
W sieci można znaleźć mnóstwo pozytywnych opinii na temat “Esencjalisty” Grega McKeown. Niektórzy czytelnicy deklarują wręcz, że dzięki lekturze tej książki odmienili swoje życie i polecają mi to doświadczenie. Mam z tym problem, ponieważ za każdym razem jak ktoś chce zmienić moje życie staję się sceptyczna i rośnie we mnie irytacja. Gdybym miała wybierać sobie motto do umieszczenia nad wejściem do mojego domu brzmiałoby ono “Nie mów mi jak mam żyć!”.
Ale ponieważ staram się zachowywać otwarty umysł, postanowiłam przekonać się naocznie, czytając Esencjalistę, co się stanie z moim życiem po lekturze. Oto moje wnioski.
Główny przekaz książki jest prosty: “Mądrość życiowa polega na eliminowaniu tego, co nieważne”. Według autora ludzie rzadko kiedy rozważają co jest dla nich istotne i przez to rozmieniają się na drobne, próbują robić wszystko na raz, pozwalają się zawalić obowiązkami i tracą z oczu własne cele oddając innym kontrolę nad swoim życiem. Jesteśmy wychowywani w duchu zgadzania się na wszystko, a nadmiar informacji i opcji do wyboru nie ułatwia nam priorytetyzacji. Tu nie jestem w stanie się przyczepić do niczego – Plus. W rzeczy samej tak właśnie jest.
Tu na scenę wkracza dobra wiadomość dla mnie – wygląda na to, że jestem esencjalistką, a przynajmniej zdradzam wiele z opisanych przez McKeowna oznak. Kocham kiedy książka nie może mi powiedzieć, jak mam żyć ponieważ już tak żyję – szach mat poradniku!
Język: również jest prosty i przejrzysty. Przez książkę przechodzi się jak rozgrzany nóż przez kostkę masła (o ile kogoś dzisiaj stać na takie luksusy). Proste, konkretne pytania autora typu “Czy inwestujemy swoje siły i zasoby w odpowiednie przedsięwzięcia?” pozwalają czytelnikowi się skupić. Więcej znaczy mniej, mądre inwestowanie energii i czasu itd. Troszkę korpo, ale hej…jestem, jak to mnie kiedyś określiła gardząca mainstreamem znajoma, “korpo numerem”, więc dla mnie wyrażenia tego typu są naturalne. Dodatkowo, ujęcie kwestii życiowych priorytetów tej formie pozwala myśleć o nich bez emocji i spojrzeć na nie z innej perspektywy – dla mnie to plus.
Co ciekawe, od czasu do czasu autorowi przemyka się jakieś nieoczywiste w kontekście biznesowym pytanie np. “Co by się stało gdyby społeczeństwo przestało namawiać nas do ciągłego kupowania rzeczy?” Moja odpowiedź brzmi: pewnie globalny kryzys gospodarczy. No i ja nie kupiłabym wtedy tej książki, czego w sumie bym żałowała, bo jest naprawdę poruszająca na wielu poziomach.
Kolejny plus za uświadomienie mi, że słowo “priorytet” zanim je popsuliśmy miało wyłącznie liczbę pojedynczą i oznaczało jedną najważniejszą rzecz, a nie jak obecnie – kilka, a nawet kilkanaście. Kocham takie ciekawostki w książkach.
Za to minus przyznaję za coś innego. Nie wiem czy autor tak popuścił wodze fantazji, czy raczej tłumacz uwiedziony wizją esencjalizmu dał się ponieść orlim skrzydłom pisarskiej wizji, ale w polskiej wersji czytelnik ma okazję nie tylko dotrzeć “na nieznane wcześniej poziomy sukcesu i znaczenia” ale również dowiedzieć się, że McKeown “rozprawia się z wynaturzeniami nieesencjalizmu” dzięki “niezachwianej potędzę wyboru”. Krótko mówiąc, niektóre fragmenty książki można by, bez specjalnego dysonansu, wywrzeszczeć na wiecu do zgromadzonych tłumów i to wymachując rękoma.
Treść: Dla mnie bardzo ważne jest, żeby książka wpisywała się w szerszy krajobraz czytelniczy. Lubię kiedy autorzy odwołują się do eksperymentów opisanych w innych książkach, cytują innych autorów i polecają mi kolejne tytuły do zapoznania się. Pod tym względem Esencjalista staje na wysokości zadania, autor między innymi cytuje Seligmana (którego dopiero co czytałam) i Druckera, który jest na mojej liście lektur, znanej również jako kupka lub półka potencjału (dawniej kupka wstydu).
McKeown bardzo rozsądnie podkreśla wagę rozpatrywania wielu opcji podczas podejmowania decyzji, ostrzega przed podświadomym zakładaniem, że działanie musi być trudne i zachęca do przejmowania odpowiedzialności za własne życie. Jest również kolejnym autorem ostrzegającym nas przed pułapką zapracowywania się. Radzi zabierać się do naszych obowiązków mądrzej, a nie ciężej. Wskazuje, że główną zaletą pracy powinno być osiągnięcie celu, a nie duma z własnego zmęczenia. Podkreśla również znaczenie, niedocenianych chorobliwie ambitne osoby, czynności takich jak sen, czas na myślenie czy zorganizowanie sobie w życiu miejsca na zabawę. Posługuje się przy tym wieloma przykładami co dodaje książce kolorytu – plus.
A skoro wchodzimy tu w świat przykładów, to niektóre z nich nie są do końca z tej samej planety, co przeciętny czytelnik – minus:
Przykładowo autor z zachwytem opisuje ułatwienia i opcje dostępne dla pracowników Goolge na firmowym kampusie. Pytanie, czy kampus Google ze swoim modelem dinozaura i plastikowymi flamingami oraz, przetestowaną przez autora, kapsułą do spania jest przykładem promowania polityki kreatywności i wypoczynku, czy raczej (jak to opisała Stolzoff w “Życie to więcej niż praca”) raczej przykładem promowania zostawania w pracy po godzinach?
Zresztą McKeown sam zobaczył chyba, że coś tu jest nie do końca tak , bo w “Esencjaliście” wspomina, iż pomimo zapewnień, że Google poważnie podchodzi do zapewniania pracownikom odpoczynku, prawie nikt nie korzysta ze wzmiankowanej kapsuły żeby uciąć sobie drzemkę w pracy.
Ogólnie, przeciętny zjadacz chleba, nie pracujący w korporacji na wysokim stanowisku, może poczuć się zniechęcony doborem przykładów. Mało realne będzie dla zwykłego czytelnika podążenie za przykładem pewnego dyrektora i zostawienie telefonu u sekretarki, a następnie zamknięcie się na osiem tygodni w motelu, żeby bez internetu dokończyć ważny projekt. Ja jako autorka nie specjalnie widzę też możliwość ukończenia książki, nad którą pracuję w “trybie mnicha” opisanym przez McKewana. Mój pracodawca mógłby mieć coś do powiedzenia na temat tego, że na kilka tygodni znikam z pracy i internetu, żeby od piątej rano pogrążać się w pisaniu przy wyłączonym telefonie. Zresztą autor wziął sobie na pisanie rok urlopu, co dla niewielu osób jest finansowo dostępne.
Zresztą cały mój urlop powinnam zużyć na dwie dłuższe przerwy wypełnione wyłącznie czytaniem, jak to robi Bill Gates. A tak serio, to akurat tu nie mogę się czepiać, bo właśnie to robię na urlopie, który zwykle biorę właśnie dwa razy w roku. Co prawda nie czytam podobnie jak McKeown dzieł Konfucjusza i Marka Aureliusza więc nie wiem, czy to się w ogóle liczy. Nawiasem mówiąc znałam paru fatalnych menedżerów, którzy czytali Marka Aureliusza i nic im to na ich fatalny styl zarządzania nie pomogło. Przy okazji autor radzi też czytelnikowi pisać pamiętniki – codziennie.
Czyli, gdybym chciała postępować jak ludzie z przykładów, albo autor to mój dzień powinien wyglądać następująco: najpierw koniecznie osiem godzin snu (dokładnie tak jak to robi Jeff Bezos)…ale nie przesadzajmy z tym wylegiwaniem się, bo przecież o piątej rano trzeba wstać. Produktywność jest w końcu jednym z najczęściej używanych przez McKeowna terminów. Po wyskoczeniu z łóżka od razu dwadzieścia minut sam na sam z Markiem Aureliuszem, przecież umysł się sam nie otworzy. Wreszcie, odcinam internet, wyłączam telefon i następuje 8h pisania (nie wiem czy mogę zjeść śniadanie, w przykładach o tym nie było). Jak skończę pisanie to szybko pamiętnik. Byle się za bardzo nie rozpisywać, bo muszę resztę dnia spędzić na zabawie i kreatywności.
A jak poczuję się wypalona tym trybem życia to po prostu, jak inny zupełnie zwyczajny człowiek z przykładu McKeowna, wycofam się ze wszystkich rad nadzorczych, w których zasiadam i wyjadę z rodziną na południe Francji. No chyba, że wcześniej wyrzucą mnie z pracy za odmawianie wszystkich obowiązków, do których nie wykazuję co najmniej 90% entuzjazmu, co mi radzi McKeown, który pisząc tą książkę bierze chyba pod uwagę wyłącznie osoby na stanowiskach pozwalających im dość elastycznie dobierać sobie zadania. Zasada mówienia “Hell Yeah” rzeczom, które nas porywają i “No” tym, które tego nie robią, zdecydowanie nie sprawdzi się np. w szkolnictwie, hydraulice, protetyce stomatologicznej albo mechanice samochodowej.
Podsumowując: sedno minusa jaki daję za użyte w tekście przykłady i porady jest utrzymanie ich w intrygująco luksusowej bańce, w jakiej na co dzień najwyraźniej przebywa, albo chciałby przebywać autor.
Żeby nie być zupełnie niesprawiedliwą dla McKeowna – “Esencjalista” stoi na solidnych podstawach teoretycznych. Ludzie serio potrzebują snu i zabawy, naprawdę przydałoby im się wyciszenie i odcięcie od nadmiaru bodźców. Byłoby super gdybyśmy dokonywali swoich życiowych wyborów sami i uwolnili się od przekonania, że tylko ciężka praca i zgadzanie się na wszystko mają wartość. Naprawdę otacza nas masa mało znaczącego szumu, a umiejętność wyłapywania z niego rzeczy ważnych jest kluczem do sukcesu. Teza książki – 10/10. Punkty w mojej subiektywnej opinii odbieram autorowi głównie za to, że nie widzę specjalnie przykładów z dziedziny work-life balance skierowanych do osób przeciętnie zarabiających.
Ogólnie, to ładnie napisana i trzymająca się rozsądnych podstaw teoretycznych książka, która świetnie nadaje się na prezent dla kogoś, kto lubi poszerzać sobie horyzonty. Szybkiegomu czytaczowi, zajmie jedno popołudnie i pozwoli się oderwać od szarej codzienności, inspirując do przemyśleń i weryfikowania życiowych priorytetów + złośliwie dodam, że pozwoli czytelnikowi przez chwilę poczuć się również jak dobry znajomy milionerów.
Greg McKeown, Esencjalista, MT Biznes 2015
