Jak skończę pisanie to szybko pamiętnik. Byle się za bardzo nie rozpisywać, bo muszę resztę dnia spędzić na zabawie i kreatywności.

A jak poczuję się wypalona tym trybem życia to po prostu, jak inny zupełnie zwyczajny człowiek z przykładu McKeowna, wycofam się ze wszystkich rad nadzorczych, w których zasiadam i wyjadę z rodziną na południe Francji. No chyba, że wcześniej wyrzucą mnie z pracy za odmawianie wszystkich obowiązków, do których nie wykazuję co najmniej 90% entuzjazmu, co mi radzi McKeown, który pisząc tą książkę bierze chyba pod uwagę wyłącznie osoby na stanowiskach pozwalających im dość elastycznie dobierać sobie zadania. Zasada mówienia “Hell Yeah” rzeczom, które nas porywają i “No” tym, które tego nie robią, zdecydowanie nie sprawdzi się np. w szkolnictwie, hydraulice, protetyce stomatologicznej albo mechanice samochodowej.

Podsumowując: sedno minusa jaki daję za użyte w tekście przykłady i porady jest utrzymanie ich w intrygująco luksusowej bańce, w jakiej na co dzień najwyraźniej przebywa, albo chciałby przebywać autor.

Żeby nie być zupełnie niesprawiedliwą dla McKeowna – “Esencjalista” stoi na solidnych podstawach teoretycznych. Ludzie serio potrzebują snu i zabawy, naprawdę przydałoby im się wyciszenie i odcięcie od nadmiaru bodźców. Byłoby super gdybyśmy dokonywali swoich życiowych wyborów sami i uwolnili się od przekonania, że tylko ciężka praca i zgadzanie się na wszystko mają wartość. Naprawdę otacza nas masa mało znaczącego szumu, a umiejętność wyłapywania z niego rzeczy ważnych jest kluczem do sukcesu. Teza książki  – 10/10. Punkty w mojej subiektywnej opinii odbieram autorowi głównie za to, że nie widzę specjalnie przykładów z dziedziny work-life balance skierowanych do osób przeciętnie zarabiających.

Ogólnie, to ładnie napisana i trzymająca się rozsądnych podstaw teoretycznych książka, która świetnie nadaje się na prezent dla kogoś, kto lubi poszerzać sobie horyzonty. Szybkiegomu czytaczowi, zajmie jedno popołudnie i pozwoli się oderwać od szarej codzienności, inspirując do przemyśleń i weryfikowania życiowych priorytetów + złośliwie dodam, że pozwoli czytelnikowi przez chwilę poczuć się również jak dobry znajomy milionerów.

Greg McKeown, Esencjalista, MT Biznes 2015