Na dzisiejszym czytelniczym tapecie nowa książka Mel Robbins “Teoria Pozwól Im” wydana w przekładzie Piotra Cieślaka, przez wydawnictwo Galaktyka.
Po tę książkę sięgnęłam z pewną obawą, ponieważ czytałam już poprzednią książkę Robbins “Reguła 5 sekund”, która składała się głównie ze screenshotów z mediów społecznościowych osób, które dzięki liczeniu od 5 do zera zarobiły miliony, schudły 35 kilo i przebiegły 10 maratonów w trzecim stadium raka. Przykłady wzięte z książki, proszę nie fukać na recenzenta.
No to jedziemy z tym koksem, albo raczej z tą rewolucyjną (4 razy w książce) i uskrzydlającą (5 razy w książce) teorią “pozwól im” (249 razy w książce).
Forma:
Tu wyjątkowo się nie rozpiszę ponieważ mam książkę w wersji elektronicznej, więc nie dane mi jej będzie pomacać, powąchać papieru ani nawet nakarmić nią kocich testerów odporności okładek. Zarówno polska jak i oryginalna okładka jest dość jaskrawa i wygląda nieco jak odbicie powstałe po tym jak niefortunny wróbel trafił w szybę (talk z piór wszędzie dookoła). Ewentualnie jak ktoś ujął to na Linkedin oceniając książkę po okładce: “…mam obawy że to książka z cyklu poradniki, z cyklu piosenki Pani Majki Jeżowskiej: Marzenia się spełniają! Tylko mocno mocno mocno w nie wierz!”. Coś jest na rzeczy, ale warto wziąć poprawkę, że okładki w USA są o wiele bardziej krzykliwe niż nasze, a tu wydawca trzymał się oryginału.
Jedno co warto na tym etapie to dość ważny fakt, że ta książka Robbins, w porównaniu do poprzedniej ZAWIERA TEKST. Serio…to duża zaleta. Przy “Regule 5 sekund” za wiele się nie naczytałam. Ponadto każdy rozdział opatrzony jest krótkim podsumowaniem, dla tych co łatwo zapominają o czym czytali.
Teza:
W zasadzie rozsądna. Poświęcamy zdecydowanie za dużo czasu na próby kontrolowania rzeczy, których kontrolować się nie da i stresowanie się rzeczami, na które nie mamy wpływu. Do tej tezy jednak Robbins wplata nieco zbyt dużo amerykańskiego ducha, czasem przesadza, często upraszcza i zdarza jej się parę razy sobie zaprzeczyć.
Moje subiektywne wrażenie:
Ta książka powinna mieć tytuł “Jak powiedzieć, że jestem w terapii, żeby nie napisać, że jestem w terapii”. W tekście czuje się powiew tego charakterystycznego podejścia osoby w terapii, która zastępuje przegięcia charakteru w jedną stronę, przegięciami charakteru w drugą stronę. Trochę jakby wzięła prosty drut miedziany, zgięła go i próbowała go naprostować przez wygięcie go w odwrotnym kierunku. W tym wypadku próby kontrolowania wszystkiego autorka zastępuje właśnie frazą “pozwól im” stosowaną również do wszystkiego.
Czy książka jest zła?
Nie, nie jest. Ma sporo celnych spostrzeżeń, ale warto poświęcić chwilę na krytyczne myślenie i nie dać się wmanewrować w każde krzaki w jakie prowadzi nas amerykańsko-terapeutyczne podejście do życia.
Wstęp jest o dziwo niespecjalnie rozbrykany, autorka nie obiecuje że zostaniemy drugim Elonem Muskiem. Podsumowuje za to we wstępie swoją poprzednią książkę – czyli opisuje jak dzięki “Regule 5 sekund” zarobiła miliony.
I trochę nie mogę sobie odmówić wyzłośliwienia się, że wstęp do “Pozwól im” mógłby spokojnie zastąpią całą “Regułę 5 sekund”. Jakbyście nie wiedzieli co autorka musiała zrobić, żeby z długów, małżeństwa w rozsypce i ogólnej degrengolady przejść na listę bestsellerów New York Times i zarobić miliony, to tu we wstępie jest przepis.
“wstać, uporać się z przygnębiającą stertą rachunków, przygotować dzieci do szkoły, zmusić się do wyjścia na spacer, zwrócić się o wsparcie do przyjaciół, zaplanować budżet, poszukać pracy.”
Jak nie macie dzieci, wyprowadźcie psa, albo nakarmcie kota. Też powinno zadziałać. Jeżeli już to wszystko zrobiliście i nie macie milionów, to ja już nie wiem co wam doradzić. Przy okazji, okazuje się, że autorka napisała jeszcze książkę “Nawyk przybijania piątki” – przybijać należy sobie w lustrze. Więc może musicie jeszcze przybijać tę piątkę, byle nie za mocno, bo potłuczecie to lustro, a to nie są tanie rzeczy.
Dobra, wyzłośliwiam się. Ale na swoją obronę dodaję, że Robbins sama sobie grabi opisując swoją teorię jako mającą korzenie tkwiące w starożytnych filozofiach, metodach psychoterapeutycznych i podstawowych naukach głównych religii świata, a także w stoicyzmie i praktykach duchowych (i pamiętajcie, że jednocześnie jest ona absolutnie rewolucyjna). Z obietnic wstępu mamy jeszcze w miarę rozsądną “twoje życie stanie się trochę prostsze, a relacje – znacznie lepsze” i mniej rozsądną “będzie to jedno z twoich najbardziej wyzwalających i uskrzydlających życiowych doświadczeń”.
Dobra, przewalczyłam wstęp, czas na plusy i minusy. Wynik podany na samym dole.
Plusy i minusy
Duży plus, na początek: autorka ma niewątpliwą rację, twierdząc, że mimowolnie oddajemy władzę nad naszymi akcjami i samopoczuciem innym ludziom. Piekło może i teraz jest wybrukowane dobrymi chęciami, ale jak kiedyś ta nawierzchnia będzie wymagała wymiany, to diabli wymienią ją na bruk zrobiony z rzeczy, które zrobiliśmy dla świętego spokoju. Amen. Odpuszczenie sobie i powiedzenie “pozwól im” może w istocie uwolnić naszą energię z sytuacji, w których nie mamy wpływu. Dzięki czemu skierujemy ją na sytuacje, w których go mamy i powinnyśmy go użyć. Jest cała masa rzeczy, które niepotrzebnie zajmują nam czas i zjadają nerwy. Co ważne Robbins nie sprzedaje swojej metody jako wytrychu uniwersalnego, co widać po przykładowym cytacie na temat ubiegania się o awans.
“Jak zatem posłużyć się teorią „pozwól im”, aby skłonić szefa, by dał ci zasłużony awans? Nie da się”.
Jeśli nie pasuje nam szef, czas zabrać się za szukanie pracy. Razem ze swoją teorią “Pozwól im” autorka przemyca drugą również sensowną “pozwól sobie”. Na przykład pozwól sobie bez wyrzutów sumienia podjąć akcje wymagane do osiągnięcia dobrostanu. Nie wystarczy powiedzieć, że pozwalam otoczeniu robić co mu się żywnie podoba i odmawiam wkurzania się tym, muszę jeszcze pozwolić sobie, podjąć decyzję o mojej reakcji na zaistniałą sytuację.
Zaraz po plusie dla równowagi pojawia się minus – dzikie i rozbuchane uogólnienie “Prawda jest taka, że inni ludzie nie mają nad tobą żadnej władzy, dopóki im jej nie dasz.”. Niestety to tak nie działa, o czym można się łatwo przekonać próbując swoich sił z prawodawstwem, opresyjnym systemem politycznym, albo nawet Zenkiem z siłowni, który nadużywa sterydów. Robbins będzie sobie na takie uogólnienia w stylu “możesz wszystko” pozwalać jeszcze wielokrotnie. A chociaż w istocie, idąc jej tokiem rozumowania, możemy faktycznie pozwolić piekarni wyprzedać wszystkie bajgle i się nie przejmować, bo nie mamy na to wpływu, to sugestia, że powinniśmy bezstresowo pozwolić naczyniom zalegać w zlewie nie ma sensu. W końcu możemy sami je umyć, poprosić o to dzieci lub męża. Więc nie tylko mamy wpływ na los piętrzącej się w zlewie sterty brudnych garów, ale i powinniśmy się tym losem żywo interesować, bo może się okazać, że skończymy z całą nową cywilizacją w naszej domowej kuchni.
Kolejnym dużym plusem jest podejście Robbins do odpowiedzialności za nasze życie. Wyrażone np. w akapicie:
“Kiedy jesteś dorosłym człowiekiem, cała odpowiedzialność za życie, szczęście, zdrowie i uzdrawianie się, kontakty towarzyskie, przyjaźnie, granice, potrzeby i sukcesy jest tylko twoja. Jeśli potajemnie liczyłeś na to, że ktoś przyjdzie ci z pomocą, rozwiąże twoje problemy, zapłaci rachunki, zorganizuje życie towarzyskie, uleczy rany, przemieni się w twojego wymarzonego partnera i będzie cię motywował do bycia najlepszą wersją siebie… wiedz, że to się nie zdarzy. Nikt taki się nie pojawi.”
Więc, czegokolwiek nie naobiecuje nam autorka, nie będzie na tej liście złotej rybki, dobrej wróżki ani anioła stróża, który zrobi wszystko za nas. Robbins jasno mówi nam, że w naszym społeczeństwie przewlekły stres jest wszechobecny, a nasze reakcje na różne wydarzenia są w dużym stopniu za niego odpowiedzialne. Jeżeli chcemy coś z tym zrobić, musimy kontrolować to co możemy i pozwolić reszcie wszechświata istnieć poza naszą kontrolą. Zwraca również uwagę na bardzo ważny fakt, że jeżeli skupimy nasze akcje tam gdzie naprawdę możemy coś zmienić to nasza samoocena i poczucie kontroli wzrośnie.
Robbins wspomina, że kiedy nagrała i opublikowała filmik o swojej metodzie na mediach społecznościowych, w ciągu doby rzuciło się na niego 15 milionów ludzi, a po tygodniu aż 60 milionów. Dla przypomnienia półnagi młodzieniec skaczący w wielki kaktus (full cactus body slam) ma zaledwie 12 milionów odsłon. Potem ludzie zaczęli sobie robić tatuaże z napisem let them i świat oszalał na punkcie teorii “pozwól im”. Według autorki oszaleli też terapeuci i psychologowie, którzy moim zdaniem od dawna zdawali sobie sprawę z tego mechanizmu. Minusem dla mnie jest opisywanie metody, którą ponoć znali już stoicy i pierwsi buddyści jako rewolucyjnej i najdonioślejszej jaką kiedykolwiek odkryła. Mimo to Robbins dość dobrze opisała całkowicie rozsądny mechanizm, który w zasadzie znała większość społeczeństwa, ale potrzebowała dostać to na YouTube, żeby poważnie przemyśleć tę kwestię.
Przeszkadza mi też w tej książce coś innego. Autorka powiela mit, który sama słyszałam od terapeutów, znajomych i przyjaciół jakoby nie dało się zmienić drugiego człowieka. Przy czym zarówno wzmiankowani terapeuci jak i autorka de facto żyją z tego, że zmieniają drugiego człowieka. Robbins, dla mnie, posuwa się też za daleko w niedocenianiu wpływu jaki mamy na otoczenie. Jestem skłonna zgodzić się, że nie mam wpływu na wiele rzeczy, ale nie, na to, że nie mam wpływu na nic. To kolejne terapeutyczny mit “nie denerwuj się, i tak nie masz na to wpływu”. Kiedy mi ostatnio przyjaciółka pojechała takim “przecież nie masz na to wpływu” po tym jak spędziłam ostatnie dwa i pół roku ciężko pracując na to, żeby z umiarkowanymi ale istotnymi sukcesami wpłynąć na pewną sytuację, poczułam się potraktowana albo jak dziecko albo jak idiotka. Zgódźmy się więc, że na jedne rzeczy mamy wpływ a na inne nie i walenie kogoś po oczach twierdzeniami, że nie ma wpływu na własne naczynia w zlewie, jest lekką przesadą.
Kolejnym brzydkim uogólnieniem autorki jest “Wybierając rodzaj reakcji – nie karmiąc gniewu, nienawiści ani negatywności – sprawujemy nad sobą władzę ostateczną.” Nie ma czegoś takiego jak władza ostateczna. O ile Robbins nie unosi się na świetlistej chmurze, metr nad ziemią i to w pozycji lotosu, to znaczy, że w tym miejscu pisze bzdurę. A wiemy, że nie unosi się, bo sama pisze z punktu widzenia terapii i wspomina, że jej dzieci również korzystają z usług terapeutów. A jej mąż, jak się sama twierdzi to nawet puszcza bąki.
Trudne dla mnie jest zaakceptowanie pewnych sprzeczności i niekonsekwencji np. twierdzenia, że odpuszczenie sobie to przejaw słabości, ale jeżeli najpierw powiesz sobie “pozwól im” to jest to przejaw siły? Przykład Robbins – twój pomysł na spotkaniu w pracy został całkowicie zignorowany, ale nie unoś się, pozwól im i podziękuj w duchu autorce za dokonanie tego uskrzydlającego wyboru, który właśnie dał ci ostateczną władzę nad twoim życiem. A potem zacznij szukać pracy (owszem tak radzi autorka). Z jednej strony rozsądne, jak mówi przysłowie nie należy kopać się z koniem, ale jeżeli za każdym razem kiedy wzmiankowany koń strzeli nam kopniaka będziemy szukali nowego, zamiast zawalczyć o swoje i powtórzyć nasz pomysł nieco głośniej, nasze życie może okazać się skomplikowaną podróżą od stajni do stajni. W końcu wszystkie konie kopią.
A skoro o zmianie pracy mowa, tu też pojawiają się pewne sprzeczności na przykład – wolno mi zmienić pracę, ale nie mogę narzekać na obecną, bo to moja wina, że w niej tkwię. Albo – wolno mi odczuwać emocje i powinnam je “przepracować” ale pod warunkiem, że nie podejmę żadnej akcji z nimi związanej, tylko usiądę i poczekam aż mi przejdzie. Nie dowiedziałam się niestety z książki jak, poza czekaniem aż mi przejdzie, wygląda takie przepracowywanie, co pozwala mi wyobrażać sobie zwroty typu “przepracowuję właśnie biegunkę”. Ogólnie Robbins zakłada, że będziemy wykonywać akcje zmierzające do zmiany sytuacji bez negatywnego bodźca wynikającego ze zdenerwowania sytuacją. Uważam, że to jak dzwonienie na policję, ponieważ nasz hałaśliwy sąsiad nas nie irytuje. Robbins zakłada chyba, że jestem na drodze do zostania Buddą i będę robić rzeczy pomimo braku motywacji do ich robienia.
Wracając do plusów, bardzo szanuję rozdział o tym jak odnosić się do tego, że ludzie źle o nas myślą. Mój obecny szef powiedział kiedyś znamienne słowa “Ja bardzo nie lubię jak ludzie myślą o mnie inaczej niż ja o sobie myślę” i dzielę z nim tę przypadłość. Jednak Robbins stawia sprawę jasno, ludzie będą o nas źle myśleć. Nieuchronnie i z wzajemnością Nawet nasza rodzina i przyjaciele i nic na to nie poradzimy. Oczywiście, mogę się z nią sprzeczać, że coś tam możemy poradzić, ale prawda jest taka, że jak to ładnie ujęła autorka, co dzień sami mamy coś koło 70 tysięcy myśli (jak to policzyła?) i nie panujemy nad większością z nich, więc jak u licha mamy zapanować nad myślami innych. To właśnie w tym rozdziale zwróciła naszą uwagę na fakt, że kiedy jej mąż puszcza w łóżku bąki, to ona bardzo źle o nim myśli, ale kocha go mimo wszystko. Przyznam, że to życiowy przykład. I dobrze wycelowany.
Dlatego, zarówno mój szef jak i ja musimy się pogodzić, że ludzie cały czas źle o nas myślą i jakoś z tym żyć starając się być ludźmi, którzy dobrze myślą sam o sobie. Robbins nie pozostaje zresztą bezpieczna, poza własną regułą, bo deklaruje, że jej dzieci zapytane o opinię o matce mówią, że jest: “niezorganizowana, bałaganiara, głośna, nadmiernie przyjacielska, chaotyczna, ze skłonnościami do kontrolowania, spóźnialska i wszystkowiedząca”.
Podejście autorki ogólnie (poza kawałkami wskazującymi na skrajne niemożliwości) dość dobrze balansuje nieprzejmowanie się tym co wyczynia część świata pozostająca poza naszą kontrolą z podejmowaniem akcji w związku z tym co wyczynia. Dodanie elementu “pozwól sobie” ma pozwolić nam nie wypaść dzięki zastosowaniu teorii “pozwól im” poza nawias społeczeństwa i pojmowalnego wszechświata i nie zostać pustelnikiem żyjącym na słupie. Tak, ta metoda posiada ten potencjał, więc lepiej czytać książkę uważnie, bo życie pustelnika w naszym klimacie nie jest różowe.
Jak to działa? Przykładowo nie mam wpływu na to jak zachowają się wobec mnie moi przyjaciele, ale za to mam wpływ na to jak przyjacielska sama chcę być. Nie będę kontrolować myśli mojej rodziny, ale pozwolę sobie na troszczenie się o nią i własne opinie o niej. Nie będę ignorować swoich potrzeb, jednocześnie nie stresując się wszystkim dookoła.
Ogólnie lektura tego tytułu rzuca dużo nowego światła na relacje i przyjaźnie jakie mamy w dorosłym życiu. Okazuje się, że bardzo się one różnią od tych, które znamy z dzieciństwa. “Pozwól im” pozwala zrozumieć dynamikę tych przyjaźni na tyle, żeby pielęgnować te, które chcemy utrzymać i pozwolić umrzeć tym, które już są skazane na zagładę. Robbins urealnia temat przyjaźni i daje pewne porady, jak zdobywać, utrzymywać, ale również jak z godnością tracić przyjaźnie, którym przyszło być jedynie czasowymi. Tak serio mówiąc, to jak na super-amerykańskie podejście hop do przodu całej książki, to rozdział o przyjaźni jest zadziwiająco rozsądny. Zresztą rodzicielstwo też jest potraktowane bardzo konkretnie i pokazane bez wyidealizowanej perspektywy. W książce o dziwo znajdziemy też bardzo stanowczo potraktowane poważne tematy, takie jak relacja z osobą uzależnioną albo autodestrukcyjną. Tu faktycznie Robbins w bawełnę nie owija. Mamy również cały rozdział o związkach i małżeństwach, który niektórym czytelnikom wyda się pewnie zbyt stanowczy, ale bez wątpienia pozwala spojrzeć na miłość i partnerstwo z interesującej perspektywy.
Moje sumienie podpowiada mi na tym etapie, że jakbym napisała tyle swojej nowej książki, co tej recenzji to bym dawno miała ją skończoną i odesłaną do wydawnictwa. Czas się więc zawijać z tematem, jak mawiają klasycy. Nawet jeżeli mam ogromną ochotę wyliczać dalsze plusy i minusy.
Czy polecam? TAK, ponieważ:
Ogólnie książka czyta się bardzo dobrze, a tłumacz zrobił niezłą robotę. Teza autorki jest rozsądna, chociaż niespecjalnie rewolucyjna. Przykłady są realne i dobrze dobrane (polecam zwrócić uwagę na ten o próbie zadowolenia każdego). Większość czytelników spokojnie przejdzie do porządku dziennego nad tym co mnie w książce irytuje (mi się już w czytelniczych gustach zupełnie poprzewracało od nadmiaru lektury). Nie znalazłam w całej książce przykładów ani tez skłaniających mnie do natychmiastowej “kąpieli oczu”. Przede wszystkim autorka od “Reguły 5” sekund zrobiła niesamowity postęp literacki. Popieram to!
Krótko mówiąc, ta książka potraktowana z rozsądkiem ma dużą szansę pozytywnie wpłynąć na dobrostan czytelnika.
Kiedy i jak czytać:
W weekend, na plaży, na urlopie, na leżaczku, z lodami, z kawką, z kotem na kolanach. Nie wymaga alkoholu, a jeśli już czytelnik się upiera to białe wino, odpowiednio schłodzone albo aperol spritz dobrze zrobią wypoczywającemu przy lekturze czytelnikowi. Nie naciskać na siebie w trakcie lektury, nie denerwować się, można za to mazać po kartkach i naklejać post-ity, albo jak ja zaznaczać co ciekawsze fragmenty na czytniku. Ponadto, czytać uważnie, bo jak już pisałam zawsze istnieje groźba zostania pustelnikiem.
